Oktawa Bożego Narodzenia, Kalendy styczniowe

ks. John Jenkins FSSPX

Oktawa Bożego Narodzenia, Kalendy styczniowe

Drodzy wierni,

W dniu dzisiejszym obchodzimy początek nowego roku kalendarzowego – czyli rozpoczynający go w starożytnym Rzymie dzień kalend styczniowych, od których pochodzi samo słowo „kalendarz”. Jak wiecie, rok liturgiczny rozpoczął się już w pierwszą niedzielę adwentu. To właśnie ta niedziela inauguruje życie Zbawiciela w Kościele, poprzez wspomnienie długiego okresu czasu poprzedzającego Jego przyjście. I rzeczywiście, Chrystus Pan narodził się w naszych sercach dzięki łasce Bożego Narodzenia. W dniu dzisiejszym obchodzimy wspomnienie Jego obrzezania – na osiem dni po swych narodzinach Chrystus po raz pierwszy przelewa krew i otrzymuje imię Jezus, czyli Zbawiciel.

Jednak dla świata nowy rok rozpoczyna się dzisiaj. Nie zawsze tak było. W czasach starożytnych Rzymian nowy rok rozpoczynał się w marcu, w miesiącu w którym legiony rzymskie wyruszały by powiększać i chronić imperium pod egidą boga Marsa, boga wojny. Z tego właśnie powodu w roku przestępnym, czyli takim, który posiada jeden dzień więcej wskutek nierówności czasu obiegu słońca przez ziemię, zawsze dodajemy ten dzień pod koniec lutego, czyli na koniec rzymskiego roku. Mówiąc bardziej precyzyjnie, podwajamy szóste kalendy marcowe – z tego też powodu nazywa się rok przestępny „année bissextile”.

Jednak miesiąc styczeń (czyli Januarius) nosi nazwę od imienia pogańskiego boga Janusa, sprawującego opiekę nad drzwiami domostw starożytnych Rzymian. To właśnie tego boga wyobrażano z dwoma twarzami, co symbolizować miało opiekę zarówno nad wchodzącymi jak i wychodzącymi z domu. Znajdująca się na Forum świątynia Janusa symbolizowała również stan cesarstwa. Gdy prowadzono wojny, drzwi świątyni pozostawały otwarte, wyrażając w ten sposób, że wielu synów Rzymu znajdowało się z dala od ognisk domowych. Bramy świątyni często były otwarte, ponieważ imperium nieustannie prowadziło wojny dla rozszerzenia i obrony granic. Przyszedł jednak moment, gdy za panowania cesarza Augusta w całym imperium zapanował pokój – i wówczas drzwi świątyni zostały zamknięte podczas specjalnych uroczystości. Senat uchwalił zbudowanie ku czci Augusta Ara pacis, czyli ołtarza pokoju, który oglądać można w Rzymie po dziś dzień. Na pamiątkę tego wielkiego wydarzenia początek roku rzymskiego przesunięty został z kalend marcowych na styczniowe. To właśnie ten pokój w cesarstwie umożliwił Augustowi przeprowadzenie spisu ludności, by zaprowadzić sprawiedliwe podatki. Ten właśnie spis zmusił młodą rodzinę do podróży do Betlejem, gdzie narodził się Książę Pokoju.

To nie pogańscy bogowie ani wysiłki Augusta przyniosły cesarstwu pokój, ale narodziny Tego, który jest Księciem Pokoju. Ludzie spisują swe chwalebne dzieje, opisując szczegółowo swe osiągnięcia. Jednak Bóg pisze historię posługując się dziełami ludzkimi, by we właściwym czasie okazać ludziom swą wielką miłość. Bóg zechciał, by Jego Syn narodził się w czasie pokoju, by dać nam przez to do zrozumienia, że to dzięki Niemu odnajdziemy pokój. W dniu dzisiejszym obchodzimy oktawę Bożego Narodzenia i obrzezanie Chrystusa Pana. To nie przypadek, że rozpoczynamy dziś również nowy rok kalendarzowy.

Spośród wszystkich dóbr, jakimi może cieszyć się państwo, największym jest z pewnością pokój. Jaki bowiem pożytek ze wszystkich bogactw tego świata, jeśli nie żyje się w pokoju? Weźmy na przykład Stany Zjednoczone, najbogatsze i najpotężniejsze państwo na ziemi – a jednak naród ten nie żyje w pokoju. Pragnie jedynie wojen, wojen które nie są sprawiedliwe, wojen wywołanych przez żądzę pieniędzy i władzy. Jaki  pożytek tego z bogactwa, jeśli służy ono jedynie do wywoływania niepokojów wszędzie dokoła? Byłoby lepiej nie posiadać niczego i żyć w pokoju z bliźnimi. Pokój jest największym z dóbr doczesnych, ponieważ jest on niejako obrazem raju, gdzie wszystko znajduje się na właściwym miejscu i w pokoju.

Jaka jest jednak cena pokoju? To właśnie tę tajemnicę obchodzimy w dniu dzisiejszym, drodzy przyjaciele. Chrystus otrzymuje dziś imię Jezus, co po grecku oznacza Zbawiciel. To On przynosi pokój, ponieważ to On odbudowuje ład pomiędzy człowiekiem i Bogiem, będący zasadą wszelkiego ładu i pokoju. A w jaki sposób dokonuje tego ponownego połączenia Boga i człowieka? Poprzez ofiarę. Przelewa dziś pierwsze krople swej najdroższej Krwi – podczas obrzędu obrzezania.

Sakrament, jaki Chrystus dziś przyjmuje, jest sakramentem Starego Zakonu, danym Abrahamowi. Abram, opuszczając swój kraj by zachować prawdziwą wiarę otrzymał obietnicę, że stanie się ojcem wielu narodów. Na znak tej obietnicy otrzymał nakaz, by dokonywał obrzezania każdego dziecka płci męskiej ósmego dnia po jego narodzeniu. Abram otrzymał tę obietnicę w nagrodę za swą wiarę w przyszłego Zbawiciela. Został też nazwany Abrahamem, ojcem tych, którzy dostępują zbawienia przez wiarę w Odkupiciela. Odkupiciel był konieczny z powodu grzechu Adama, który przekazywany jest nam przez naszych rodziców. Rodzimy się w stanie grzechu pierworodnego. Tak więc usunięcie napletka u potomstwa oznaczało usunięcie grzechu odziedziczonego po pierwszym człowieku przez naszych rodziców. Stąd ów sakrament Starego Zakonu udzielał we właściwy, sposób tej łaski, jakiej dostępujemy w sakramencie chrztu. Różnica polega jedynie na tym, że poprzez sakrament Starego Zakonu łaska Zbawiciela otrzymywana była dzięki wierze w obietnicę, my natomiast otrzymujemy łaskę poprzez obecność Chrystusa w sakramencie Chrztu. Różnica ta powoduje, że nie możemy przyjmować obu tych sakramentów – przyjmowanie sakramentów Starego Zakonu sugerowałoby, że Zbawiciel jeszcze się nie narodził.

Chrystus przyjmuje swe imię przelewając równocześnie krew. Ma to, drodzy wierni, bardzo głębokie znaczenie. Już Jego imię nabyte zostaje za cenę krwi. Cała Jego istota przeniknięta jest duchem ofiary, tak że nawet wielka radość Jego narodzin przyćmiewana jest przez Jego wolę, by ofiarować życie za nas. Pokazuje nam cenę pokoju. Pokój może nadejść jedynie dzięki ofierze. Tylko poprzez ofiarę możemy cieszyć się pokojem.

Dlatego – drodzy chrześcijanie – tajemnica, którą dziś obchodzimy, jest integralną częścią naszego życia. Otrzymaliście sakrament chrztu – jesteście członkami naszego Pana Jezus Chrystusa. Nie jesteście już ludźmi jak inni – na waszych duszach wyciśnięte zostało niezniszczalne znamię, znamię chrztu. Nosicie imię chrześcijan, ponieważ jesteście członkami Chrystusa. I podobnie jak On,  otrzymaliście swe imię by przelać swą krew, oddać swe życie życia, by złożyć samych siebie w ofierze Bogu.

Czym jest krzyż chrześcijanina, jeśli nie wypełnianiem obowiązków stanu? Cóż jest gwoździami chrześcijanina, jeśli nie wymogi obowiązków? Czym jest głód i pragnienie chrześcijanina, jeśli nie pragnieniem nasycenia przez samego Chrystusa? Jaka jest namiętność chrześcijanina, jeśli nie pragnienie oglądania Boga? Jesteście wezwani do złożenia swego życia w ofierze za ten świat, za świat, który żyje w ciemnościach, by mógł on cieszyć się pokojem. A ten pokój może być jedynie owocem ofiary. Nosimy w sobie Mękę Chrystusa, by mógł zapanować pokój Chrystusa. Oznacza to, że jako światłość świata, macie dawać dobry przykład innym. Jako sól ziemi, musicie smakować w rzeczach niebieskich. Świętość nie jest już dla was opcją, ale koniecznością – właśnie w wyniku tego znaku wyciśniętego na waszych duszach. Świat zmierza ku zgubie, ponieważ jest bardzo mało chrześcijan godnych tego miana, którzy mieliby odwagę żyć życiem, jakie do jakiego wzywa ich Zbawiciel.

Za kilka dni Trzej Królowie ze Wschodu przybędą, by ofiarować Chrystusowi trzy dary: złoto, kadzidło i mirrę. Dali Mu złoto, by uczcić Go jako Króla. Dali Mu kadzidło, by uczcić Jego Bóstwo. Dali Mu też mirrę, by przygotować Go do Jego ofiary.

