Dziekan Roty Rzymskiej ostrzega, że papież mógłby pozbawić godności kardynalskiej kard. Burke’a oraz pozostałych sygnatariuszy Dubia

Nick Donnelly

 

Dziekan Roty Rzymskiej ostrzega, że papież mógłby pozbawić godności kardynalskiej kard. Burke’a oraz pozostałych sygnatariuszy Dubia

 

Podczas konferencji wygłoszonej na  Universidad Eclesiástica San Dámaso w Madrycie Dziekan Roty Rzymskiej abp Pio Vito Pinto powiedział, że kard. Burke oraz trzech pozostałych sygnatariuszy Dubia przesłanych papieżowi Franciszkowi „mogliby utracić swą godność kardynalską” ze względu na „poważne zgorszenie” jakie wywołali upubliczniając treść swego listu. Obwinił również kardynałów Burke’a, Caffara, Brandmüllera i Meisnera o krytykowanie Ducha Świętego.

Jak stwierdził abp Pinto, czterej kardynałowie a także inne osoby, które wyrażają zastrzeżenia wobec nauczania Franciszka oraz Amoris laetitia, kwestionują w istocie postanowienia nie jednego, ale dwóch synodów o małżeństwie i rodzinie, odnośnie których „nie można podawać w wątpliwość natchnienia Ducha Świętego”.

Dziekan Roty Rzymskiej wyjaśnił dalej, że papież niekoniecznie musi pozbawić czwórkę kardynałów ich godności, ale mógłby to uczynić.

„Jakiego Kościoła bronią ci kardynałowie? Papież jest wierny nauczaniu Chrystusa. To co uczynili stanowi bardzo poważne zgorszenie, które mogłoby nawet skłonić Ojca Świętego do odebrania im kapeluszy kardynalskich, jak to już miało wielokrotnie miejsce w historii Kościoła. (…) Nie chcę przez to powiedzieć, że papież pozbawi ich godności kardynalskiej, ale mógłby to uczynić”.

[Qué Iglesia defienden estos cardenales? El Papa es fiel a la doctrina de Cristo. Lo que han hecho es un escándalo muy grave que incluso podría llevar al Santo Padre a retirarles el capelo cardenalicio como ya ha pasado en algún otro momento de la Iglesia… Lo cual no quiere decir que el Papa les retire su condición de cardenales, pero podría hacerlo]

Abp Pinto potwierdził również  – co wielu komentatorów podejrzewało – iż wywiad udzielony przez papieża włoskiemu periodykowi „Avvenire” stanowił pośrednią odpowiedź Franciszka na przedstawione mu Dubia:

„Podczas konferencji Pius Vito jasno dał do zrozumienia, że papież nie odpowiedział czterem kardynałom wprost, «pośrednio jednak dał im do zrozumienia, że dostrzegają jedynie czerń i biel, podczas gdy w Kościele istnieją różne odcienie kolorów»”.

Dziekan Roty Rzymskiej, najwyższego trybunału kościelnego w kwestiach dotyczących małżeństwa, poparł też  wprowadzoną przez papieża Franciszka innowację polegającą na dopuszczeniu osób rozwiedzionych, które zawarły kolejne związki, do Komunii św. Odpowiadając na pytanie, czy nie lepiej byłoby udzielić osobom żyjącym w takich związkach unieważnienia ich sakramentalnego małżeństwa, by mogły zawrzeć małżeństwo w Kościele zanim zaczną ponownie przystępować do Komunii, abp Pinto wyraził poparcie dla „reformy” Franciszka:

„Papież Franciszek pragnie, by zainicjowana przez niego reforma objąć mogła jak najszerszą grupę ludzi. Odsetek tych, którzy proszą o stwierdzenie nieważności swego małżeństwa jest bardzo nikły. Jak powiedział papież, Komunia św. jest nie tylko dla przykładnych katolików. Stawia sobie pytanie: jak dotrzeć do ludzi najbardziej wykluczonych? [Nawet] wskutek podjętej przez niego reformy wiele osób może poprosić o stwierdzenie nieważności swego małżeństwa, inni jednak tego nie uczynią”.

tłum. Scriptor

Realizacja wytycznych Amoris laetitia w diecezji San Diego

San Diego, California, 28.11.2016. Ordynariusz diecezji San Diego Robert McElroy zaapelował  do kapłanów swej diecezji o integrację „rodzin LGBT” oraz zezwalanie rozwiedzionym katolikom, którzy zawarli kolejne związki, na przyjmowanie „w pewnych przypadkach” Komunii św.

Wkrótce po zakończeniu obradującego w październiku lokalnego synodu poświęconego rodzinie, bp McElroy wezwał podległych mu księży do opublikowania w swych biuletynach parafialnych komunikatu diecezjalnego, informującego że Kościół będzie „pomagał osobom rozwiedzionym, które zawarły kolejne związki i nie są w stanie otrzymać orzeczenia stwierdzającego nieważność ich sakramentalnego małżeństwa, w rozeznaniu na wewnętrznym forum sumienia, czy Bóg wzywa je do powrotu do [pełnego uczestnictwa w] Eucharystii”.

Jak czytamy we wspomnianym komunikacie: „Synod przedstawił dogłębnie inkluzywną wizję duchowości życia rodzinnego”, obejmującą również „rodziny LBGT” (sic!). Bp McElroy zapowiedział, że w najbliższych miesiącach pracować będzie wspólnie z komisją złożoną z delegatów synodalnych nad praktyczną realizacją przyjętych wytycznych.

W swych wcześniejszych wypowiedziach bp McElroy określał język, jakim posługuje się Katechizm Kościoła Katolickiego względem homoseksualistów jako „niezwykle destrukcyjny”.

Synod zalecił również utworzenie specjalnego urzędu diecezjalnego, specjalizującego się w pomocy społeczności „LGBT”, zatrudniającego pracowników których jedynym celem byłoby skupianie się „na wszystkich etapach separacji i rozwodu”, podkreślając równocześnie konieczność zapewnienia przez diecezję właściwej „formacji” na „forum wewnętrznym”, o którym pisze Amoris laetitia.

W wywiadzie udzielonym lokalnym mediom McElroy podkreślił, że „nasza wizja rodziny jest wizją inkluzywną”, oraz że indywidualne „sumienie” stanowi „prawdziwy rdzeń nauczania katolickiego”.

Jak napisała w swym komentarzu „San Diego Union Tribune”: „McElroy stwierdził, że wszystkie parafie powinny życzliwie przyjmować wiernych LGBT. Niektóre z nich – biskup podał tu przykład parafii pw. Św. Jana Ewangelisty z Hillcrest – zyskały już sobie reputację wspólnot, w których «osoby LGBT  czują się szczególnie dobrze. I jest to krok w dobrym kierunku»”.

Opracował Scriptor

Trzej muszkieterowie rewolucji

Ks. Dominique Bourmaud FSSPX

Trzej muszkieterowie rewolucji

Nie sposób mówić o genezie II Soboru Watykańskiego nie wspominając równocześnie o głównych aktorach tych wydarzeń. Skoncentrujemy się tu na trzech osobach, które pomimo wywodzenia się z różnych kultur i odebrania odmiennej formacji, znalazły się ostatecznie w jednym obozie: Henrim de Lubacu, Yvesie Congarze i Karlu Rahnerze.

Tych trzech ludzi łączy wiele rzeczy. Wszyscy oni byli przez długi czas wykładowcami uniwersyteckimi, pisma ich poddawane były badaniu za pontyfikatu Piusa XII ze względu na głoszone przez nich modernistyczne idee, wszyscy też zostali w jakiś sposób zdyscyplinowani  lub usunięci ze swych stanowisk. Wszyscy również powrócili w „cudowny” sposób na scenę – jako soborowi „periti”. Głoszone przez nich idee, znane powszechnie pod nazwą „nowej teologii”, wywarły decydujący wpływ na nauczanie II Soboru Watykańskiego. Wszyscy trzej stali się ekspertami kolejnych papieży, a Kościół  posoborowy nie szczędził im wyrazów uznania i zaszczytów.

Pius XII nie mógł poświęcić wiele czasu nowej teologii i głównym jej propagatorom. Stanowili oni dla niego straż tylną starego ruchu modernistycznego, potępionego tak dobitnie przez św. Piusa X w encyklice Pascendi z roku 1907. Ograniczył się do potępienia tych wskrzeszanych na nowo idei w encyklice w Humani generis: „Inni [de Lubac] podważają prawdę głoszącą, że porządek nadprzyrodzony, nie z konieczności, lecz z łaski dany nam został. Sądzą bowiem, że Bóg nie może stworzyć rozumnych istot, których by nie przeznaczył i nie powołał do uszczęśliwiającego widzenia w niebie (…) Inni [de Lubac, Congar] sprowadzają do czczej formuły konieczność przynależenia do prawdziwego Kościoła, aby można zbawienie osiągnąć. Inni jeszcze krzywdę wyrządzają chrześcijańskiej wierze, nie chcąc uznać rozumnej wiarogodności prawd objawionych”.

 

Spadkobiercy modernistów

W swych Memoires[1] de Lubac przyznaje, że gorliwie przyswajał sobie nie tylko dziwaczną filozofię filomodernisty Blondela, ale również idee bardziej otwarcie modernistycznego Lacheliera. „W owych czasach lektura ich pism zasadniczo zakazana. Jednak pobłażliwość ze strony wykładowców sprawiała, że nie była ona nigdy traktowana jako działalność wywrotowa[2]. Już jako wykładowca, de Lubac nauczał i pisał wystrzegając się starannie wszelkich polemik, co pozwoliło mu uniknąć cenzury.

Congar nie miał takiego szczęścia. Będąc bardziej szczerym w wyrażaniu swych poglądów, był wielokrotnie zsyłany do Jerozolimy, skąd wzywany był później do Rzymu i Cambridge, a w latach bezpośrednio poprzedzających sobór pracował jako wykładowca na uniwersytecie w Strasburgu. Z Rzymu mógł napisać zupełnie bezkarnie:

Kurs De Ecclesia, który obecnie prowadzę, pomimo pozornie banalnego charakteru, stanowi moją prawdziwą odpowiedź, jest to niejako dynamit, który podkładam pod katedry uczonych! Czekam tylko na właściwą sposobność aż powstaną, by głośno zamanifestować moje odrzucenie kłamstw [obecnego] systemu[3].

Mało wiadomo o pierwszym etapie życia Rahnera, wydaje się jednak, że również i jemu nieobca była dwulicowość, cechująca obu jego współtowarzyszy. Jak inaczej mógłby on cytować św. Tomasza wykładając swą własną filozofię, będącą dokładnym zaprzeczeniem tomizmu? Jak mógłby udawać, że jest teologiem katolickim, wyjaśniając fundamentalne tajemnice naszej wiary w duchu panteizmu? Cornelio Fabro słusznie oskarża Rahnera o to, że systematycznie wypaczał on tezy tomistyczne, zachowując się jak człowiek głuchy na koncercie w filharmonii[4].

 

Nowa teologia

Termin „nowa teologia” ukuty został na określenie szkoły filozoficznej skupionej wokół osoby de Lubaca, który zdobył wielu przyjaciół wśród jezuitów z Fourviere, gdzie mieszkał wykładając teologię na uniwersytecie w Lyonie. Ten niezwykle wpływowy zespół obejmował również przyszłych kardynałów Danielou i von Balthasara. Wywierali oni też wpływ na jezuitę Teilharda de Chardin i dominikanów Chenu oraz Congara. Obdarzony błyskotliwym umysłem de Lubac, (…) posiadał rozległe zainteresowania, osobiste skłonności popychały go jednak ku krytycyzmowi historycznemu i patrystycznemu. Szczególnie chętnie powoływał się na kontrowersyjnego Orygenesa, co czynił tym chętniej, że odczuwał awersję do teologii scholastycznej.

Cechami charakterystycznymi nowej teologii jest również kwestionowanie roli magisterium, torujące drogę koncepcji żywej Tradycji, nowa definicja Objawienia jako żywej Osoby Chrystusa oraz odrzucenie porządku nadprzyrodzonego, co z kolei prowadzi do przypisywania człowiekowi szczególnej godności z tego tylko względu, że jest on człowiekiem. Zarówno gloryfikacja człowieka jak i deprecjacja magisterium Kościoła implikują potrzebę powszechnego dialogu, zarówno z chrześcijanami jak i niechrześcijanami. Sławę przyniosło mu zwłaszcza jedno  zdanie, znakomicie oddające ducha jego teologii: „Poprzez objawienie Ojca i poprzez objawienie przez Ojca, Chrystus dopełnia objawienia człowieka samemu człowiekowi (…) To właśnie poprzez Chrystusa osoba [ludzka] osiąga dojrzałość, człowiek wyłania się ostatecznie z kosmosu (…)[5]. Kard. Siri scharakteryzował swego czasu pisma de Lubaca jako „mętne”, gdyż ignorował on w istocie wszystkie główne zasady filozofii. Sam Pius XII potępił nową teologię we wrześniu 1946 roku, wskazując równocześnie na dwulicowość jezuity z Lyonu[6]. W trakcie naszego krótkiego artykułu jesteśmy w stanie przedstawić jedynie zarys wkładu, jaki każdy z trzech muszkieterów rewolucji wniósł do nauczania Vaticanum II. Jak widzimy, de Lubac kwestionował istotę prawdy, Congar promował szeroko rozumiany ekumenizm, Rahner natomiast atakował władzę papieską.

 

Historycyzm de Lubaca

Historycyzm jest teorią, wedle której prawda wiary zmienia się stosownie do czasu. Teologia, chcąc pozostać żywą, musi więc ewoluować. Jest to w istocie złagodzona wersja sceptycyzmu zastosowana do wiary. Jako teolog historycysta, de Lubac odrzuca wszelką możliwość narzucenia wiary z zewnątrz. „Nic nie jest równie nieprzystającego do prawdy, niż błędne doktryny, które utrzymują w Kościele jedynie jedność przymusu, jeśli nie wręcz jedność obojętności (…) Przekształcają one posłuszeństwo wiary we wiarę czystego posłuszeństwa[7].

Prawda nigdy nie jest wyrażana w sposób doskonały: „Podobnie, jak wczoraj, gdy jeszcze znajdowaliśmy się na etapie «pre-teologicznym», tak też [również w przyszłości] nie będziemy w stanie stworzyć doskonałej teologii Kościoła (…) Taka Utopia nie odpowiada ani naturze objawionej prawdy ani naturze ludzkiej inteligencji (…)[8].  (…)

Jedność osiągana jest dzięki tradycji, która jest jednak całkowicie przedefiniowana.  Jest ona rzeczywistością „konkretną i żywą (…) która dostosowuje się do potrzeb każdej epoki, pozostając równocześnie wierna objawionej prawdzie[9].

Rzeka Tradycji nie może dotrzeć do nas, jeśli jej łożysko nie jest stale oczyszczane  ze starego szlamu i piasku[10]. „Żywa Tradycja” de Lubaca, którą to koncepcję zaczerpnął on od Blondela, jest w istocie powrotem do „prawa życia” Loisy, według którego Kościół ulega nieustannym przekształceniom i przeobrażeniom, stając się niejako zaprzeczeniem samego siebie. Żywa Tradycja dnia dzisiejszego była wczoraj piętnowana jako fałsz, a dzisiejsza prawda jest tym, co uznawane było za fałsz wczoraj.

 

Ekumenizm i Broad Church Congara

Congar jest autorem większej części schematu konstytucji Lumen gentium. Identyczność Mistycznego Ciała Chrystusa oraz widzialnego i hierarchicznego Kościoła wspomniana jest w niej w kontekście pozytywnym, w żadnej jednak mierze nie implikuje to ekskluzywnego znaczenia, jakie znajdujemy u ks. Trompa. Pozwoliło to na użycie w paragrafie 8 konstytucji słynnej frazy „subsistit in”, co było nowinką pozornie błahą, zadecydowało jednak o nowatorskim charakterze Lumen gentium[11].  Congar twierdził, że oddzielone Kościoły należą do Kościoła Chrystusowego – co jest oczywistą herezją.

Zamiast trzymać się  precyzyjnego nauczania magisterium o naturze Kościoła, Congar pisał o tajemnicy i sakramencie Kościoła[12], zastępując jasno zdefiniowane przez Piusa XII pojęcie przynależności do Mistycznego Ciała Chrystusa mętną tyrrelliańską[13] koncepcją komunii Ludu Bożego. Dlaczego? Ponieważ członkiem ciała jest się lub się nie jest, komunia natomiast dopuszcza różne stopnie[14]. Innymi słowy, Congar reinterpretował ścisłe pojęcie „Kościół” w taki sposób, by stało się ono terminem uniwersalnym, który mógłby być stosowany do jakiejkolwiek grupy religijnej. „Zawsze, od czasów Chrystusa i Apostołów, Kościół postrzegany był jako instytucja i rzeczywistość ustanowiona przez Boga. Musiał [więc] zostać przekształcony i w tym celu ukazany jako lud.[15]. Jak twierdził, Kościół wymaga reformy, która pozwoliłaby mu uniknąć pokusy przeobrażenia się w „Synagogę”: „Ciało Kościoła się rozrosło, nie rozrosła się jednak jego skóra. W tej sytuacji mogłoby nastąpić pęknięcie. Kontrowersje dotyczą pewnego doczesnego aspektu, jaki chrześcijaństwo przejęło od innego historycznego świata[16]. Co ciekawe, Congar posługuje się tu tym samym obrazem, jakim posłużył się 40 lat wcześniej angielski modernista Tyrrell[17].

Od tak rozumianego Kościoła do koncepcji powszechnego zbawienia jest już tylko jeden krok. „Nikt nie może dziś twierdzić, że głównym motywem działalności misyjnej jest konieczność ratowania dusz od piekła. Bóg zbawia je bez znajomości Ewangelii. Gdyby tak nie było, powinniśmy wszyscy wyjechać [na misje] do Chin[18].

 

Rahner i kolegializm

Kolejnym sztandarowym produktem modernistów był kolegializm. Była to idea stworzona przez Rahnera, cieszącego się poparciem potężnego „sojuszu reńskiego”. Ów rodzaj rządów zrównałby (…) władzę papieża z władzą biskupów – czyniąc go primus inter pares, która to koncepcja została już wcześniej formalnie potępiona. Rahner rozumiał kolegializm jako faktyczną detronizację papieża i demokratyzację Kościoła. Nawiasem mówiąc, był on członkiem podkomisji, która bez wahania odrzuciła słuszne postulaty konserwatywnych ojców. Pomimo ogłoszenia Nota explicativa praevia, która wykluczała taką heretycką interpretację – liberałowie tryumfowali. Congar oświadczył nawet, że Kościół przeszedł swą rewolucję październikową! I rzeczywiście, wydaje się, że po Vaticanum II urząd papieski cierpi na rodzaj postępującej sklerozy, wydany na łaskę supermocarstw i lokalnych konferencji episkopatu (…).