My natomiast powinniśmy ofiarować Dzieciątku Jezus coś jeszcze cenniejszego – siebie samych. Chrystus przyszedł dla nas, aby nas zbawić. Wykupił nas swą własną Krwią, którą zaczął przelewać dla nas już w dzień, który dziś wspominamy. Oddajmy Mu nasze myśli – to nasze złoto. Tak jak złoto dzięki swemu pięknu i odporności na zepsucie używane jest powszechnie jako środek płatniczy, niech również nasze myśli przepełnione będą pięknem nieba i wolne od zepsucia świata. Uwierzmy w Niego. Ofiarujmy Mu całą naszą wolę – to nasze kadzidło. Tak jak kadzidło wznosi się ku niebu, tak również nasza wola musi być poruszana przez rzeczy niebieskie. Złóżmy w Nim naszą nadzieję. Ofiarujmy Mu całą naszą miłość – to będzie nasza mirra. Tak jak Zbawiciel umarł za nas na Krzyżu, również my umierajmy za naszych bliźnich. Miłość bliźniego to nic innego jak obumieranie dla własnych namiętności. By ujrzeć Boga, musimy umrzeć – musimy umrzeć dla siebie samych – poprzez umartwienie, poprzez ofiarę. Ten, kto oddaje swe życie za bliźnich, ogląda Boga już na tym świecie, bo Bóg jest miłością. Kochajmy więc Boga i bliźniego, tak jak Bóg umiłował nas.

Niech Boża Dziecina błogosławi nam i obdarzy nas pokojem, którego nikt nie może nam odebrać.

Amen

tłum. Scriptor

Arcybiskup Bugnini – wielki architekt rewolucji

Michael Davies

Arcybiskup Bugnini – wielki architekt rewolucji

 

„Zaprawdę, gdyby któremuś z diabłów książki C.S. Lewisa Listy starego diabła do młodego powierzone zostało zadanie zrujnowania liturgii, nie mógłby zrobić tego lepiej”

Dietrich von Hildebrand, The Devastated  Vineyard

 

Abp Bugnini urodził się w Civitella de Lego we Włoszech w roku 1912. W roku 1928 rozpoczął studia teologiczne w Zgromadzeniu Księży Misjonarzy św. Wincentego a Paulo, w którym wyświęcony został na kapłana w roku 1936. Przez dziesięć lat pracował w parafii na przedmieściach Rzymu, a następnie, w latach 1947-1957 zaangażował się w działalność publicystyczną i wydawniczą swego instytutu. W roku 1947 zaczął również angażować się w specjalistyczne studia liturgiczne, gdy rozpoczął trwający 21 lat okres jako dyrektor Ephemerides liturgicae, jednego z najbardziej znanych włoskich publikacji liturgicznych. Wniósł wkład do wielu publikacji naukowych, pisał artykuły na temat liturgii dla wielu encyklopedii i słowników i opublikował wiele książek zarówno naukowych jak i popularnych.

W roku 1948 ks. Bugnini mianowany został Sekretarzem powołanej przez Piusa XII Komisji ds. Reformy Liturgicznej. W roku 1949 mianowany został wykładowcą liturgiki na uniwersytecie papieskim Propaganda Fide, w 1955 objął takie samo stanowisko w Papieskim Instytucie Muzyki Sakralnej, w 1956 mianowany został doradcą Kongregacji Rytów a w dwa lata później wykładowcą liturgiki na Uniwersytecie Laterańskim.

Następnie, w roku 1960 objął stanowisko, które umożliwiło mu wywarcie ważnego, jeśli nie decydującego wpływu na historię Kościoła, mianowany został Sekretarzem Liturgicznej Komisji Przygotowawczej przed II Soborem Watykańskim[1]. Był on głównym inspiratorem schematu przygotowawczego, dokumentu, który miał zostać przedstawiony do dyskusji ojcom soborowym. Carlo Falconi, były ksiądz, który porzucił Kosciół, pozostaje jednak w bliskim kontakcie ze swymi przyjaciółmi w watykanie, nazywał schemat przygotowawczy „szkicem Bugniniego”[2]. Jest to niezwykle ważne świadectwo w obliczu faktu, ze, jak podkreślano we własnym biuletynie msgr Bugniniego „Notitiae”, Konstytucja o liturgii, którą ojcowie ostatecznie przyjęli, była zasadniczo identyczna ze schematem przygotowawczym, opracowanym przez Komisję Przygotowawczą[3].

Według o. P.M. Gy OP, francuskiego liturgisty, który był konsultantem przedsoborowej Komisji Liturgicznej, ks. Bugnini:

„(…) jako Sekretarz był doskonałym wyborem. Był on sekretarzem komisji ds. reformy powołanej przez Piusa XII. Był utalentowanym organizatorem, obdarzonym otwartym, duszpasterskim duchem. Wielu ludzi zauważyło jak, z kard. Cicognani, był on w stanie nasycać dyskusję wolnością ducha, zalecaną przez Jana XXIII”[4].

Ks. Bugnini napisał długi artykuł opisujący pracę Komisji, opublikowany w L’Osservatore Romano 1 kwietnia 1962 roku.

Schematowi Bugniniego nadany został ostateczny kształt i zaakceptowany on został na sesji plenarnej Liturgicznej Komisji Przygotowawczej w głosowaniu przeprowadzonym 13 stycznia 1962. Jednak już na tym etapie, Przewodniczący Komisji osiemdziesięcioletni kardynał Gaetano Cicognani potrafił przewidzieć niebezpieczeństwa tkwiące w pewnych jego ustępach. O. Gy pisze: „Program reformy był tak rozległy, że Przewodniczący, kard. Gaetano Cicognani, wahał się”[5]. Gdyby kardynał nie został przekonany do podpisania schematu, zostałby on zablokowany. Jego podpis był konieczny, nawet w przypadku aprobaty większości członków Komisji. Ks. Bugnini musiał działać. Uzyskał natychmiast dostęp do Jana XXIII, który zgodził się interweniować. Wezwał kard. Amleto Ciognaniego, swego Sekretarza Stanu i młodszego brata Przewodniczącego Komisji Liturgicznej i polecił mu odwiedzić brata i nie wracać, zanim schemat zostanie podpisany. Kardynał spełnił to polecenie.

„Później peritus Liturgicznej Komisji Przygotowawczej powiedział, że kardynał niemal płakał gdy machał dokumentem w powietrzu i mówił: ‘Chcą, żebym to podpisał, nie wiem jednak, czy ja tego chcę’. Potem położył dokument na biurku, wziął pióro i podpisał go. Cztery dni później zmarł”[6].

Schemat Bugniniego został uratowany – w samą porę. Za zgodą Jana XXIII ks. Bugnini zwolniony został ze swych obowiązków na Uniwersytecie Laterańskim i usunięty ze stanowiska Sekretarza Liturgicznej Komisji Przygotowawczej[7]. Powody, które skłoniły papieża do podjęcia tego kroku nie zostały wyjawione, musiały być jednak najpoważniejszej natury, by skłonić tego tolerancyjnego papieża do działania publicznie w tak drastyczny sposób wobec księdza zajmującego tak wpływowe stanowisko w przygotowaniu Soboru. W książce Pope John and his Council, dzienniku z okresu pierwszych sesji Vaticanum II, Carlo falconi potępia usunięcie ks. Bugniniego jako krok wstecz, dodaje jednak:

„jak by nie było, Bugniniemu udało się przepchnąć swój schemat aż do soboru i ciekawe będzie zobaczyć, czy zostanie on zatwierdzony, a bardziej jeszcze czy schemat wygnanego Sekretarza Komisji Liturgicznej otworzy drogę do sukcesu innym schematom o progresywnym charakterze”[8].

Usunięcie ks. Bugniniego porównać można do zamknięcia drzwi stajni, gdy konie już uciekły. Korzystne byłoby, gdyby ks. Bugnini mianowany został Sekretarzem Komisji Soborowej (stanowisko to przypadło ks. Ferdinandowi Antonelliemu OFM), mógłby wówczas przepchnąć swój schemat na soborze – ale nie to miało zasadnicze znaczenie.  Ważny był sam schemat i obawy Falconiego były bezpodstawne. Dla ojców soborowych przygotowane zostały 72 schematy przygotowawcze, owoc najbardziej drobiazgowego i metodycznego przygotowania na sobór w całej historii Kościoła[9]. Jednak schematy te były tak ortodoksyjne, że liberałowie nie mogli ich zaakceptować – nawet jako punktu wyjściowego do dyskusji. Za namową o. Edwarda Schillebeeckxa OP, urodzonego w Belgii wykładowcy dogmatyki na Uniwersytecie Katolickim w Nijmegen, zostały one odrzucone za jednym wyjątkiem, jaki stanowił schemat Bugniniego. Schemat ten Schilleebeckx uznał za „godny podziwu”[10].

„Notitiae” przypomniały o tym z nieskrywaną satysfakcją   w roku 1972, podkreślając, że schemat przygotowawczy Bugniniego był jedynym, który został przegłosowany bez wprowadzenia do niego istotnych zmian[11].

  1. Wiltgen komentuje:

„(…) spora liczba biskupów i peristi  z krajów reńskich  mianowana została przez Jana XXIII do liturgicznej komisji przygotowawczej. W rezultacie udało im się zaszczepić swe idee w schemat i zyskują aprobatę dla tego, co uważali za bardzo pożądany dokument”[12].

Odnośnie do innych schematów, msgr Lefebvre pisze:

„Wiecie co zdarzyło się na soborze. W dwa tygodnie po jego otwarciu nie pozostał ani jeden schemat przygotowawczy, ani jeden! Wszystkie zostały odrzucone i wrzucone do kosza na śmieci. Nie pozostało z nich nic, ani jedno zdanie. Wszystkie zostały wyrzucone”[13].

Konstytucję o liturgii omówiłem szczegółowo w rozdziale XVI mojej książki Pope John’s Council. W niniejszym rozdziale pragnę zwrócić uwagę na liczne bomby zegarowe, dwuznaczne sformułowania, które mogły być później wykorzystane przez liberałów po soborze w sposób, którego nigdy nie przewidzieli ojcowie soborowi, gdy głosowali nad tą konstytucją. Sojusz Reński naciskał na powołanie posoborowych komisji, które posiadałyby władzę interpretowania soboru, gdyż „obawiał się, że postępowe środki przyjęte przez sobór mogłyby zostać zablokowane przez siły konserwatywne otaczające papieża, skoro tylko ojcowie soborowi powrócą do swych domów”[14].

Kard. Heenan przestrzegał przed niebezpieczeństwem udzielenia soborowym periti władzy interpretowania soboru światu. „Niech Bóg broni, by tak się stało”, powiedział ojcom[15]. A jednak tak się właśnie stało. Członkowie tych komisji zostali „wybrani z aprobatą papieża, w większości przypadków, spośród soborowych periti. Zadaniem komisji jest wcielenie w życie dekretów soborowych (…) i, gdy to konieczne, tłumaczenie konstytucji, dekretów i deklaracji soborowych”[16].