Wpływ trzech teologów

Nie ulega wątpliwości, że to właśnie wspomniani wyżej trzej teologowie sformułowali główne zasady teologiczne Kościoła soborowego.  Jan Paweł II wyraził uznanie dla zasług de Lubaca mianując go kardynałem za „długą i wierną służbę tego teologa, wykorzystującego  w swych rozważaniach dotyczących Pisma św., Kościoła i świata współczesnego najbardziej wartościowe elementy katolickiej tradycji[19]. Czerwonym kapeluszem nagrodzony został również Congar. Co ciekawe, autor książki Ren wpływa do Tybru za najbardziej wpływowego z tej trójki i zarazem inspiratora wielu posoborowych innowacji uważa Karla Rahnera. Według słów samego Congara „Za czasem zrodziła się atmosfera [którą można by oddać słowami]: Rahner dixit, ergo verum est”. Oby dobry Bóg pomógł nam znaleźć chrześcijańską drogę wyjścia z tego labiryntu, wzniesionego przez mistrzów rewolucji!

[1] De Lubac, Mémoires autor de mes oeuvres, s. 10.

[2] Ibidem, s. 192.

[3] Leprieur, Quand Rome Condamne, za One Hundred Years of Modernism, 2006, s. 243.

[4] Fabro, La Svolta Antropologica de K. Rahner, w Innocenti Influssi Gnostici nella Chiesa d’Oggi, s. 48.

[5] De Lubac, Catholicism, s. 189. Por. Courier de Rome, La Nouvelle Théologie, s. 103; Jan Paweł II, Redemptor hominis 8,2. Patrz również Théologies d’Occasion, s. 68; Gaudium et spes 22,1; L’Athéisme

et le Sens de l’Homme, ss. 96-112.

[6]Problem z nim polega na tym, że nigdy nie wiadomo, czy to co mówi lub pisze rzeczywiście odpowiada jego poglądom”. Por. Mémoires, ss. 70 i 296.

[7] La foi Chrétienne, 1969,  za Wagner, Henri de Lubac, s. 55.

[8] Méditation sur l’Église w The Splendor of the Church, 1986, s. 27. Por. Wagner, Henri de Lubac, s. 166.

[9] La révélation divine, 1983, s. 173.

[10] Paradoxes, 1959 w Wagner, Henri de Lubac, s. 133.

[11] Le Concile de Vatican II, ss. 134 i 18.

[12] Lumen gentium, § 1.

[13] Tyrrell był znanym angielskim modernistą.

[14] Congar, Une Vie pour la Vérité, s. 149.

[15] Jalons pour une Théologie du laicat, 1952, s. 81.

[16] Vraie et Fausse Réforme dans l’Église, 1953, s. 186.

[17] One Hundred Years of Modernism, ss. 140-141.

[18] Jean Puyo, Jean Puyo Interroge le Pčre Congar: Une Vie pour la Vérité, 1975, s. 175.

[19] Jan Paweł II, Osservatore Romano, 9 września 1991, s. 16.

Komentarz ks. Briana Harrisona odnośnie niedawnej wypowiedzi papieża Franciszka nt. „prozelityzmu”

Ks. Brian Harrison OS

 

Podczas udzielonego niedawno improwizowanego wywiadu na pokładzie samolotu  papież Franciszek stwierdził:

„Prozelityzm pomiędzy chrześcijanami jest więc, sam w sobie, grzechem ciężkim” .

Po czym, poproszony przez swego rozmówcę o uzasadnienie, odrzekł:

„Ponieważ sprzeczny jest z samą dynamiką stawania się i pozostawania chrześcijaninem. Kościół nie jest klubem piłkarskim, która zabiega o kibiców”.

Zaprawdę, trudno byłoby wyobrazić sobie bardziej powierzchowną  i infantylną uwagę odnośnie relacji z innymi denominacjami chrześcijańskimi. Jak bardziej poniżyć można jeszcze papiestwo – zarówno poprzez  prostackie złośliwości, hańbiące urząd Namiestnika Chrystusowego na ziemi (…) jak i przykłady rażącej heterodoksji?

(…)

Czy pomaganie należącym do niekatolickich denominacji chrześcijanom – poprzez rzeczową argumentację i apologetykę  – w uznaniu i przyjęciu przez nich pełni objawionej prawdy – co dla Franciszka bez wątpienia podpada pod pojęcie „prozelityzmu” – będzie odtąd  potępione jako grzech? I to grzech ciężki? Pomimo iż II Sobór Watykański (odnośnie którego Franciszek deklaruje pełną wierność) jasno potwierdza, że wszyscy mają moralny obowiązek poszukiwania i przyjęcia prawdy Kościoła katolickiego (por. Dignitatis humanae §1)? Pomimo że sobór ten (Lumen gentium §14) oraz Katechizm Kościoła katolickiego potwierdzają dogmat „poza Kościołem nie ma zbawienia”, wyjaśniając iż oznacza to, że ci którzy uznają Kościół katolicki za ucieleśnienie prawdziwej religii, a jednak nie chcą się do niego przyłączyć czy też w nim pozostać, nie mogą być zbawieni?

Ja sam jestem konwertytą z prezbiterianizmu. Na katolicyzm przeszedłem właśnie pod wpływem wspomnianego wyżej nauczania potwierdzonego przez –  aby ratować moją duszę. Wiara katolicka, którą wyznaję od 42 lat, jest najcenniejszym darem jaki otrzymałem. A obecnie nie kto inny jak widzialna głowa Kościoła katolickiego mówi mi, że owi katolicy, którzy poprzez osobiste rozmowy i korespondencję przekonali mnie do porzucenia mych protestanckich herezji i przyjęcia pełni objawionej prawdy, popełnili w ten sposób grzech ciężki? I to uzasadniając swą krytykę nawracania banalnym „wyjaśnieniem”, które w istocie nie wyjaśnia niczego („Ponieważ sprzeczny jest z samą dynamiką stawania się i pozostawania chrześcijaninem”)?

Jego poprzednicy na Stolicy Piotrowej przewracają się z pewnością w grobach słysząc te komentarze. Słowa takie, wychodzące z ust papieża, są po prostu… oburzające. Szokujące. Niewiarygodne. To jakiś koszmar. To nazywanie dobra złem, a w konsekwencji zła dobrem. Nie potrafię znaleźć właściwych słów…

tłum. Scriptor

Dubia, których obawiają się w Rzymie

Ks. Alain Lorans FSSPX

Dubia, których obawiają się w Rzymie

 

We wrześniu br. czterech kardynałów przedłożyło papieżowi – z całym należnym szacunkiem – swe wątpliwości dotyczące stanowiska adhortacji Amoris laetitia odnośnie osób rozwiedzionych, które zawarły kolejne związki. Od chwili tej minęły już dwa miesiące, papież zaś zachowuje milczenie. Czy przedstawione ? Ojciec Święty nie odpowiada ani przecząco ani twierdząco.

Podczas niedawnego konsystorza odbywające się zwyczajowo w poprzedzający go dzień spotkanie kardynałów z papieżem odwołane zostało bez podania żadnego wyjaśnienia – choć być może nie bez powodu. Niektórzy twierdzą, że Franciszek wolał uniknąć dyskusji pomiędzy prałatami, ponieważ obawia się tych Dubia.

Cóż więc stało się z  parrhesia, swobodą wypowiedzi, prawem do szczerego wyrażania  swych opinii bez schlebiania, którą to postawę Ojciec Święty zalecał uczestnikom Synodu o Rodzinie? Czy mamy rozumieć, że wolno im mówić o wszystkim, nie wolno im jednak wyrażać najmniejszych nawet wątpliwości?

Jak zauważył w swej analizie obecnego kryzysu pewien wnikliwy komentator, mamy do czynienia ze zderzeniem dwóch koncepcji Kościoła: „Z jednej strony mamy tych którzy uważają, że do obowiązku duszpasterskiego Kościoła należy nauczanie objawionej doktryny w całej jej pełni; z drugiej zaś tych, którzy zalecają towarzyszenie, rozeznanie i integrację jako jedyną dopuszczalną metodę duszpasterską”. Czy jednak integracja  duszpasterska rozwiedzionych katolików, którzy zawarli kolejne związki, może być realizowana za cenę dezintegracji doktryny i moralności? Czy wyrażanie jakichkolwiek wątpliwości odnośnie zasadności takiej postawy duszpasterskiej traktowane jest jako niedopuszczalne?

Wątpliwości nie należy się obawiać, ale starać się je rozwiać.

 

tłum. Scriptor

Rzym w planach Opatrzności Bożej

Roberto de Mattei

 

Rzym w planach Opatrzności Bożej

 

Fakt, iż Kościół katolicki jako jedyny założony został przez Chrystusa Pana, jego świętość i wyjątkowość, która upoważnia nas do twierdzenia że poza nim nie ma zbawienia, potwierdzane są przez jego fundamentalne cechy, przez znamiona, o których mówi powtarzane nieprzerwanie od IV wieku Nicejskie Wyznanie Wiary: „Credo unam, sanctam, catholicam et apostolicam Ecclesiam”.

Znamiona Kościoła są cechami łatwo dostrzegalnymi dla każdego. Począwszy od jego ustanowienia Kościół był zawsze jeden i niepodzielny w swej doktrynie, sakramentach oraz rządzie; jest święty, czysty, nieskalany i bezgrzeszny – choć złożony z grzeszników; jest katolicki, czyli powszechny, misją jego jest bowiem niesienie na cały świat chrztu ustanowionego przez Chrystusa, jedynego źródła naszego zbawienia; jest apostolski – ponieważ zbudowany jest na nieprzerwanej sukcesji swych pasterzy począwszy od św. Piotra aż do czasów obecnych.

Katechizm św. Piusa X ujmuje to zwięźle: „Kościołem Jezusa Chrystusa jest Kościół rzymskokatolicki, ponieważ jedynie on jest jeden, święty, katolicki i apostolski, jak chciał tego sam Zbawiciel” (p. 107). O znamionach tych przypomniał podczas modlitwy na Anioł Pański 27 maja 2007 roku Benedykt XVI, dodając równocześnie, że istotną cechą Kościoła jest również jego „rzymskość”.

Kościół Rzymski jest jeden, katolicki i apostolski. „Rzymskość” jest jednak czymś więcej niż tylko jednym ze znamion Kościoła: stanowi niejako aktualizację tych znamion, ich konkretyzację: słowo „Rzymski” ukazuje, jeśli można tak powiedzieć, widzialną twarz Mistycznego Ciała Chrystusa. Dlatego właśnie ludzi zwykli mówić o Świętym Kościele Rzymskim – i my powinniśmy czynić podobnie. Termin „Rzymski” umiejscawia Kościół w czasie i przestrzeni, w miejscu i w konkretnym kontekście historycznym.

 

Rzym: słowo owiane tajemnicą

Termin Kościół Rzymski łączy w sobie dwie odrębne rzeczywistości. Słowo „Rzymski” odwołuje się do rzeczywistości historycznej: miasta, cywilizacji, imperium – które miało swój początek i koniec w czasie. Słowo „Kościół” odwołuje się natomiast do rzeczywistości nadprzyrodzonej, wplecionej w historię, należącej jednak do wieczności. Związek pomiędzy tymi dwoma słowami jest niemniej ścisły i nierozerwalny – istnieje zaś z rozporządzenia samej Bożej Opatrzności.

Podczas wykładu o „świętym powołaniu Rzymu” wygłoszonego 24 lutego 1936 roku w Instytucie Studiów Rzymskich Eugenio Pacelli, wówczas jeszcze kardynał, powiedział że Rzym jest „słowem tajemniczym”, mówiąc dalej o „mieście którego stopy spoczywają wśród pogańskich regionów nad Tybrem i w tunelach katakumb, głowa zaś wzniesiona jest wysoko i ukryta w gwiazdach, pochylona przed tronem Boga”.

Tacyt mówił o Rzymie, że był on „caput rerum”, Horacy nazywał go „priceps urbium”, Tibullus „aeterna urbs”, Liwiusz zaś „caput orbis terrarum”. Miasto które rządziło światem pochyliło swą głowę przed tronem Boga i stało się Stolicą św. Piotra, której przeznaczeniem było władztwo duchowe. Pogańska caput mundi stała się Wiecznym Miastem, miastem „onde Cristo e Romano – gdzie Chrystus jest Rzymianinem” – wedle słów Boskiej Komedii Dantego.

Jak i kiedy dokonało się to przeobrażenie?

Według opinii niektórych historyków i modernistycznych teologów w rodzaju Auguste Sabatiera czy Adolfa von Harnacka fakt, iż biskup Rzymu stał się biskupem wszystkich Kościołów był bezpośrednim skutkiem prestiżu tego miasta jako stolicy Cesarstwa Rzymskiego. Prymat papieża rzymskiego byłby wiec konsekwencją chwały Cesarstwa.

To powtarzane stale przez modernistów twierdzenie ma swój początek w sporze teologicznym pomiędzy Kościołem Rzymskim a Greckim z I milenium – ślady jego można znaleźć już w kanonie 28 Soboru w Chalcedonie (451), odrzuconym przez św. Leona Wielkiego. Kościoły Wschodnie traktowały prymat Rzymu jako honorowe zwierzchnictwo wynikające z faktu, iż Rzym stanowił stolicę Cesarstwa. Zgodnie z tą koncepcją wraz z upadkiem Cesarstwa Zachodniego i przeniesieniem „nowego Rzymu” do Konstantynopola, również prymat przeszedłby na Patriarchę tego właśnie miasta.

Również św. Pius X potępił w swym dekrecie Lamentabili dołączonym do encykliki Pascendi (1907) następującą tezę: „ Kościół Rzymski stał się głową wszystkich Kościołów wskutek przyczyn czysto politycznych, a nie na mocy rozporządzenia Opatrzności Bożej”. Błąd polega tu na opieraniu jurysdykcji Kościoła na prymacie natury czysto politycznej. W rzeczywistości wybór Rzymu na Stolicę Św. Piotra nie był wynikiem chwały i autorytetu starożytnego Rzymu ale faktu, iż to właśnie w Rzymie pełnił swą posługę św. Piotr, któremu Chrystus Pan powierzył nadał władzę nad całym Kościołem. Gdyby św. Piotr pozostał w Antiochii i tam zmarł, biskupi Antiochii posiadaliby taki sam autorytet, jaki obecnie posiadają biskupi Rzymu. Rzym byłby miastem historycznym, centrum wielkiej diecezji – ale niczym więcej, zaś Kościół katolicki nie mógłby nazywać się rzymskim.

Jednakże z rozporządzenia Bożej Opatrzności Piotr wybrał właśnie Rzym na swa stolicę biskupią. To w nim, w cyrku Nerona, poniósł męczeńską śmierć, a miejsce jego pochówku znajduje się dokładnie pod kopułą Bazyliki noszącej jego imię. Jego następcy, papieże, sprawują powierzony mu urząd aż po dziś dzień.

Źródłem prestiżu chrześcijańskiego Rzymu było męczeństwo św. Piotra, a nie chwała imperium. Wieki później Patriarcha Konstantynopola – negując religijny prymat Rzymu w imię politycznego prymatu Konstantynopola (Nowego Rzymu) – pozwolił cesarzowi Bizancjum ingerować w sprawy Kościoła, sprowadzając w konsekwencji  rolę Patriarchy do funkcji religijnego prokonsula. Od tego czasu całą historię „prawosławia” cechowało podporządkowanie religii polityce.

 

Rzym chrześcijański i Rzym pogański

Tak więc rodzi się drugie pytanie: dlaczego Opatrzność Boża wybrała właśnie Rzym, a nie jakieś inne miasto, na miejsce posługi i śmierci Księcia Apostołów?

Kwestią tą zajmowali się liczni pisarze chrześcijańscy: Państwo Boże św. Augustyna rozpoczyna się od rozważań na ten właśnie temat. Najlepszą syntezę poglądów Augustyna przedstawił jego uczeń, św. Prosper z Akwitanii (ok. 390-463): „Sądzimy, że sama Opatrzność Boża predysponowała Cesarstwo Rzymskie pozwalając mu się rozprzestrzeniać, aby narody które zostaną powołane do jedności Ciała Chrystusowego zostały najpierw zjednoczone przez prawo jednego imperium, nawet jeśli łaska Boża nie jest ograniczona do granic Rzymu”.

Łaska Boża rozciąga się oczywiście poza granice Cesarstwa Rzymskiego, jako że Chrystus Pan polecił głosić Ewangelię wszystkim narodom, aż po krańce ziemi (Mk 29, 19). Ponieważ jednak łaska buduje na naturze, Bóg przygotował naturalną strukturę sprzyjającą głoszeniu i przyjęciu Jego Słowa. Tą historyczną i prawną strukturą było właśnie Cesarstwo Rzymskie.

Rzym pojawił się w Basenie Morza Śródziemnego jako miasto przeznaczone do zjednoczenia świata w przygotowaniu na szerzenie się chrześcijaństwa. Wielkie drogi konsularne którymi maszerowały legiony rzymskie posłużyć miały głosicielom Ewangelii; język łaciński stał się uniwersalnym i świętym językiem Kościoła; prawo rzymskie posłużyło jako podstawa prawna dla prawa kanonicznego Kościoła i prawa zwyczajowego  Zachodu. A jednak Rzym, kolebka i ojczyzna prawa uniwersalnego, stał się winny największej niesprawiedliwości w historii: skazania i śmierci Jezusa Chrystusa. Po skazaniu Zbawiciela na śmierć Cesarstwo Rzymskie, które przyjmowało do swego Panteonu wszystkie bóstwa ówczesnego świata, odrzuciło Prawdę Ewangelii i prześladowało młody Kościół z zaciekłością, z jaką nigdy wcześniej nie traktowało wyznawców licznych istniejących w nim sekt. To właśnie przypieczętowało jego upadek. Powodem schyłku i upadku Cesarstwa Rzymskiego nie było chrześcijaństwo – jak twierdzi nawet dziś wielu historyków – ale odrzucenie słowa Prawdy i Życia, które chrześcijaństwo głosiło.