5 marca 1964 L’Osservatore Romano zapowiedziało powołanie Komisji ds. Wdrażania Konstytucji o liturgii, która stała się znana pod nazwą Consislium. Początkowo członkami jej byli w przeważającej mierze członkowie Komisji, którzy pracowali nad schematem przygotowawczym. Ks. Bugnini mianowany został jej Sekretarzem 29 lutego 1964 roku.

W teorii, Consilium było organem doradczym i reformy, jakie obmyśliła, miały być wdrażane przez Kongregację Dyscypliny Sakramentów czy Kongregację Rytów. Kongregacje te ustanowione zostały  jako część reformy Kurii Rzymskiej przedsięwziętej przez Pawła VI i promulgowanej jego Konstytucją Apostolską Regimini Ecclesiae Universae z 15 sierpnia 1967 roku. Wpływy ks. Bugniniego wzrosły, gdy mianowany został Podsekretarzem Kongregacji Rytów[17]. Jednak Paweł VI promulgował inną jeszcze Konstytucję Apostolską, Sacra Rituum Congregatio ( z 8 maja 1969), która podzieliła Kongregację Rytów na Kongregację Kultu Bożego oraz Kongregację ds. Świętych[18]. Krok ten miał miejsce niemal natychmiast po promulgowaniu Novus Ordo Missae 3 kwietnia 1969 roku Konstytucją Apostolską Missale Romanum. Konstytucja Sacra Rituum Congregatio  kładła również kres istnieniu Consilium jako odrębnego ciała. Zostało ono wcielone do Kongregacji Kultu Bożego  jako specjalna komisja, która zachowała swych członków i doradców i miała istnieć aż do zakończenia dzieła reformy liturgicznej[19]. „Notitiae”, oficjalny biuletyn Consilium, stał się organem nowej Kongregacji[20]. Ks. Annibale Bugnini mianowany został Sekretarzem nowej Kongregacji i stał się bardziej wpływowy, niż kiedykolwiek. Wcale nie będzie przesadą twierdzenie, że tak naprawdę to Consilium, czyli ks. Bugnini, przejął kontrolę nad Kongregacją Kultu Bożego. „Notitiae” z kwiecień-czerwiec zapowiadały nominację ks. Gugniniego i stwierdzały:

„Ten numer Notitiae pojawia się pod koerownictwem nowej Kongregacji Kultu Bożego. Papież Paweł VI, pod koniec Konsystorza 28 kwietnia, ogłosił i nadał temu oficjalny charakter Konstytucją Apostolską ‘Święta Kongregacja Rytów’ z 8 maja. Nowa Kongregacja będzie kontynuowała, na silniejszym fundamencie prawnym, z większą efektywnością i odnowionym zaangażowaniem, dzieło dokonane przez Consilium podczas ostatnich 5 lat, łącząc się z soborem, jego komisją przygotowawczą i całym ruchem liturgicznym (…) Consilium kontynuuje [swe prace] jako konkretna komisja Kongregacji aż do ukończenia dzieła reformy”.

Ks. Bugnini znajdował się teraz na najbardziej wpływowym stanowisku, umożliwiającym mu skonsolidowanie i rozszerzenie rewolucji, której był inspiratorem i zasadą ciągłości. Nominalni zwierzchnicy komisji, kongregacji i Consilium przychodzili odchodzili – kard. Lercaro, kard. Gut, kard. Tabera, kard. Knox – jednak ks. Bugnini zawsze pozostawał. Jego zasługi nagradzane były poprzez wyniesienie go na stanowisko tytularnego arcybiskupa Diocklentiany, co zostało ogłoszone 7 stycznia 1972. Około roku 1974 był on już w stanie chwalić się, że jego reforma liturgiczna „poważnym zwycięstwem Kościoła katolickiego”[21]. Jak wyjaśnił, reforma ta podzielona była na cztery etapy – po pierwsze, przejście od łaciny do języków narodowych, po drugie, reformę ksiąg liturgicznych, po trzecie, tłumaczenie ksiąg liturgicznych, i po czwarte „adaptacja lub ‘wcielenie’ rzymskiej formy liturgii w zwyczaje czy mentalność każdego indywidualnego Kościoła”[22]. Proces ten (który oznaczałby całkowite wyeliminowanie wszelkich pozostałości po rycie rzymskim) już się rozpoczął, jak stwierdził, i będzie „kontynuowany z rosnącą troską i przygotowaniem”[23].

Następnie, w chwili, gdy jego władza osiągnęła zenit, abp Bugnini został w trybie natychmiastowym zdymisjonowany, ku konsternacji liberalnych katolików na całym świecie, cała jego Kongregacja została rozwiązana i połączona z Kongregacją ds. Sakramentów na mocy Konstytucji Apostolskiej Pawła VI Constans nobis, opublikowanej w L’Osservatore Romano (wersja angielska) 31 lipca 1975. Nowa Kongregacja miała nosić nazwę Kongregacja Sakramentów i Kultu Bożego. Prefektem jest został kard. Knox, msgr Innocenti Sekretarzem, a msgr Mognoni Podsekretarzem sd sakramentów, z kolej msgr Noe Podsekretarzem ds. Kultu Bożego. Nazwisko Bugniniego nie pojawiło się na liście nominacji. Liberałowie na całym świecie byli przerażeni. Angielski „The Tablet” i jego ekstremalnie liberalny amerykański odpowiednik National catholic Register, zamieściły pełen oburzenia artykuł D. O’Grady’ego:

„Abp Bugnini, który jako Sekretarz rozwiązanej Kongregacji Kultu Bożego był kluczową postacią w reformie liturgicznej Kościoła, nie jest członkiem nowej Kongregacji. Podczas planowania jej nie zaciągnięto również jego rady, pomimo jego wieloletniego doświadczenia. Dowiedział się o jej utworzeniu podczas wakacji w Fiuggi (…) Nagły sposób, w jaki zostało to przeprowadzone, nie  wróży dobrze linii reprezentowanej przez Bugniniego wsparcia dla reformy we współpracy z lokalnymi hierarchiami. (…) Mgsr Bugnini postrzegał kolejne dziesięć lat reformy jako dotyczące zasadniczo inkorporowaniu lokalnych zwyczajów do liturgii (…) Uosabiał ciągłość posoborowej reformy liturgicznej”[24].

„L’Osservatore Romano” zamieściła następujące ogłoszenie w swej edycji anglojęzycznej z 15 stycznia 1976: „5 stycznia: Ojciec Święty mianował Nuncjuszem Apostolskim w Iranie Jego Ekscelencję Najczcigodniejszego Annibale Bugniniego CM, tytularnego arcybiskupa Dioclentiany”. Było w sposób oczywisty fikcyjne stanowisko, które miało zamaskować fakt, iż Bugnini został wypędzony.

W swej książce The Devastated Vineyard, opublikowanej w roku 1973, Dietrich von Hildebrad słusznie zauważył, że: „Zaprawdę, gdyby któremuś z diabłów książki C.S. Lewisa Listy starego diabła do młodego powierzone zostało zadanie zrujnowania liturgii, nie mógłby zrobić tego lepiej”[25].

Jest to stwierdzenie oparte na obiektywnej ocenie samej reformy. Jest rzeczą bezdyskusyjną, że niezależnie od tego, czy ryt rzymski zniszczony został celowo czy też nie, jego zniszczenie pozostaje faktem. Jeśli rezultat ten jest po prostu wynikiem błędnych decyzji mających dobre intencje ludzi, obiektywny fakt pozostaje nie zmieniony, nie mogły one zniszczyć rytu rzymskiego skuteczniej, gdyby uczynili to rozmyślnie. Jednak gruntowność zniszczenia skłoniła wielu do wątpienia, czy rzeczywiście mógł to być jedynie wynik błędnych decyzji podjętych przez ludzi o dobrych intencjach. Nie było wielką niespodzianką gdy, w kwietniu 1976 roku, Tito Casini, jeden z czołowych włoskich publicystów katolickich, publicznie oskarżył msgr Bugniniego o przynależność do masonerii[26].  8 października 1976 „Le Figaro” opublikowała raport stwierdzający, iż msgr Bugnini zaprzeczył, by kiedykolwiek miał związki z masonerią.

Przeprowadziłem własne dochodzenie w tej sprawie i mogę ręczyć za autentyczność następujących faktów.

Pewien bardzo szanowany rzymski kapłan wszedł w posiadanie dowodu, który dowodził według niego przynależności msgr Bugniniego do masonerii. Złożył te informacje w ręce Pawła VI wraz z ostrzeżeniem, że jeśli nie zostaną podjęte żadne kroki, będzie się on czuł związany w sumieniu upublicznić całą sprawę. Wkrótce potem msgr Bugnii został zwolniony a cała jego kongregacja rozwiązana. Aby zweryfikować te informacje nawiązałem kontakt z owym księdzem przez naszego wspólnego znajomego, włoskojęzycznego kapłana, który jest uczonym o międzynarodowej renomie. Zapytałem go, czy byłoby możliwe opublikować szczegóły dowodu przesłanego papieżowi – i otrzymałem następującą odpowiedź:

„Żałuję, że nie jestem w stanie spełnić Pana prośby. Tajemnica, która musi otaczać oskarżenie (w konsekwencji którego msgr Bugnini zmuszony został do odejścia) jest ‘ściśle tajna’ i taką musi pozostać. Z wielu powodów. ‘Fakt”, że wspomniany Monsinore został natychmiast usunięty ze swego stanowiska wystarcza. Oznacza to, ze ‘argumenty’ były bardziej niż przekonujące”[27].

Fakty, które zdołałem ustalić, nie stanowią dowodu, że abp Bugnini był masonem. Udało mi ustalić, że dokumentacja dowodząca jego przynależności do masonerii złożona została w ręce Pawła VI, który wkrótce zdymisjonował Arcybiskupa i wygnał go do Iranu. Jest teoretycznie możliwe, że Paweł VI podjął już decyzję o zdymisjonowaniu Arcybiskupa i rozwiązaniu jego kongregacji z jakichś powodów całkowicie nie związanych z dyskutowanym tu dowodem. Jednakże mamy tu do czynienia z nieco zbyt rażącym zbiegiem okoliczności i należy zbadać wszystkie alternatywne wyjaśnienia.