Od samego początku Kościoła historia jego może być postrzegana jako walka pomiędzy dwoma Rzymami: Rzymem pogańskim, który starał się zniszczyć chrześcijaństwo, oraz Rzymem chrześcijańskim, który pokonał największą potęgę polityczną i militarną w historii samą tylko bronią prawdy i miłości. Żadne inne imperium nie dorównało potędze Cesarstwu Rzymskiemu. Wydawało się ono zdolne przetrwać tysiąclecia, pomimo iż samo podlegało prawom czasu i historii. Dziś z pogańskiego Rzymu pozostały jedynie ruiny. Również on musiał podporządkować się prawu, któremu podlegają wszystkie doczesne twory ludzkie: po wielkich sukcesach i tryumfach w nieunikniony sposób przychodzi dekadencja, dezintegracja oraz śmierć. Pius XI przypominał nam o tym mówiąc: „Kiedykolwiek mijamy pomniki naszej chrześcijańskiej przeszłości, jakkolwiek starożytne by one nie były, zawsze zachowują one jakieś znamię nieśmiertelności: wiara którą głoszą wciąż żyje, nieskończenie pomnożona przez liczbę tych, którzy ją wyznają; żyje też Kościół do którego one należą, zawsze ten sam na przestrzeni wieków”.

W IV wieku cesarz Konstantyn pogodził Rzym z chrześcijaństwem, stając się Ojcem epoki która miała przyjąć kulturalny i instytucjonalny dorobek Rzymu, zaszczepiając mu zarazem ducha i prawo Ewangelii oraz oferując rodzajowi ludzkiemu więź, nie tylko zewnętrzną, jaką dawało lex romana, ale również wewnętrzną i duchową.

Ten sam Konstantyn, przenosząc stolicę Cesarstwa na brzeg Bosforu, naruszył niemniej związek, nawet geograficzny, pomiędzy Rzymem a chrześcijaństwem, który sam stworzył poprzez Edykt Mediolański z roku 313. Jednakże nawet w tym był Konstantyn nieświadomie narzędziem Bożej Opatrzności. W Rzymie nie było miejsca na dwa cesarstwa: cesarstwo chrześcijańskie i cesarstwo ziemskie. Gdyby Cesarstwo Rzymskie nie upadło, młode chrześcijaństwo mogło by zostać zdławione. Poprzez koronację Karola Wielkiego przez św. Leona III w Boże Narodzenie roku 800 narodziło się Święte Cesarstwo Rzymskie, jednak cesarze nigdy nie rezydowali w Rzymie, który pozostawał miastem świętym zastrzeżonym dla Stolicy św. Piotra.

Św. Leon Wielki (440-461) odegrał kluczową rolę w romanizacji chrześcijaństwa w wieku V, kiedy Cesarstwo Zachodnie chyliło się ku ostatecznemu upadkowi. Znane jest jego powiedzenie, przypominające cytowaną już wypowiedź św. Prospera, którego był zresztą przyjacielem: „Bóg zechciał, by narody połączone były w jednym cesarstwie, którego Rzym był głową, aby [w przyszłości] od niego właśnie światło Prawdy, objawione dla zbawienia narodów, mogło być skuteczniej szerzone wśród wszystkich jego członków”.

Leon był wybitną osobistością swoich czasów,  będących świadkiem ostatecznego upadku Cesarstwa Rzymskiego. Jak nikt inny ze swych współczesnych miał świadomość nieuchronnego upadku Rzymu, ale również narodzin Rzymu nowego, którego imperium miało być rozleglejsze i chwalebniejsze niż jego poprzednika. Przez stulecia anarchii panującej pomiędzy upadkiem starożytnego Cesarstwa Rzymskiego a narodzinami Świętego Cesarstwa Rzymskiego w najeżdżanej przez barbarzyńców i rozdzieranej wewnętrznymi konfliktami Europie, jedynie papiestwo zachowało cały swój majestat i autorytet. Społeczeństwo ówczesne przypominało wrzącą magmę, nie było w nim nic stabilnego ani trwałego. Z próby tej Stolica Apostolska wyszła zwycięsko jako jednolite centrum władzy i jurysdykcji, ale również jako ognisko rodzącej się cywilizacji.

W rozdziale Sumy Teologicznej poświęconym narodzinom Chrystusa św. Tomasz stawia pytanie, dlaczego Zbawiciel narodził się w Betlejem, a nie w Rzymie. A oto jaką daje na to odpowiedź:

„Zgodnie ze słowami wypowiedzianymi na Soborze Efeskim: «Gdyby Chrystus wybrał miasto największe, Rzym, sądzono by, że zmienił świat w oparciu o potęgę jego obywateli, gdyby był synem cesarza — owocność działania przypisano by władzy. Lecz, by pokazać, że to Bóg przemienił świat, Chrystus wybrał ubożuchną Matkę, i jeszcze uboższą ojczyznę»”.

„Wybrał Bóg to, co niemocne  — jak mówi Apostoł — aby mocnych poniżyć. Dlatego też, by jeszcze wyraźniej okazać swą moc, umieścił Głowę swojego Kościoła w samym Rzymie, będącym głową ówczesnego świata, aby stamtąd po całej ziemi szerzona była wiara, stosownie do słów Proroka Izajasza (26, 5-6): «Upokorzył miasto niedostępne… podepczą je nogi biednego — tj. Chrystusa — i stopy ubogich» — Apostołów: Piotra i Pawła”.

W świetle tych słów zrozumieć możemy słowa kierowane przez św. Katarzynę ze Sieny do Grzegorza XI, w których ponaglała go do powrotu do Rzymu – jego prawowitej stolicy: „Pomyśl o tym, że ziemia ta jest ogrodem najświętszego Chrystusa i źródłem [zasadą] naszej wiary”. „Tutaj też znaleźć można głowę i źródło [zasadę] naszej wiary”.

 

Prymat Rzymu

Starożytny Rzym sprawował nad światem hegemonię polityczną; papież rzymski natomiast rozciągnął na cały świat prawo Ewangelii. Kościelna władza jurysdykcyjna, która zastąpiła władzę pogańskiego Rzymu, znajdowała od pierwszych wieków wyraz w doktrynie o prymacie rzymskim.

Katolicka doktryna o prymacie Piotra oraz jurysdykcji papieża rzymskiego, wyłożona już przez św. Klemensa pod koniec I wieku, zdefiniowana została na II Soborze w Lyonie w roku 1274 , na Soborze Florenckim w roku 1439,  w Professio fidei Tridentina oraz ostatecznie uroczyście zatwierdzona została przez I Sobór Watykański w konstytucji dogmatycznej Pastor Aeternus (18 lipca 1870).

I Sobór Watykański kojarzy się nam zazwyczaj z dogmatem o nieomylności papieskiej. W istocie jednak konstytucja Pastor Aeternus przypomina najpierw, że prymat papieski nie jest jedynie prymatem honorowym, ale oznacza najwyższą władzę jurysdykcyjną – niezależną od wszelkiej innej władzy – nad wszystkimi pasterzami i owcami.

W rozdziale 3 PA uroczyście powtórzona została definicja Soboru Florenckiego, zgodnie z którą wszyscy chrześcijanie muszą wierzyć, że „Święta Stolica Apostolska oraz biskup rzymski posiadają prymat nad całym światem, a biskup Rzymu jest następcą św. Piotra, księcia apostołów, i prawdziwym zastępcą Chrystusa, głową całego Kościoła oraz ojcem i nauczycielem wszystkich chrześcijan. Jemu w osobie św. Piotra przekazana została przez Pana naszego Jezusa Chrystusa pełna władza pasterzowania, rządzenia i kierowania Kościołem powszechnym, zgodnie z uchwałami soborów powszechnych i świętych kanonów”.

Podstawą suwerenności papieża nie jest więc charyzmat nieomylności powierzony Piotrowi jako głowie Kościoła oraz Kolegium Apostolskiemu pozostającemu w jedności z nim, ale prymat apostolski jaki posiada papież względem całego Kościołem jako następca Piotra i książę Apostołów. Prymat ten obejmuje również władzę nauczania – jak to zostało zdefiniowane przez IV Sobór w Konstantynopolu, przez Sobór Florencki oraz przez I Sobór Watykański.

Papież nie jest nieomylny w wykonywaniu władzy rządzenia, dyscyplinarne prawa Kościoła -w odróżnieniu od praw Bożych i naturalnych – mogą podlegać zmianie. Nieomylność papieska ma jeden tylko przedmiot: wiarę oraz moralność – i może być angażowana jedynie przy spełnieniu określonych warunków. Jednak monarchiczna i hierarchiczna konstytucja Kościoła, zgodnie z którą papież posiada pełną suwerenność, pochodzi z ustanowienia Bożego.

tłum. Scriptor

Czystek bergogliańskich ciąg dalszy: Papieska Akademia Życia stanie się instytucją respektującą zasadę „równych szans”

Christopher Ferrara

 

Czystek bergogliańskich ciąg dalszy: Papieska Akademia Życia stanie się instytucją respektującą zasadę „równych szans”

 

Jak pisałem w moim poprzednim tekście dotyczącym Papieskiej Akademii Życia, Franciszek doprowadził do faktycznego porzucenia przez PAL roli organu zajmującego się z ramienia Kościoła obroną życia ludzkiego, znosząc jej pierwotny statut i zwalniając jej członków z obowiązku składnia ślubowania bezkompromisowej obrony życia oraz redefiniując jej cele, którymi są od tej pory promowanie „wzajemnego szacunku pomiędzy osobami należącymi do różnych płci i pokoleń, obrona godności każdej istoty ludzkiej, promowanie wartości materialnych i duchowych życia ludzkiego, w zgodzie z autentyczną «ludzką ekologią»”.

Obecnie przyszedł czas na czystkę personalną. Wszyscy członkowie PAL, którzy do tej pory pełnili swe funkcje dożywotnio, mają zostać z dniem 1 stycznia 2017 usunięci z piastowanych urzędów i zastąpieni przez nowych członków, wybieranych na pięcioletnią kadencję. Co gorsza, zgodnie z nowym statutem PAL członkowie Akademii wybierani mają być – rzecz całkowicie bezprecedensowa – „bez żadnej dyskryminacji religijnej, spośród wybitnych duchownych, członków zgromadzeń zakonnych oraz osób świeckich należących do różnych narodowości, a będących ekspertami w dziedzinach dotyczących życia ludzkiego…”.

Nadchodząca czystka doprowadzi więc prawdopodobnie do usunięcia z PAL wszystkich pozostających w niej jeszcze bezkompromisowych obrońców życia, w tym również wybitnego filozofa Josefa Sieferta, autora miażdżącej krytyki  adhortacji Amoris laetitia. Jedynym, który zachowa swe stanowisko, będzie najprawdopodobniej abp Vincenzo Paglia, mianowany przez Franciszka przewodniczącym PAL.  Jak wielokrotnie pisaliśmy, Paglia jest zagorzałym bergoglianinem – a więc i zwolennikiem dopuszczenia do Komunii publicznych cudzołożników, żyjących w związkach cywilnych.

Katolicki dziennikarz Maike Hickson przypomina, iż Paglia oświadczył niedawno w wywiadzie dla niemieckojęzycznej sekcji Radia Watykańskiego że obecna reorganizacja PAL świadczy o znaczeniu, jakie [papież] przypisuje konieczności dostarczenia jej «nowych bodźców» i włączenia się przez nią w dzieło «odnowy». Kiedy jednak modernista mówi o «nowych bodźcach» i «odnowie», ma w istocie na myśli «destrukcję»”.

W istocie posunięcie to wpasowuje się w ogólną tendencję do wycofywania się Watykanu z „wojny kulturowej” w kwestiach, które Benedykt XVI słusznie nazywał „nie podlegającymi negocjacji”, do który należą [według jego własnych słów] „ochrona życia na wszystkich jego etapach, od chwili poczęcia do naturalnej śmierci” oraz „uznanie i wspieranie naturalnej struktury rodziny w oparciu o małżeństwo kobiety i mężczyzny oraz przeciwstawianie się próbom zrównania jej w prawie z innymi formami pożycia” – tj. związkami cywilnymi pomiędzy homoseksualistami.

W obu tych kwestiach Franciszek zachowywał znaczące milczenie odnośnie obowiązków władz świeckich, domagając się równocześnie by społeczeństwa zachodnie zrezygnowały ze stosowania kary śmierci, wpuściły w swe granice hordy muzułmańskich „uchodźców” i bezzwłocznie podjęły stosowne kroki w celu redukcji emisji dwutlenku węgla. Choć Franciszek wielokrotnie zarzekał się, iż nie ma najmniejszej intencji mieszania się w kwestie polityczne, nie waha się jednocześnie dyktować rządom świeckim jakie decyzje podejmować powinny w dziedzinach, które dla niego samego wydają się mieć największe znaczenie, choć zazwyczaj chodzi mu o kwestie w których – w przeciwieństwie do stosunku wobec aborcji i „małżeństw homoseksualnych” – katolikom wolno jest zajmować inne od niego stanowisko.

Działania podjęte wobec Papieskiej Akademii Życia wpisują się w całościowy bergogliański program „rekonstrukcji misji” Kościoła w kierunku zachowującej pewną otoczkę religijną działalności zasadniczo politycznej, spolegliwej wobec potęg tego świata, będącej zaprzeczeniem misji jaką powierzył mu sam Zbawiciel,  pragnący by był on, podobnie jak On sam, „znakiem, któremu sprzeciwiać się będą” [Łk 2, 34]. W konsekwencji Kościół, w swym ludzkim elemencie, staje się znakiem budzącym aplauz świata, oklaskującego „rewolucję papieża Franciszka”.

Tak więc stopniowo poznajemy [nie ujawnioną dotąd] treść Trzeciej Tajemnicy Fatimskiej.

tłum. Scriptor

150 rocznica ogłoszenia Syllabusa

John Vennari

 

150 rocznica ogłoszenia Syllabusa

 

8 grudnia 2014 przypadła 150 rocznica ogłoszenia przez bł. Piusa IX encykliki Quanta cura oraz Syllabusa. (…)

Znajomość Syllabusa oraz dokumentów wielkich antyrewolucyjnych papieży jest dla nas absolutnie konieczna. Zasady na jakich się oni opierali powinny stanowić dla nas drogowskaz, jako że walka jaką toczyli z „liberalnym katolicyzmem” jest w istocie tą samą walką, którą my sami toczymy obecnie. Ten czy inny szczegół mógł się zmienić, konflikt pozostaje jednak ten sam. Jest to jedna i ta sama walka ze zwolennikami anty-Syllabusa, z destrukcyjnym modernizmem którym ludzie owi zatruli najwyższą hierarchię Kościoła.

Nie sposób zrozumieć w pełni obecnego kryzysu w Kościele nie zrozumiawszy wpierw Syllabusa oraz tego, co on uosabia.

 

„Błędy naszych czasów”

Promulgowana 8 grudnia 1864 roku encyklika Quanta cura oraz Syllabus zawierają uporządkowane potępienie błędów liberalizmu i fałszywych koncepcji wolności, stanowiących pokłosie po rewolucji francuskiej.

Pius IX potępił „główne błędy naszych czasów” w sposób tak gruntowny i bezwzględny, że od roku 1864 świat podzielił się na dwa obozy: obóz Syllabusa, wierny tradycyjnemu nauczaniu Kościoła o zbawieniu i katolickim porządku społecznym, oraz obóz anty-Syllabusa, reprezentujący kapitulację, w taki czy inny sposób, wobec błędów bezbożnego naturalizmu. Trzeciej alternatywny nie ma.

Realność tego podziału uznał nawet francuski mason Ferdinand Buisson, który stwierdził: „Szkoła nie może zachowywać postawy neutralnej pomiędzy Syllabusem a Deklaracją Praw Człowieka (tj. rewolucją francuską)”. Z kolei ks. Denis Fehey określał ten konflikt jako „Pius IX kontra panteistyczna deifikacja człowieka”.

Podobnie ks. Felix Sarda y Salvany zauważył w swej należącej już do klasyki książce Liberalizm jest grzechem (1899), że wierni katolicy powitali Syllabus „z entuzjazmem porównywalnym jedynie do paroksyzmu wściekłości z jaką zareagowali na niego liberałowie”, podczas gdy „liberalni katolicy uważali za roztropniejsze atakować go pośrednio poprzez powierzchowne interpretacje (i) umniejszające jego znaczenie komentarze”.

Utarło się przekonanie, że jeśli chce się szybko ocenić ortodoksję autora jakiejś książki z zakresu teologii katolickiej czy historii Kościoła, wystarczy przejść do Indeksu by sprawdzić co pisze on o Syllabusie. Jeśli chwali Syllabus, książka ta jest prawdopodobnie warta jest przeczytania, jeśli natomiast pisze o nim z lekceważeniem lub utrzymuje, że odnosił się on do konkretnych okoliczności historycznych i obecnie już nie obowiązuje, najprawdopodobniej jest liberalnym katolikiem.

Współcześni liberałowie (a także niektórzy tzw. „konserwatyści”) określają II Sobór Watykański mianem anty-Syllabusa. Jest to stwierdzenie prawdziwe i stanowi wyraz kompromisu jaki zawarto podczas Vaticanum II z różnymi elementami bezbożnego naturalizmu potępionymi jednoznacznie przez bł. Piusa IX.

 

Mroki „Oświecenia”

Przez cały wiek XIX społeczeństwo przesiąkało coraz bardziej liberalnymi zasadami Oświecenia oraz rewolucji francuskiej, wywierającymi niszczący wpływ na Christianitas. Rzekomo „nowocześniejsze i bardziej cywilizowane” koncepcje pluralizmu religijnego, indyferentyzmu, demokracji wedle której wszelka władza pochodzi od ludzi, fałszywe idee wolności, zasada rozdziału Kościoła i państwa i inne nowinki opanowały stopniowo umysły mieszkańców pooświeceniowej Europy, zarażając zarówno polityków jak duchownych.  Cały świat uległ przeobrażeniu wedle bezbożnych zasad naturalizmu.

Papieże z XIX i początku XX wieku wypowiedzieli tym niebezpiecznym ideom bezpardonową wojnę. (…) Wiedzieli że złe zasady, niezależnie od tego jak szczytne by się nie wydawały, nie mogą przynieść dobrych owoców, a były to najgorsze ze złych zasad, jako że zakorzenione były nie tylko w herezji, ale w apostazji.

Jak generałowie, zdający sobie sprawę iż za wszelką cenę muszą utrzymać powierzony im odcinek frontu, papieże ci wymierzyli w błędy współczesnego świata potężne działa i prowadzili z nich nieustanny ogień. Kulami ich były encykliki, które nigdy nie chybiały celu.

Najpoważniejszy cios dla idei liberalnych stanowiło ogłoszenie przez Piusa IX wspaniałego Syllabusa błędów oraz encykliki Quanta cura (1864).

 

Pogromczyni wszystkich herezji

Pomysł ogłoszenia Syllabusa błędów pochodził od arcybiskupa Perugii kard. Gioachhino Pecci, który w przyszłości zostać miał papieżem i przyjąć imię Leona XIII. W listopadzie 1849 roku przewodniczył on konferencji biskupów Umbrii, która zwróciła się do Stolicy Apostolskiej o uroczyste potępienie głównych błędów tej epoki.