Osobiste zaprzeczenie przez msgr Bugniniego przynależności do masonerii musi być postrzegane w świetle jego zaprzeczenia, że protestanci odegrali jakąkolwiek rolę przy tworzeniu Novus Ordo Missae:

„Jaką rolę w Consilium odgrywali ‘Obserwatorzy’? Nie czynili nic więcej, poza obserwowaniem. Przede wszystkim uczestniczyli oni jedynie  w spotkaniach studyjnych. Po drugie, zachowywali się z nieskazitelną dyskrecją. Nigdy nie włączali się do dyskusji i nigdy nie prosili o głos”[28].

Zadałem sobie trud napisania bezpośrednio do jednego z owych obserwatorów, który zapewnił mnie, że odgrywali oni bardzo aktywną rolę podczas spotkań studyjnych, które były całkowicie dla wszystkich i podczas których można było bardzo szczerze wymieniać poglądy. Kompletną dokumentację odnośnie do roli obserwatorów zamieściłem w Dodatku III.

Podobny incydent wydarzył się odnośnie do niesławnego artykułu 7 Wprowadzenia Ogólnego do Mszału Rzymskiego. Następujące świadectwo, przedstawione przez nie żyjącego już kard. Journeta, opublikowane zostało w „La Pensee Catholique”:

„Bugnini zaniósł proponowany tekst Ordo Missae oraz Wprowadzenia Ogólnego Ojcu Świętemu. Papież powiedział, że ograniczy się do zbadania samego tekstu Ordo Missae i polecił Bugniniemu przedłożyć Wprowadzenie Ogólne Kongregacji Nauki Wiary. Jednakże, w akcie bezprecedensowego[29] nieposłuszeństwa, Bugnini wydrukował tekst Wprowadzenia nie przedstawiwszy go Kongregacji.

Gdy papież dowiedział się w tym samym czasie o pierwszych pełnych zgorszenia reakcjach pewnych kardynałów Kurii, płakał nad nim z żalu, wstydu i gniewu. Kardynał widział to na własne oczy. Zdecydował opublikować nową wersję, ale inna została już wydana i trafiła do obiegu. Gdy wyraziłem zdziwienie, że papież nie ogłosił publicznie potępienia (Wprowadzenia Ogólnego), kardynał podniósł jedynie ręce i odpowiedział: ‘Alas!’”[30][31].

Amerykański kapłan, o. Milan Mikulich OFM zaświadcza, że odkrył błąd o poważnych implikacjach doktrynalnych w oficjalnej angielskiej wersji Ordo MIssae i przedłożył go kard. Franjo Seperowi, Prefektowi Kongregacji Nauki Wiary (obaj byli Chorwatami). Kard. Seper zgodził się, że błąd był poważny i że powinien zostać natychmiast poprawiony. O. Mikulich uzyskał osobistą audiencję u abpa Bugniniego, który obiecał, że dokonana zostanie stosowna poprawka. O. Mikulich pisze: „Powstaje więc pytanie: czy rzeczywiście zażądał on wprowadzenia tej poprawki, czy też został zignorowany przez biuro ICEL. Tylko on może udzielić na nie odpowiedzi”[32].

W książce Pope John’s Council zauważyłem, że moje krytyczne stanowisko wobec reformy liturgicznej nie opiera się w żadnej mierze na twierdzeniu, że abp Bugnini był masonem[33]. Stanowisko moje oparte jest wyłącznie na samej reformie oraz skutkach, jakie wywarła ona na życiu Kościoła. Nawet gdyby można było dowieść, że – nie będąc masonem – Arcybiskup jest w istocie jednym z najbardziej szczerych i oddanych katolików w obecnym wieku, moje stanowisko wobec Novus Ordo MIsaae nie zmieniłoby się w niczym. To, że abp Bugnini zniszczył ryt rzymski jest łatwo weryfikowalnym faktem historycznym. Jak zauważył dr von Hildebrand, nawet sam diabeł nie potrafiłby zrobić tego lepiej. To, czy przy tym dziele zniszczenia kierował się dobrymi czy złymi intencjami jest bez wątpienia interesujące, stąd niniejszy rozdział, nie ma jednak wpływu na obiektywny stan rzeczy. Oczywistą analogią jest ofiara wypadku samochodowego. Policja może oskarżyć kierowcę który go zabił o prowadzenie pod wpływem alkoholu. Kierowca może zostać uniewinniony lub uznany za winnego, w żadnym jednak przypadku nie zmieni to faktu, że jego ofiara jest martwa. W tym przypadku, jak zaświadcza ultraliberalny liturgista ks. Gelineau: „Ryt rzymski, taki jaki znaliśmy, już nie istnieje. Został zniszczony”[34].

Kościół soborowy w oczywisty sposób przywiązuje wielkie znaczenie do przekonania ogółu wiernych że w żadnym momencie swej kariery abpa Bugniniego nie podejrzewano w najmniejszym nawet stopniu o nic ani nie padł on ofiarą żadnych sankcji. Jego własny periodyk, „Notitiae”, stwierdził w numerze z lutego 1972, jako wyraz uznania po udzieleniu mu sakry biskupiej, że został  on mianowany wykładowcą liturgiki duszpasterskiej Na Uniwersytecie Laterańskim w roku 1957[35]. Jak pokazałem w tym rozdziale, został on zwolniony z tych obowiązków w roku 1962, za zgodą Jana XXIII. Katolicki świecki był w stanie obejść cenzurę narzuconą katolickim mediom oskarżając abpa o powiązania z Masonerią w liście do (londyńskiego) „Daily Telegraph” z 1 grudnia 1975 roku. Następnego dnia pojawiła się odpowiedź z msgr George’a L. Leonarda, głównego oficera informacyjnego katolickiego Biura Informacyjnego. Stwierdzało się w nim, że świecki ów był „zmanipulowany i niedoinformowany”. Uzasadnienie podane przez msgr Leonarda brzmiało jak następuje:

„Papieski Uniwersytet laterański posiada swój własny personel. Abp Bugnini nigdy nie był tam wykładowcą a w konsekwencji nigdy nie został odwołany jak sugeruje wasz korespondent. Jest on traktowany przez wszystkie szanowane władze jako ekspert liturgiczny o najwyższych kwalifikacjach. Pisze on o kulcie Bożym w oficjalnych publikacjach Watykanu”.

Tak więc mówi Kościół soborowy.

Podczas gdy abpa Bugniniego uznać należy za odpowiedzialnego za reformę liturgiczną w tym sensie, że był on niejako jej siłą napędową, nie może to zmienić faktu, że Paweł VI musi przyjąć odpowiedzialność za Novus Ordo Missae. Papież musi zaakceptować to, co nazywa się ‘wyłączną odpowiedzialnością’ za wszystkie oficjalne zmiany. Niezależnie od tego, czy mu się one podobały czy też nie, autoryzował je, i nie potępiał ani odrzucał. Jednak w odniesieniu do jego wyłącznej odpowiedzialności  jasne jest, że papież nie tylko zatwierdzał oficjalne zmiany, ale był ich entuzjastą. Wychwalał je, bronił ich i potępiał tradycjonalistów, którzy ich nie przyjmowali. Opatrznościowo, nie posunął się do zaangażowania w pełni swego papieskiego autorytetu by zakazać celebracji Mszy Trydenckiej w sposób, który byłby prawnie (jeśli nie moralnie) wiążący. Stąd błędem byłoby wyciąganie wniosku z tego rozdziału, że Paweł VI zatwierdził nową Mszę raczej ze słabości niż z przekonania. Zostało to potwierdzone przez ks. Gottardo Pasqualetti, który był sekretarzem abpa Bugniniego w latach 1964-1975, był więc w stanie śledzić, krok po kroku, wdrażanie reformy liturgicznej. W wywiadzie opublikowanym 3 kwietnia 1980 roku we włoskim periodyku „Il Settimanale” zadano mu pytanie: „W jakim stopniu Paweł VI uczestniczył w reformie liturgicznej?”. Ks. Pasqualetti odpowiedział:

„Myślę, że ma wątpliwości, ze reforma liturgiczna jest wielkim dziełem Pawła VI. Korzystał on z pracy i opinii kardynałów, biskupów oraz doradców Consilium, które sam powołał dla wdrażania Konstytucji o liturgii. Poza tym konsultował się z biskupami przy okazji Synodu w roku 1967, również w kwestii Liturgii Godzin chciał poznać zdanie każdego biskupa. Tak samo postąpił w przypadku innych ważnych aktów, jak w kwestii wprowadzenia praktyki kładzenia konsekrowanego chleba na dłoni komunikowanego. Podczas tworzenia schematu przygotowawczego jak również w ostatnich etapach pracy, Paweł VI osobiście studiował kwestie i proponował rozwiązania. W archiwach znajdują się niezaprzeczalne dowody jego uwag, obserwacji, uwag pisanych jego własną ręką wyrażających jego wolę lub jego aprobatę. Ponadto śledził on wdrażanie reformy z duszpasterską wrażliwością i zrozumieniem; odprawiał nową liturgię i gdy to było konieczne, interweniował odważnymi i historycznymi decyzjami, jak rozszerzenia zakresu używania języków narodowych na całą liturgię i w zatwierdzeniu nowych Modlitw Eucharystycznych”.

Tak więc, choć słusznie nazwać można abpa Bugniniego Wielkim Architektem Rewolucji Liturgicznej, która zniszczyła ryt rzymski, sprawiedliwość wymaga by odpowiedzialność za tę rewolucję spoczywa bezpośrednio na barkach Pawła VI, co usprawiedliwia i wyjaśnia tytuł niniejszej książki „Nowa Msza Pawła VI”.