Trzy lata później wydawane w Rzymie pismo „Civilita Cattolica” wystąpiło z inicjatywą, by potępienie głównych błędów dołączone zostało do bulli definiującej dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny, która ogłoszona została ostatecznie 8 grudnia 1854 roku. Związek pomiędzy tymi dwoma aktami, Syllabusem oraz Dogmatem o Niepokalanym Poczęciu, oparty był na tytule Matki Bożej jako „Pogromczyni wszystkich herezji”, który znaleźć można w starożytnym tekście liturgicznym: „Raduj się o Dziewico Maryjo, albowiem Ty sama zniszczyłaś wszystkie herezje na całym świecie”.

Ostatecznie podjęta została jednak decyzja o rozdzieleniu tych dwóch aktów, by zyskać więcej czasu na przygotowanie Syllabusa. Do opóźnienia w ogłoszeniu zbioru potępień przyczyniły się też w pewnym stopniu intrygi wrogów Kościoła,  w wyniku których w roku 1862 wczesna wersja Syllabusa wyciekła do antykatolickiego czasopisma, co skomplikowało przygotowania do jego publikacji.

Ostatecznie jednak 8 grudnia 1964 roku, w dziesiątą rocznicę ogłoszenia dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny,  Syllabus promulgowany został wraz z encykliką Piusa IX Quanta cura.

 

Panteistyczna deifikacja człowieka

Syllabus opublikowaliśmy w całości na stronie 2 niniejszego numeru naszego pisma, zaś zwięzłe jego streszczenie autorstwa ks. Faheya znaleźć można na stronie 6. Widać z nich jasno, że Pius IX potępił główne błędy współczesnego świata nie dlatego że są one współczesne, ale dlatego że sprzeczne są z nauczaniem naszego Pana Jezusa Chrystusa i Jego Świętego Kościoła.

Syllabus potępił nieokiełznaną wolność prasy oraz tzw. „wolność kultu” dla wszelkich sekt; Quanta cura potępiła ideę „wolności sumienia” (błąd wedle którego człowiek posiada moralne prawo do wierzenia w to, co jest obiektywnie fałszywe). Syllabus potępiał też tezę, że człowiek  może znaleźć zbawienie w praktykowaniu każdej religii (indyferentyzm religijny), a także fałszywe twierdzenie iż protestantyzm jest po prostu inna formą prawdziwej religii chrześcijańskiej, w której można służyć Bogu tak samo jak w Kościele katolickim (zasadę, na której opiera się współczesny ekumenizm). Potępiona też została fałszywa idea „rozdziału Kościoła od państwa”, zasada przypisująca państwu „moralne prawo” do ogłaszania aktów legislacyjnych lekceważących całkowicie Dekalog i prawo Chrystusowe.

W sposób najbardziej dobitny potępiał Syllabus znane nam dobrze twierdzenie, że „Biskup Rzymski może i powinien pogodzić się i uporządkować swoje relacje z postępem, z liberalizmem i współczesną cywilizacją”.

Innymi słowy, Syllabus potępia współczesne przekonanie, iż człowiek staje się  de facto Bogiem. By zrozumieć ten błąd musimy wyjaśnić, iż nie chodzi tu o wiarę iż człowiek staje się Bogiem jakiego znamy, wszechmocnym Bogiem, Stwórcą nieba i ziemi. Chodzi raczej o przekonanie, iż to człowiek jest ostatecznym arbitrem w sferze moralności. To człowiek – w oparciu o swój własny rozum –  decyduje ostatecznie o tym, co jest dobre a co złe –  lekceważąc przy tym Zbawiciela oraz Jego Przykazania. To człowiek – oraz święta większość parlamentarna  – decyduje czy zbrodnie takie jak aborcja czy tzw. „małżeństwa osób tej samej płci” powinny zostać „zalegalizowane”. Człowiek staje się najwyższym arbitrem tego co jest dobre i złe, słuszne i niesłuszne.

Owa „panteistyczna deifikacja człowieka” stanowi jądro bezbożnych zasad rewolucji francuskiej – jest też główną zasadą masonerii.

Na tej właśnie fałszywej zasadzie opiera się błąd indyferentyzmu religijnego, koncepcja państwa świeckiego, wolność sumienia, błędy dotyczące małżeństwa i rodziny oraz rozliczne inne błędy potępione w Syllabusie.

Pomimo ewidentnego fałszu tych idei, wiek XIX był świadkiem pojawienia się nowej generacji fantastów, usiłujących znaleźć kompromis pomiędzy katolicyzmem a współczesnymi im  bezbożnymi koncepcjami. Ludzie ci starali się znaleźć „dobre” elementy w zasadach rewolucji z roku 1789 i przeszczepić je do Kościoła.

Do najbardziej znanych przedstawicieli tego ruchu należeli ks. Felicite de Lamennais, Charles de Montalembert oraz bp Felice Dupanloup. Podobnie jak w przypadku wielu liberałów, niektórzy z nich mogli mieć dobre intencje, nie byli jednak zdolni dostrzec konsekwencji proponowanego przez siebie kompromisu. W przeciwieństwie do nich wierni katolickiej prawdzie papieże, jak Grzegorz XVI, bł. Pius IX, Leon XIII i Pius X, doskonale zdawali sobie sprawę z destrukcyjnego wpływu tych zasad.

Wielu zainfekowanych duchem czasów katolików, zarówno duchownych jak świeckich, uległo pokusie zabójczego kompromisu pomiędzy Rewolucją i katolicyzmem. Powszechnie określano ich mianem „liberalnych katolików”, Pius IX zaś zauważył, że w rzeczywistości to oni właśnie byli najniebezpieczniejszymi wrogami Kościoła. Niestety, pomimo papieskich potępień, liczba ich stale rosła.

Jak wyjaśnia wybitny teolog msgr Joseph Clifford Fenton, modernizm stanowi po prostu końcowy wytwór liberalnego katolicyzmu. Główna teza modernizmu głosi, że na przestrzeni wieków dogmatyczne przesłanie Kościoła może ulec pewnym zmianom i przeobrażeniom.

Liberalni katolicy wyznają więc tezę, wedle której w XIX wieku Kościół głosił pewien zbiór prawd odpowiednich dla tej epoki, natomiast w wieku XX może ogłosić „prawdy” inne, a nawet sprzeczne z nauczanymi uprzednio. Ta przewrotna logika zwyciężyła ostatecznie na II Soborze Watykańskim.

Jest faktem dobrze znanym, że dokumenty Vaticanum II stanowiły w istocie tryumf liberalnego katolicyzmu. Marcel Prelot, senator z regionu Dobbs we Francji, pisał z radością po zakończeniu obrad: „Przez 150 lat walczyliśmy, by nasze opinie zatryumfowały w Kościele – i nie udało nam się to. Ostatecznie [jednak] odbył się II Sobór Watykański i zwyciężyliśmy. Od tego momentu tezy i zasady liberalnego katolicyzmu zostały definitywnie i oficjalnie przyjęte przez Kościół Święty”.

 

Kard. Ratzinger i anty-Syllabus

Jeden z najbardziej przekonujących dowodów na to, iż podczas II Soboru Watykańskiego Kościół skapitulował wobec zasad liberalnego katolicyzmu, pochodzi od kard. Josepha Ratzingera, który zmianę tę postrzegał jako krok we właściwym kierunku.

Przytoczone niżej fragmenty wypowiedzi kard. Ratzingera zasługują na szczególną uwagę, zwłaszcza w epoce pontyfikatu papieża Franciszka. Ekstrawaganckie zachowania Franciszka sprawiły, iż wielu katolików daje wyraz tęsknoty za „starymi dobrymi czasami” „konserwatywnego” Benedykta XVI. Nie ulega jednak wątpliwości, że kard. Ratzinger był jednym z głównych przedstawicieli anty-Syllabusa, a inicjatywy podejmowane przez niego w trakcie całej jego kariery położyły grunt pod aberracje obecnego pontyfikatu. Obaj oni są zwolennikami anty-Syllabusa, jedyna zaś różnica polega na tym, iż Franciszek jest bardziej nierozważny i lekkomyślny.

Skupmy się jednak najpierw na osobie kard. Ratzingera.

W swej opublikowanej w roku 1987 książce Zasady teologii katolickiej wychwalał on konstytucję Gaudium et spes jako swoisty anty-Syllabus.

Jak pisał: „Stawiając ogólną diagnozę tego tekstu [Gaudium et spes] można powiedzieć, że jest to (razem z tekstami o wolności religijnej i o religiach świata) rewizja Syllabusa Piusa IX, coś w rodzaju anty-Syllabusa (…)”. Myśl tę rozwinął następująco:

„(…) Jednostronność stanowiska zajętego przez Kościół za pontyfikatu Piusa IX i Piusa X w reakcji na sytuację stworzoną przez nowy etap historii zainaugurowany przez rewolucję francuską korygowana była w znacznym stopniu via facti, zwłaszcza w Europie Centralnej, wciąż jednak brakowało jakiegoś dokumentu formułującego zasady na jakich oprzeć się powinien Kościół w relacjach ze światem, który narodził się po roku 1789. W krajach zdominowanych przez populację katolicką stosunki te pozostawały w znacznej mierze takie jak w epoce przedrewolucyjnej (…) Nikt nie zaprzeczy dziś, że pogląd na świat jaki wyrażał w znacznym stopniu hiszpański czy włoski konkordat nie odpowiadał już rzeczywistości. Nikt też nie zaprzeczy istnieniu pewnych anachronizmów, zwłaszcza w sferze edukacji i w odniesieniu do metody historyczno-krytycznej we współczesnej nauce, związanych ścisłe z owym przywiązaniem do owych przestarzałych relacji państwo-Kościół”.