Uzupełnienie

Już po złożeniu niniejszego rozdziału w „Homiletic and pastoral Review” z maja 1980 ukazał się ostry atak na moją osobę autorstwa abpa Bugniniego. Stwierdził on, że jestem kłamcą i że mam znajomych, którzy są „zawodowymi kłamcami”. Zaprzeczył, jakoby „w reformie liturgicznej znajdowało się choć jedno zdanie, które podawałoby w wątpliwość wiarę w Eucharystię”. Nigdy nie twierdziłem, że oficjalny łaciński tekst Novus Ordo MIssae zawiera formalną herezję. Twierdzę natomiast, ze wiara w ofiarnych charakter Mszy został poważnie rozmyta poprzez pominięcia i mętną frazeologię, co wyjaśnimy w następnym rozdziale niniejszej książki. Jeśli Wprowadzenie Ogólne postrzegane jest jako część reformy liturgicznej, z pewnością podaje ona w wątpliwość katolickie nauczanie eucharystyczne.

W swym liście abp Bugnini powtórzył swe zaprzeczenie z roku 1976, jakoby kiedykolwiek był członkiem masonerii, zaprzeczenie, na które zwracałem uwagę w tym rozdziale. Chciałbym podkreślić, iż nigdy nie twierdziłem, że potrafię udowodnić przynależność Arcybiskupa do masonerii, a jedynie że został on zwolniony przez Pawła VI, ponieważ papież uważał go za masona. Arcybiskup uznał ten fakt osobiście w swych wydanych pośmiertnie wspomnieniach z reformy liturgicznej, opublikowanych po włosku w roku 1983 a po angielsku w 1990. Na stronie 93 wspomina on o swym liście do „Homiletic” potępiającym mnie jako oszczercę, jednak na stronach 90 i 91 stwierdza dokładnie to samo, o czym ja pisałem. Odnosząc się do swego zwolnienia i rozwiązania Kongregacji Kultu Bożego, napisał:

„Jakie powody popchnęły papieża do tak drastycznej decyzji, której nikt nie oczekiwał i która ma tak poważne konsekwencje dla Kościoła? Napisałem we Wstępie do tej książki, że ja sam nigdy nie poznałem tych powodów z całkowitą pewnością, choć, co zrozumiałe w tej przykrej sytuacji, pukałem do wielu drzwi na wszystkich szczeblach (…) Pod koniec lata kardynał, który zazwyczaj nie był nastawiony entuzjastycznie do reformy liturgicznej powiedział mi o istnieniu ‘dossier’, które miał on widzieć (a może przynieść) na biurku papieża, które dowodziło, że abp Bugnini był masonem”[36].

tłum. Scriptor

[1] Biografię abpa Bugniniego znaleźć można  w nrze 70 „Notitiae” z lutego 1970 roku, ss. 33-34.

[2] C. Falconi, Pope John and His Council, Londyn 1964, s. 244.

[3] „Notitiae”, nr 70, s. 34.

[4] A. Flannery, Vatican II: The Liturgy Constitution, Dublin 1964, s. 20.

[5] Ibidem, s. 23.

[6] R. Wiltgen, The Rhine Flows into the Tiber, Nowy Jork 1967, s. 141.

[7] C. Falconi, Pope John and His Council, Londyn 1964, s. 223.

[8] Ibidem, s. 224.

[9] Wiltgen, op. cit, s. 22.

[10] Ibidem, s. 23.

[11] „Ma soprattutto Mons. Bugnini e conosciuto per l’opera organizzative da lui svolta negli anni della preparazione dello schema di Constiuzione sulla sacra Liturgia, unico document che pote essere discusso all’inizio dell’assise conciliare e che arrive in porto sostanzialmente come era uscito dalla Commissione Preparatoria”. “Notitiae”, nr 70, s. 34.

[12] Wiltgen, op. cit., s. 23.

[13] M. Lefebvre, A Bishop speaks, Edinburgh 1976, s. 131.

[14] Wiltgen, op.cit. ss. 287-288.

[15] Ibidem, s. 210.

[16] “The Tablet”, 18 maja 1968, s. 489.

[17] “Notitiae”, nr 70, s. 34.

[18] “Notitiae”, nr 46, kwiecień-czerwiec 1969, ss. 128-133.

[19] A. Flannery, Vatican Council II – The Conciliar and Post Conciliar Documents, Nowy Jork 1975, s. 42.

[20] Do nru 45 (marzec 1969) „Notitiae” było pismem Consilium (Consilium ad Exsequendam Constitutionem de Sacra Liturgia). Począwszy od nru 46 (kwiecień 1969) stało się ono organem Kongregacji Kultu Bożego (Sacra Congregatio Pro Cultu Divino). Od nru 108-109 (sierpień-wrzesień 1975) stało się organem Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów (Sacra Congregatio Pro Sacramentis et Cultu Divino).

[21] “Notitiae”, nr 92, kwiecień 1974, s. 126.

[22] Ibidem.

[23] Ibidem.

[24] “The Tablet”, 30 sierpnia 1975, s. 828.

[25] Dietrich von Holdebrand, The Devastated Vineyard, Chicago 1973, s. 71.

[26] Nel Fumo di Satana, Florencja 1976, s. 150.

[27] „Per quello che mi chiede, sono spiacente di non poter fare nulla. Il segreto che deve circondare quella denuncia (per la quale Mons. Bugnini dovette andarsene!) e ‘top secret’. Per molte ragioni. Vi basti il ‘fatto’ che il suddetto Monsignore fu subito mandato via dal suo ufficio.Significa che gli ‘argomenti’ furono piu che probanti!”

[28] „Notitiae”, nr 95-98, lipiec-sierpień 1974, s. 250.

[29] W istocie nie było to wydarzenie bez precedensu – papież został rozmyślnie zignorowany w podobnej sytuacji odnośnie tekstu Gaudium et spes – patrz. Pope John’s Council.

[30] Kapłan ów piastuje funkcję publiczną, co zmusza mnie do zatajenia jego nazwiska. Byłem w stanie potwierdzić jego tożsamość oraz wiarygodność jego relacji poprzez wspólnego przyjaciela.

[31] “La Pensee Catholique”, maj 1978, s. 80

[32] “Orthodoxy of Catholic Doctrine”, t. 3, nr 2, maj 1974, s. 3.

[33] M. Davies, Pope John’s Council, Devon 1977,s. 172 przypis.

[34] Demain la liturgie, Paryż 1976, ss. 9-10.

[35] (…) nel 1957 professore di liturgia pastorale nel Pont. Instituto Pastorale dell Universita Lateransese”. “Notitiae”, nr 70, luty 1972, s. 34.

[36] A. Bugnini, The Reform of the Liturgy: 1948-1975, Minnesota 1990, ss. 90-91.

Katolicka Odnowa Charyzmatyczna

Ks. Scott Gardner

 

Katolicka Odnowa Charyzmatyczna

 

 

Wstęp

 

Ochrzczeni w „Duchu”

„Chrzest w Duchu”, „modlitwa językami”, „dar proroctwa” i „osobista więź z Jezusem” to typowe slogany jakimi posługuje się tzw. Katolicka Odnowa Charyzmatyczna, ruch którego początki wiążą się z „rekolekcjami” zorganizowanymi na Duquesne University w Pittsburghu w roku 1967. Do roku 1990 zyskał on na całym świecie 72 miliony zwolenników i posiada obecnie oficjalne struktury w około 120 krajach[1]. Ten gwałtowny rozwój, połączony z niemal całkowitym zarzuceniem przez jego członków nawet nominalnie katolickich praktyk, wierzeń i terminologii, od dłuższego już czasu wywołuje poważne zaniepokojenie wśród wiernych tradycyjnej nauce i dyscyplinie Kościoła. Jako, że w zeszłym roku Katolicka Odnowa Charyzmatyczna świętowała 30-lecie swego istnienia, warto przyjrzeć się pokrótce jej naukom, praktykom oraz historii.

Poniższy cytat, stanowiący typowy przykład literatury charyzmatycznej, odnosi się do „chrztu w Duchu Świętym”, „doświadczenia wiary”, w trakcie którego –  zgodnie z naukami charyzmatyków – ma miejsce „uwolnienie” łaski otrzymanej w sakramencie chrztu, bierzmowania i Eucharystii oraz doświadczenie obecności Bożej w sposób osobisty. Zauważyć w nim można nieortodoksyjny pogląd na naturę sakramentów, który podziela większość osób zaangażowanych w działalność Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej:

„W każdej parafii istnieje wiele grup posiadających własną wizję, cel i zakres posługi (sic). Nikomu nie przeszkadzają Kółka Różańcowe, Legion Maryi, Stowarzyszenie św. Wincentego a Paulo czy wiele innych organizacji parafialnych – lista ta mogłaby być znacznie dłuższa. Skąd więc tyle wrzawy wokół Odnowy Charyzmatycznej? Posiadanie grupy modlitewnej jest przecież dla każdej parafii rzeczą pożądaną. Prawda jest jednak taka, że Katolicka Odnowa Charyzmatyczna to nie tylko cotygodniowe spotkania modlitewne. Serce jej stanowi Chrzest w Duchu Świętym – łaska, która jak sądzę powinna stać się częścią normalnego doświadczenia każdego chrześcijanina. Poprzez chrzest w Duchu Świętym każdy – duchowny czy świecki, mężczyzna czy kobiety, młody czy stary, czarny czy biały, bogaty czy ubogi –ma sposobność powiedzieć Bogu jasno i zdecydowanie «Tak». Chodzi jednak o coś jeszcze więcej. Oprócz nawiązania osobistej więzi z Jezusem Chrystusem, mówimy «Tak» uwalniającej obecności Ducha Świętego oraz Jego darom – charyzmatom. Wielu z nas nie uczyniło tego podczas procesu inicjacji chrześcijańskiej. Możemy uczynić to teraz, pozwalając Duchowi Świętemu przemienić nas w samym rdzeniu naszej istoty i przygotować nas do służby Kościołowi oraz światu”[2].

 

Błędy doktrynalne

Implikacje powyższego twierdzenia powinny być oczywiste dla każdej osoby posiadającej elementarną choćby znajomość katechizmu. Interpretując je w sposób ortodoksyjny i na korzyść autora można je odnieść do sakramentu bierzmowania, w którym Duch Święty przychodzi do nas w sposób szczególny, by uczynić nas prawdziwymi chrześcijanami i doskonałymi żołnierzami Chrystusa.