Tak więc Ratzinger przedstawia jednego z najwybitniejszych papieży w historii Kościoła jako zbyt „jednostronnego” w podejmowanych przez niego próbach ochrony Kościoła przed błędami liberalizmu i przed szerzeniem się bezbożności we współczesnym społeczeństwie. Stwierdza ponadto, że oparte na odwiecznej doktrynie Kościoła nauczanie Piusa IX jest wyrazem „anachronicznych stosunków pomiędzy Kościołem a państwem”.

W dalszej części swej książki kard. Ratzinger pisze: „Tekst ten [Gaudium et spes] jest de facto anty-Syllabusem i jako taki stanowi próbę oficjalnego pojednania się Kościoła ze światem który ukształtował się po 1789 roku”.

Jednak taka kapitulacja duchowieństwa katolickiego wobec nowego bezbożnego porządku społecznego oraz ducha indyferentyzmu religijnego potępiona została wprost z punkcie 80 Syllabusa: „Biskup Rzymski może i powinien pogodzić się i uporządkować swoje relacje z postępem, z liberalizmem i współczesną cywilizacją”.

W innym miejscu tej samej książki kard. Ratzinger stwierdza: „Nie może być powrotu do Syllabusa, który mógł stanowić pierwszy etap w konfrontacji z liberalizmem, nie może być jednak etapem ostatnim”.

Nie sposób nie zdumiewać się  przewrotną logiką modernistycznych duchownych, którzy zbudowali swe kariery na rzekomej „zmienności” pewnej doktryny, a równocześnie zapewniających nas uroczyście, że ich własne modernistyczne zasady są nienaruszalne: „Nie może być powrotu do Syllabusa”. (…)

Radość z przyjęcia zasad anty-Syllabusa podczas II Soboru Watykańskiego wyrażał również o. Yves Congar.

Powołując się na koncepcję określaną przez siebie jako „ruch historii”, jak gdyby historyczne uwarunkowania mogły naruszyć w jakikolwiek sposób obiektywną katolicką prawdę, pisał on: „Nie można zaprzeczyć, że tekst ten (soborowy dokument o wolności religijnej) mówi co innego niż Syllabus z roku 1864, a nawet sprzeciwia się punktom 15, 77 i 79 tego dokumentu”.

Nie wahał się też stwierdzić: „Poprzez deklarację o wolności religijnej, poprzez Gaudium et spes – O Kościele w świecie współczesnym – jakże znaczący tytuł, Kościół Vaticanum II jednoznacznie umiejscowiony został w dzisiejszym pluralistycznym świecie i bez uszczerbku dla swej wielkości przeciął łańcuchy które łączyły go w ze średniowieczem”.

 

„Zwykły krzywoprzysięzca”

Zasady anty-Syllabusa każe nam odrzucić sam zdrowy rozsądek, podpowiadający nam iż prawda nie może się zmieniać wraz z upływem czasu. Potępiło je również Magisterium Kościoła.

W zgodzie z odwieczną doktryną katolicką I Sobór Watykański nauczał w sposób nieomylny: „Niech więc wzrasta i na różne sposoby mocno się rozwija rozumienie, wiedza oraz mądrość wszystkich razem i każdego z osobna, zarówno poszczególnych łudzi, jak i całego Kościoła, ze wszystkich pokoleń i wieków, ale tylko w swoim rodzaju, to znaczy w tej samej nauce, w tym samym znaczeniu i w tym samym sformułowaniu”. Innymi słowy, bez żadnej zmiany.

Ten sam zwrot – „w tym samym znaczeniu i w tym samym sformułowaniu” spotykamy również w Przysiędze Antymodernistycznej.

Podkreślając powagę tego aktu msgr Fenton zauważył w roku 1960, że człowiek który złożyłby Przysięgę Antymodernistyczną a następnie osobiście propagowałby lub zezwalał na propagowanie modernizmu „nie tylko popełniłby grzech przeciwko wierze katolickiej, ale również okazałby się zwykłym krzywoprzysięzcą”.

Osoba składająca Przysięgę Antymodernistyczną ślubuje uroczyście przed Bogiem: „Szczerze przyjmuję naukę wiary przekazaną nam od Apostołów przez prawowiernych Ojców, w tym samym zawsze rozumieniu i pojęciu. Przeto całkowicie odrzucam jako herezję zmyśloną teorię ewolucji dogmatów, które z jednego znaczenia przechodziłyby w drugie, różne od tego, jakiego Kościół trzymał się poprzednio.(…)”. Na zakończenie przysięga zaś uroczyście: „Ślubuję, iż to wszystko wiernie, nieskażenie i szczerze zachowam i nienaruszenie tego przestrzegać będę i że nigdy od tego nie odstąpię, czy to w nauczaniu, czy w jakikolwiek inny sposób mową lub pismem. Tak ślubuję, tak przysięgam, tak niech mi dopomoże Bóg i ta święta Boża Ewangelia”.

Nie ma możliwości, by człowiek który wyznaje anty-Syllabus Vaticanum II mógł twierdzić, iż zachował wiarę „w tym samym znaczeniu i tym samym sformułowaniu”, w jakim wyznawał ją zawsze Kościół. Niemożliwe jest, by ten kto akceptuje nowy program ekumeniczny Vaticanum II oraz zasadę wolności religijnej mógł twierdzić, że „zachował szczerze i nieskażenie” jednoznaczne nauczanie przedsoborowych papieży odnośnie indyferentyzmu religijnego oraz Społecznego Panowania Chrystusa Króla.

Jak już zauważyłem, zarówno kard. Ratzinger jak Yves Congar twierdzili otwarcie, jak gdyby był to powód do chluby, że II Sobór Watykański stanowi anty-Syllabus – że naucza on czegoś wprost przeciwnego do przedsoborowych papieży – a więc wyraża idee modernistyczne.

Co więcej, twierdzenia te czynili pomimo uprzedniego złożenia uroczystej Przysięgi Antymodernistycznej. Raz jeszcze przytoczymy tu ostrzeżenie msgr Fentona, iż człowiek który złożył Przysięgę Antymodernistyczną a następnie propagował lub pozwalał propagować modernizm „nie tylko popełniłby grzech przeciwko wierze katolickiej, ale i okazałby się zwykłym krzywoprzysięzcą”.

To właśnie owi „krzywoprzysięzcy” narzucili nam soborową rewolucję, której ostatnim wcieleniem jest papież Bergoglio. W jaki sposób z tego zatrutego źródła mogłoby pochodzić coś prawdziwego?

Lekarstwem na obecny kryzys nie jest „reforma reformy” czy „hermeneutyka ciągłości”, usiłująca stworzyć syntezę z soborowymi nowinkami posługując się sloganem „żywej Tradycji”. Lekarstwem może być jedynie tradycyjna wiara katolicka, „integralna i nienaruszona”, jak to czytamy w Wyznaniu Wiary św. Atanazego.

Zachęcamy czytelników do wnikliwego studium encykliki Quanta cura, Syllabusa oraz pism wielkich kontrrewolucyjnych papieży. Jak już wspomniałem, walka toczona przez nich jest tą samą walką, który my sami prowadzimy obecnie: Kościół vs. Rewolucja, Syllabus vs. anty-Syllabus.

Papież Franciszek, kard. Kasper oraz ci wszyscy, którzy chcą zastosować zasady modernistyczne do sfery moralności (czego świadkami byliśmy podczas ostatniego Synodu) postępują w istocie w zgodzie z duchem Vaticanum II. Wyciągają po prostu logiczne konsekwencje z liberalnej zasady, wedle której „niektóre prawdy mogą z czasem ulegać zmianie”: czynił to Jan Paweł II organizując gorszące wiernych spotkania międzyreligijne w Asyżu oraz biorąc udział w ekumenicznych spotkaniach modlitewnych w zborach luterańskich, czynił to również Benedykt XVI odwiedzając synagogi i uczestnicząc w różnego rodzaju zgromadzeniach międzywyznaniowych (np. w Kolonii). Warto tu przypomnieć jedną z wypowiedzi Benedykta o współczesnym ekumenizmie:

„Z drugiej strony, nie oznacza ona [tj. działalność ekumeniczna) tego, co można by nazwać «ekumenizmem powrotu», w którym konieczne byłoby zanegowanie i odrzucenie własnej historii wiary. W żadnym wypadku! Ta jedność nie jest równoznaczna z ujednoliceniem wszystkich form wyrazu teologii i duchowości, form liturgicznych i dyscypliny. Jest to jedność w różnorodności i różnorodność w jedności”.

Wszystkie te modernistyczne zasady i praktyki: zezwalanie na przyjmowanie Komunii osobom rozwiedzionym które zawarły związki świeckie, panreligijne spotkania modlitewne w Asyżu, mówienie niekatolikom że mogą znaleźć drogę do zbawienia praktykując swe fałszywe religie – były w równym stopniu nie do pomyślenia dla przedsoborowych papieży.

Lekarstwem na obecny hałaśliwy pontyfikat papieża Bergoglio nie może być powrót do anty-Syllabusa Benedykta XVI ani do ekumenizmu Jana Pawła II, ale jedynie  przylgnięcie do nauczania wielkich papieży kontrrewoluzyjnych sprzed II Soboru Watykańskiego. (…)

Matko Boża, Pogromczyni Wszystkich Herezji – módl się za nami!

 

tłum. Scriptor