Gdyby teologia charyzmatyków była bardziej sakramentalna, można by podejrzewać, że mowa jest tu o jakimś „ósmym sakramencie”, niezbędnym rzekomo do uzupełnienia pozostałych siedmiu. Jest jednak dokładnie przeciwnie, charyzmatycy negują jakikolwiek ścisły związek pomiędzy „Chrztem w Duchu Świętym” a sakramentami katolickimi, jako że „obrzęd sakramentalny i doświadczenie religijne są [według nich] wzajemnie uzupełniającymi się elementami podstawowej inicjacji chrześcijańskiej”[3]. A jako, że owe elementy mają charakter komplementarny, charyzmatycy nie widzą powodu by pozbawiać niekatolików czy nawet nie-chrześcijan szansy na doświadczenie „charyzmatów”, przez który to termin rozumieją nadzwyczajne manifestacje działania Ducha Świętego, które okazały się tak pomocne w ekspansji pierwotnego Kościoła i zanikły wkrótce po Czasach Apostolskich.

Uważają więc, iż komplementarna natura obu części „inicjacji chrześcijańskiej” sprawia, że porządek ich jest odwracalny, tj. że nawet człowiek nieochrzczony doświadczyć może owego „Chrztu w Duchu Świętym” i stać się ipso facto chrześcijaninem, potrzebując jedynie „obrzędów sakramentalnych” dla „uzupełnienia” swej „inicjacji chrześcijańskiej”. Status tych osób byłby taki sam jak status katolika, który otrzymawszy sakramenty wciąż potrzebuje postrzegalnej manifestacji przyjęcia niewidzialnej łaski.

Oczywistym jest jednak, że wielu ludzi, niekiedy nawet wielkich świętych, nigdy nie otrzymało tego rodzaju pociech duchowych, a tym bardziej nie doświadczyło nadzwyczajnych manifestacji działania Ducha Świętego. Twierdzenie, że człowiek nieochrzczony, który doświadczył „Chrztu w Duchu Świętym”, jest w jakiś sposób bliższy Bogu niż pobożny, ochrzczony katolik, który nigdy nie miał takich doświadczeń, jest jawnym absurdem.

Wszystko to bierze się z fałszywego założenia, że udzieleniu łaski – albo przynajmniej jej „uwolnieniu” – towarzyszy zawsze emocjonalne doświadczenie. Jest jednak dokładnie przeciwnie, w przypadku udzielenia łaski sakramentalnej jedynym postrzegalnym objawem jej przyjęcia jest często sam tylko znak sakramentalny. Katechizm Soboru Trydenckiego definiuje sakrament jako „znak widzialny niewidzialnej łaski, ustanowiony dla naszego usprawiedliwienia”. Znak ów sprawia to, co wyraża. Ponieważ widzialne znaki wszystkich sakramentów są całkowicie obiektywne i ustalone przez Kościół zgodnie z zaleceniami lub z natchnienia Chrystusa Pana, osobiste odczucia nie mają żadnego wpływu na udzielanie łaski w sakramentach (oczywiście o ile nie ma się sprzecznej intencji).

 

Podstawowe idee ruchu charyzmatycznego i ich niezgodność i doktryną katolicką

Nauka o „Chrzcie w Duchu Świętym”, stanowiąca fundament „teologii” Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej, opiera się na fałszywym rozumieniu łaski, doświadczenia i wzajemnego stosunku między nimi. W dalszej części niniejszego artykułu przeanalizujemy kolejno w świetle doktryny katolickiej podstawowe idee ruchu charyzmatycznego oraz fałszywe założenia, na których się one opierają. Niektóre z tych błędów, jak fenomenalizm, gnostycyzm, ekumenizm, protestantyzm i antykwaryzm, zostały już potępione przez Magisterium Kościoła. Fałszywa eklezjologia Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej oraz poważne błędy dotyczące łaski, woli oraz sakramentów wymagają znacznie obszerniejszego omówienia.

Wykażemy, iż pomimo entuzjastycznego poparcia współczesnego duchowieństwa dla tego ruchu, Odnowa Charyzmatyczna jest w zasadniczo niekatolicka, a jej nauk nie da się pogodzić z odwiecznym Magisterium Kościoła. Po przypomnieniu jej genezy  przyjrzymy się poszczególnym jej naukom oraz owocom – wedle polecenia Apostoła: „Wszystko badajcie, a co dobrego jest, zachowujcie” (1Tes 5, 21).

 

Krótka historia ruchu

 

Protestanckie korzenie

Wszelkie starania  charyzmatyków, by wywieść owe manifestacje działania „Ducha” z nieprzerwanej Tradycji Apostolskiej, skazane są na niepowodzenie. Niektórzy z nich twierdzą, że charyzmaty pierwotnego Kościoła zanikły „stłumione” przez hierarchię. O tym jednak, że charyzmaty te nie występowały w Kościele po Czasach Apostolskich, świadczą wyraźnie słowa św. Augustyna, piszącego w wieku IV:

„Kto w naszych czasach oczekuje, że ci na których nakładane są ręce by otrzymali Ducha Świętego powinni natychmiast zacząć mówić językami? (…) Znaki te dostosowane były do czasów. Wówczas bowiem stosowne było, by głosić Ducha we wszystkich językach aby pokazać, że Ewangelia Boża ma być szerzona wszystkimi językami po całej ziemi. Istniało to jednak dla świadectwa i [z czasem] zanikło”[4].

Biorąc więc pod uwagę, iż apostolska tradycja charyzmatów wygasła, trzeba poszukiwać innych źródeł tych współczesnych fenomenów. Większość autorów wiąże początki współczesnego pentakostalizmu z Johnem Wesley’em, byłym pastorem anglikańskim i twórcą metodyzmu. Wesley, który sam był synem anglikańskiego pastora, usiłował „uduchowić” wciąż jeszcze zbyt „katolicką” wedle niego religię anglikańską. Podkreślał znaczenie emocjonalnej osobistej pobożności, „osobistego związku” z Bogiem. Pewnego dnia, po długiej chorobie, doświadczyć miał wylania „Ducha”, wskutek czego uświadomił sobie marność wszystkich swych dotychczasowych wysiłków i pracy. W ten sposób „umocniony”, „ochrzczony w Duchu Świętym”, otrzymawszy – jak je nazywał – „drugie błogosławieństwo”, starał się rozbudzić oziębłe masy anglikanów, będących jedynie nominalnie chrześcijanami, poprzez organizowane przez siebie „spotkania modlitewne”.

Podobieństwa pomiędzy narodzinami metodyzmu oraz początkami Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej stają się jeszcze wyraźniejsze, kiedy weźmie się pod uwagę kolejny krok w rozwoju religii Wesleya. Początkowo organizowane przez jego ruch „spotkania modlitewne” stanowiły jedynie uzupełnienie dla anglikańskiej liturgii niedzielnej. Odbywały się jedynie pod kierownictwem duchownych, po anglikańskiej Wieczerzy Pańskiej. Hierarchia anglikańska szybko zdała sobie jednak sprawę z tego, ku czemu zgromadzenia te zmierzają – i odmówiły dalszego delegowania duchownych do ich przewodniczenia. Ostatecznie Wesley zerwał więzi z hierarchią anglikańską i założył nowy „Kościół” pod swym własnym kierownictwem, choć nie odrzucając anglikańskiego „kapłaństwa”. Trzeba w tym miejscu zwrócić uwagę na znaczną liczbę apostatów z katolicyzmu – formalnych i materialnych – którzy zerwali z Kościołem pod wpływem Odnowy Charyzmatycznej. Osobiście znam pewien protestancki „Kościół” charyzmatyczny złożony niemal całkowicie z byłych katolików.

Właściwe narodziny pentakostalizmu wiązać należy z XIX-wiecznym protestanckim „ruchem odrodzeniowym” (Revivalist Movement), do którego to nurtu należała powstała w roku 1900 w Topeka w stanie Kansas sekta niejakiego Charlesa Parhama. Katoliccy charyzmatycy wiążą początek „wylania Ducha” w czasach współczesnych z tą właśnie heretycką wspólnotą. Krótką historię tej sekty znaleźć można w książce Williama Whalena Minority Religions in America:

„O ponownym pojawieniu się glosolalii (mówieniu językami) donoszono w roku 1901. Pastor Charles F. Parham, zaniepokojony oschłością własnego życia duchowego, wynajął kosztowną rezydencję w Topeka w stanie Kansas i otworzył w niej szkołę biblijną dla 40 uczniów. Po wnikliwych badaniach Pisma grupa ta doszła do wniosku, że mówienie językami jest jednym z dowodów, iż chrześcijanin rzeczywiście otrzymał Chrzest w Duchu Świętym. 31 grudnia 1900 roku o godz. 19.00 należąca do grona uczniów Agnes N. Ozmen ku zaskoczeniu członków zgromadzenia modlitewnego zaczęła modlić się językami. W przeciągu kilku kolejnych dni dołączyło do niej wielu innych.

Przez pięć kolejnych lat, przed otwarciem kolejnej szkoły biblijnej w Houston, Parham pełnił posługę jako objazdowy kaznodzieja. Jeden z jego uczniów, czarnoskóry pastor W.J. Seymore, poniósł przesłanie «pełnej Ewangelii» do Los Angeles, a mające tam miejsce przez 3 kolejne lata odrodzenie przyciągało rzesze ludzi z całego kraju. Wyjeżdżający przeszczepili następnie pentakostalizm do większości dużych miast amerykańskich, jak również do krajów europejskich. Kościoły należące do nurtu Uświęceniowego w dalszym ciągu nie przywiązywały zasadniczego znaczenia do daru języków, wkrótce jednak narodziły się dziesiątki niezależnych Kościołów Zielonoświątkowych”[5].

Powstały w obrębie protestantyzmu pentakostalizm zaczął się szybko rozwijać i zdobywać rzesze zwolenników. Katoliccy autorzy zawsze postrzegali go jako sektę heretycką, nigdy jako „Kościół siostrzany”. Wraz z posoborową rewolucją stanowisko to miało się zmienić, „otwarcie okien na świat” miało oznaczać również otwarcie na religie tego świata, oraz ich Księcia – szatana.

 

Początki „Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej”

W roku 1967, w atmosferze posoborowego zamętu, szaleństw ekumenicznych i szerzącej się apostazji, zaniepokojeni własną oschłością religijną studenci z Duquesne University w Pittsburghu zaczęli ulegać wpływom ruchu pentakostalnego. Z zazdrością obserwując „przemianę” w życiu swych protestanckich przyjaciół postanowili modlić się o podobne „łaski”. Odpowiedź na ich prośby przynieść miały weekendowe „rekolekcje”, w trakcie których zwracali się oni o pomoc do rozmaitych protestanckich pastorów, świeckich i grup modlitewnych. Wszyscy też przyjęli „Chrzest w Duchu Świętym”, w trakcie którego heretycy nakładali na nich ręce.

Nie sposób przecenić znaczenia tego aktu. Katolicy owi poddali się niekatolickiemu obrzędowi quasi-sakramentalnemu – stanowiącemu w istocie parodię sakramentu bierzmowania – a emocjonalne podniecenie wywołane tym grzechem (patrząc na to obiektywnie) przekonało ich o świętości owego doświadczenia. Stali się „katolickimi” charyzmatykami, a ich wpływ szerzył się jak ogień po całym kraju – najpierw w kampusach uniwersyteckich a potem również na zewnątrz.

Cały ten incydent stanowi doskonałą ilustrację tego, jak wielkie znaczenie ma posłuszeństwo nakazom Kościoła. Przez niemal 2 tysiące lat przestrzegał on wiernych, by trzymali się z dala od heretyckiego „kultu”, wiedział bowiem jakie będą tego konsekwencje zarówno dla jednostek jak i wszystkich członków Mistycznego Ciała Chrystusa. Jednak Katolicka Odnowa Charyzmatyczna z dumą przyznaje się do swych ekumenicznych i protestanckich korzeni.

Członkowie jej przyjmują de facto, że Kościół – Ciało Chrystusa – utracił znaczną część depozytu wiary, podczas którą Duch Święty zachował w jakiś sposób w protestantyzmie. Zgodnie z tą logiką protestanci przywracali Kościołowi jego utracone dziedzictwo. To aroganckie i w oczywisty sposób fałszywe twierdzenie sprzeczne jest z dwoma dogmatami wiary: extra ecclesiam nulla salus – poza Kościołem nie ma zbawienia, oraz z prawdą o nieomylności Kościoła. O obu z nich powiemy szerzej za chwilę.

Obecnie w praktycznie każdej diecezji istnieje ośrodek koordynacyjny „odnowy”, funkcjonują charyzmatyczne grupy modlitewne, odbywają się seminaria, konwencje, rekolekcje etc. Charyzmatycy działają na każdym poziomie hierarchii i są licznie reprezentowani wśród duchowieństwa – zwłaszcza zakonnego. Jak pokażemy za chwilę, od wpływu ich nie uchronił się nawet sam Rzym.

 

Reakcja hierarchii

Pomimo usilnych starań, by uzyskać oficjalne poparcie najwyższych rangą hierarchów dla oficjalnego uznania Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej przez Kościół, akt taki nigdy nie miał miejsca. Paweł VI i Jan Paweł II wielokrotnie przyjmowali charyzmatyków na audiencjach i mówili o nich w wygłaszanych przez siebie orędziach; w roku 1990 Papieska Rada ds. Świeckich uznała Catholic Fraternity of Covenant Communities (międzynarodową organizację charyzmatyczną) jako prywatne stowarzyszenie świeckich katolików[6]; nigdy jednak nie ogłoszono żadnego oficjalnego dokumentu dotyczącego Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej. Charyzmatycy, jak wszyscy liberalni katolicy, zwykli przypisywać nieomylność nieoficjalnym dokumentom papieskim do nich się odnoszących i interpretując je na swa korzyść, lekceważąc równocześnie autorytatywne potępienia liberalnych praktyk i wierzeń.

Pomimo to, nie brak obecnie entuzjastów odnowy charyzmatycznej na każdym szczeblu hierarchii kościelnej. Liczni diakoni, kapłani, biskupi, kardynałowie i papieże bywali i nadal są zwolennikami tego ruchu, o ile nie wręcz członkami Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej. Fakt, iż ludzi ci, którzy powinni posiadać gruntowną wiedzę teologiczną, ulec mogli fascynacji tak absurdalnymi poglądami i praktykami, stanowi poważne oskarżenie wobec współczesnego systemu formacji seminaryjnej.

Półoficjalne wyniki „badań” ruchu przez Krajową Konferencję Episkopatu [USA] nigdy nie zostały zaakceptowane przez to ciało jako oficjalne stanowisko: stały się jedynie podstawą dla „wytycznych duszpasterskich” dla indywidualnych diecezji. Raport z roku 1969 stwierdzał:

„Pod względem teologicznym [stwierdzić trzeba], iż istnienie tego ruchu uzasadnione. Posiada on silny fundament biblijny. Trudno byłoby powstrzymywać działanie Ducha, które manifestowało się tak obficie w pierwotnym Kościele (…) Trzeba co prawda przyznać, że istnieją nadużycia [w wykonywaniu tzw. charyzmatów], lekarstwem jest jednak nie negowanie ich istnienia, ale ich właściwe używanie”[7].

Raport z roku 1969 kończy się zaleceniem, by zezwolić na rozwój ruchu pod nadzorem biskupów i kierownictwem kapłanów.

Warto tu zauważyć, że biskupi zaakceptowali bez oporu jedno z najniebezpieczniejszych założeń Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej, a mianowicie że współczesne fenomeny, przypominające znane z kart Nowego Testamentu opisy prawdziwych charyzmatów, są prawdziwymi charyzmatami prawdziwymi po prostu dlatego, że są do nich podobne, zaś Duch Święty jest rzeczywistym sprawcą tego zjawiska jedynie dlatego, że to On był sprawcą charyzmatów 2 tysiące lat temu. Ze szkoda dla Kościoła całkowicie zlekceważono możliwość, że owe nadzwyczajne zjawiska mogłyby być omamem diabła, któremu nie przeszkadza bynajmniej, jeśli ludzie modlą się więcej, o ile ostatecznie będzie mógł pociągnąć ich za sobą do piekła.

W roku 1975 biskupi USA ogłosili „Oświadczenie ws. Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej”, dokument wedle ich własnych słów „duszpasterski w tonie i treści” i „nie wyczerpujący całego zagadnienia”. Potwierdzał on istnienie w obrębie ruchu pewnych niebezpiecznych elementów: elitaryzmu, biblijnego fundamentalizmu, przywiązywania przesadnego znaczenia do darów, powierzchownego ekumenizmu i tzw. małych wspólnot wiary. Podkreślał też potrzebę właściwej formacji liderów ruchu. Co ciekawe, sami biskupi nie posunęli się do twierdzenia, że Katolicka Odnowa Charyzmatyczna jest dziełem Ducha Świętego, choć przyznawali, że istnieją tego budujące znaki w pewnych dziedzinach[8].

Jednym z najbardziej wpływowych orędowników Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej wśród hierarchii kościelnej był Leon Józef kard. Suenens, emerytowany arcybiskup Malines-Brussels, należący podczas II Soboru Watykańskiego do frakcji liberalnej. Po przejściu na emeryturę w roku 1979 kard. Suenens większość czasu poświęcał na podróże i pozyskiwanie poparcia dla Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej. Z okazji 25 rocznicy jej powstania napisał m.in.:

„Współcześni chrześcijanie muszą odkryć na nowo jądro przesłania chrześcijańskiego, zostali już wystarczająco «zsakramentalizowani» i «zewangelizowani». Obecnie odkryć musimy na nowo i wyjaśnić, co tak naprawdę czyni człowieka chrześcijaninem. Musimy pomóc chrześcijanom być świadomymi swej wiary i przeżywać ją bardziej osobiście. Wielu zmienić musi swe socjologiczne lub odziedziczone chrześcijaństwo na pełne i aktywne życie wiary, oparte na osobistej decyzji i podjęte z pełną świadomością”[9].

Podobnie jak w przypadku większości liberalnych deklaracji, również te słowa są wystarczająco mętne, by mogły być interpretowane w sposób ortodoksyjny, trudno jednak nie zauważyć protestanckiej terminologii.

Również Jan Paweł II skierował przesłanie na 6 międzynarodowe zgromadzenie Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej w roku 1987, łącząc w nim milczącą aprobatę (vide postawa zajęta przez biskupów amerykańskich), uznanie wierności ruchu „duchowi Vaticanum II” oraz osobistą fascynacją zbliżającym się Nowym Tysiącleciem:

„Żywotność oraz owoce Odnowy świadczą z pewnością o przemożnej obecności Ducha Świętego w Kościele w okresie posoborowym. Dzięki Duchowi Kościół nieustannie zachowuje swą młodość i witalność. Odnowa Charyzmatyczna jest zaś wspaniałą manifestacją tej żywotności, pełnym mocy potwierdzeniem tego «co Duch mówi do Kościołów» (Ap 2, 7) w czasie, gdy zbliżamy się do końca drugiego millenium”[10].

Jedynym pozytywnym skutkiem współczesnego kryzysu autorytetu jest obserwowane obecnie pragnienie poznawania historii Kościoła i jego Magisterium. Pisma Ojców i Doktorów Kościoła, którzy prawdziwie kierowani byli przez Ducha Świętego, cechują się zarówno głęboką mądrością jak i przenikliwością. Sekty „spirytualistyczne” pojawiały się już nieraz w historii Kościoła – przyjrzyjmy się więc pokrótce, jaką postawę zajmowali względem nich współcześni im hierarchowie.

 

Analogie historyczne

Jest faktem niezaprzeczalnym, że w Czasach Apostolskich zdarzały się nadzwyczajne manifestacje działania Ducha Świętego i że odegrały one znaczącą rolę w szerzeniu Ewangelii na całym znanym wówczas świecie. Widzimy to jasno z samych Dziejów Apostolskich. Manifestacje takie miały konkretne cele: szerzenie Ewangelii wśród ludów różnych języków (np. św. Piotr w dniu Pięćdziesiątnicy) czy też potwierdzanie wiarygodności lub świętobliwości mówcy.

Równie niezaprzeczalne jest jednak, że owe nadzwyczajne zjawiska zanikły po Czasach Apostolskich – Kościół osiągnął bowiem już moralną powszechność i okrzepł do tego stopnia, że nadzwyczajne manifestacje działania Ducha Świętego nie były już pomocne czy konieczne.

Niemniej jednak co jakiś czas pojawiały się grupy „spirytualistyczne”, których wierzenia i praktyki ściągały na ich członków potępienia ze strony Kościoła. Do najbardziej znanych należeli joachimici, zwolennicy Joachima z Fiore z XII wieku, fratricelli, schizmatycki odłam franciszkanów z wieku XIII i XIV oraz moliniści (kwietyści) z wieku XVII.

Joachim (ok. 1132-1202) był opatem cystersów, który większość swego życia poświęcił studiowaniu Pisma Św. Posiadał umysł mistyka i spędził wiele lat badając księgi Pisma w poszukiwaniu ukrytych znaczeń najdrobniejszych jego ustępów (praktyka ta, „prowadzenie przez Ducha”, jest jedną z charakterystycznych cech współczesnych charyzmatyków). Pod koniec swego życia przedłożył swe pisma Rzymowi.

Joachim głosił błędne tezy odnoszące się do Trójcy Przenajświętszej, które potępione zostały później przez IV Sobór Laterański. Szczególnie wiele zamieszania wywołała głoszona przez niego mistyczna idea odnosząca się do historii. Joachim utrzymywał mianowicie, że historię świata podzielić można na trzy okresy, z których każdy odpowiadał jednej z Osób Trójcy Świętej. Pierwszy z nich był okresem Prawa i Boga Ojca, drugi okresem Ewangelii i Boga Syna, trzeci zaś (który miał wg niego dopiero nadejść) okresem wolności i Boga Ducha Świętego, czasem powszechnej miłości i zaniku instytucji kościelnych, w którym odrodzeni ludzie kierować się będą sami duchem Ewangelii. Nauki te potępione zostały już po śmierci Joachima przez papieża Aleksandra VI[11].

Podobieństwo między tymi dziwacznymi naukami a frazesami charyzmatyków o „nowej erze Ducha” jest oczywiste. Bardziej jeszcze niepokojąca jest fascynacja Ojca Świętego Nowym Millenium. Co więcej, w ramach przygotowań na Wielki Jubileusz roku 2000, sam Jan Paweł II ogłosił rok 1998 „Rokiem Ducha Świętego”:

„Kościół nie może się przygotować do obchodów roku dwutysięcznego w inny sposób, jak tylko w Duchu Świętym. To, co dokonało się za Jego sprawą, może też tylko za Jego sprawą wyłonić się z pamięci Kościoła”[12].

I dalej papież pisał:

„Do najważniejszych zadań związanych z przygotowaniem Jubileuszu należy zatem ponowne odkrycie obecności Ducha Świętego (…) W życiu Kościoła zaś tymi znakami są: uważniejsze nasłuchiwanie głosu Ducha Świętego, czego wyrazem jest przyjęcie charyzmatów i promocja laikatu, intensywna działalność na rzecz jedności wszystkich chrześcijan, znaczenie przypisywane dialogowi z religiami i ze współczesną kulturą”[13].

Te zdumiewające słowa pokazują wyraźnie, iż papież wiąże idee ekumenizmu, sekularyzmu i laicyzacji z Nowym Milenium i działaniem Ducha Świętego. Podobieństwo tej idei do koncepcji Joachima, który pisał o „panowaniu Ducha poprzez powszechną miłość”, co doprowadzić miało do ustąpienia wszelkiej formalnej religii wobec ducha Ewangelii, jest co najmniej niepokojące.

Główną grupę uczniów Joachima stanowili „spirytualistyczni” franciszkanie. W sto lat po jego śmierci bezpośrednimi spadkobiercami jego myśli stali się fratricelli, których interpretacja Ewangelii doprowadziła ich do konfliktu z władzami zakonu oraz z papieżem. Ostatecznie uznali oni, że w porównaniu do ich własnego „uduchowienia” Kościół jest zepsuty i cielesny, i że jedynie oni są prawdziwymi wyznawcami Ewangelii. W roku 1318 zostali ekskomunikowani przez papieża Jana XXII[14].

Charyzmatycy twierdzą że są „w pełni katolikami”. Jak pisze niejaka Betty Nunez: „Nie twierdzę, że inni katolicy nie wierzą, kiedy jednak jesteś odnowiony przez Chrzest w Duchu Świętym, twoja wiara staje się żywa”[15]. Niezależnie od intencji autorki tych słów, stanowią one zniewagę wobec katolików nie związanych z odnową charyzmatyczną. Jest to równoznaczne z twierdzeniem, że wiara ich jest martwa i że jedynie charyzmatycy posiadają wiarę żywą. Jest to bardzo bliskie stanowisku zajmowanemu przez fratricelli.

Miguel de Molinos (1628-1696) błędnie interpretował katolickie nauczanie o naturze i łasce. Zamiast przyznać, iż łaska buduje na naturze, nauczał że jedyną drogą do uświęcenia jest całkowite   poddanie się duszy działaniu Boga (tj. Ducha Świętego). Na pierwszy rzut oka brzmi to ortodoksyjnie, zwłaszcza jeśli rozważa się to w kontekście ortodoksyjnym, twierdzenie to zawiera jednak poważny błąd. Molinos wymagał od duszy całkowitej pasywności, która jako jedyna umożliwić mogła działanie łaski Bożej. Czwarte z jego potępionych przez Kościół twierdzeń stanowi streszczenie wszystkich pozostałych błędów: „Naturalna aktywność jest wrogiem łaski i utrudnia działanie Boże oraz prawdziwą doskonałość, ponieważ Bóg pragnie działać w nas bez nas”. Nie chodzi tu więc o podporządkowanie woli jednostki woli Boga, ale o unicestwienie własnej woli i zastąpienie jej wolą Bożą. W wyniku takiego „unicestwienia” człowiek wolny byłby od wszelkiej odpowiedzialności za swe czyny, ponieważ stałby się niejako automatem[16].

Charyzmatycy zwykli są stawiać pytanie: „Czy Jezus jest Panem twojego życia?”. Katolicy pragną oczywiście, by Zbawiciel był „Królem i Panem wszystkich serc” oraz Królem całego świata – wszyscy powinniśmy starać się realizować Społeczne Panowanie Chrystusa Króla. Ważne jednak, by rozumieć różnicę między tymi dwoma stanowiskami. Katolicy pragną kształtować swą wolę w taki sposób, by zgodna była z wolą Bożą. Natura osiąga pełnię swej doskonałości jedynie wówczas, gdy ukierunkowana jest na cel nadprzyrodzony. Moliniści (i charyzmatycy) chcą natomiast unicestwić swą własną wolę i przyjąć postawę całkowicie pasywną wobec działania Boga. Oto typowy przykład literatury charyzmatycznej w tej kwestii:

„Jezus uczył się woli Ojca poprzez codzienną z Nim zażyłość (…) Czy wzrastam w «praktykowaniu obecności Boga» w każdym dniu mego życia? Czy staram się działać i osiągać, czy też przyjmuję postawę przyjmowania? Czy moje uszy wewnętrzne są wyćwiczone, dzięki czemu potrafię usłyszeć Ducha Świętego i postępować wedle Jego łagodnego tchnienia? Postępowanie za Duchem przypomina wchodzenie do rzeki i przyzwolenie, by jej nurt nas poprowadził”[17].

Trzeba sobie uświadomić, że takiej właśnie dyspozycji wymaga się od charyzmatyka, zanim będzie on w stanie zademonstrować fizyczną manifestację działania „Ducha”. Jak inaczej można by wytłumaczyć owo wicie się, wydziwianie i publiczne bełkotanie w kościele u zwykłych pozornie ludzi? Prawdopodobne wydają się dwa wyjaśnienia: albo osoba taka rzeczywiście pragnie – być może nieświadomie – wykonywać ten akt ze względu na dynamikę grupy (lub ulegając masowej histerii), albo też całkowite poddanie woli czyni ją otwartą na manifestację „ducha” – a nie jest to bynajmniej Duch Święty! Mówienie językami których się nie rozumie jest klasycznym symptomem opętania.

 

Ruch Maryjny

Jednym z odgałęzień drzewa, jakie stanowi Odnowa Charyzmatyczna, jest fenomen określany przez jego zwolenników jako Rucha Maryjny (Marian Movement), a który normalni katolicy postrzegają raczej jako „manię objawień”. Choć wyczerpujące omówienie tego zjawiska przekracza ramy niniejszego artykułu, postaramy się jednak wymienić najpowszechniejsze i najniebezpieczniejsze jego owoce.

Charyzmatycy przyznawali zawsze szczególne (choć bez przesady) miejsce Najświętszej Maryi Pannie, nazywając Ją „Pierwszą Charyzmatyczką”, która „poczęła mocą Ducha Świętego i była obecna wśród uczniów Jezusa w dzień Pięćdziesiątnicy, kiedy wypełnieni zostali Duchem”[18].

Jak przyznaje wielu charyzmatyków, ruch ich zaczął słabnąć na początku lat 80′. Wówczas to w różnych miejscach świata miały miejsce rzekome objawienia, a jedno z nich zapowiedziane zostało na dwa tygodnie przed faktem, podczas charyzmatycznego spotkania modlitewnego w Rzymie. Wygłoszone zostało wówczas „proroctwo” dotyczące objawień, które rozpocząć miały się niebawem na Bałkanach, w Bośni-Hercegowinie. Zgodnie z proroctwem „Matka Boża” objawiła się w zapowiedzianym czasie i odtąd objawia się tam każdego dnia!

Rzekome manifestacje działania Ducha Świętego o których mówią charyzmatycy oraz „objawienia” doświadczane przez „wizjonerów” z Medjugorie należą oczywiście do dwóch różnych kategorii zjawisk nadprzyrodzonych, w oparciu o moją wiedzę stwierdzić jednak mogę, że poglądy charyzmatyków oraz zwolenników Medjugorie pokrywają się niemal całkowicie. Charyzmatycy pielgrzymują do Medjugorie pomimo zakazu ze strony Kościoła oraz osądu miejscowego ordynariusza, wedle którego zjawiska które mają tam miejsce nie mają absolutnie charakteru nadprzyrodzonego. Można by przypuszczać, że to „Duch” skłania ich do nieposłuszeństwa wobec wyraźnemu zakazowi ze strony Rzymu, podobnie jak „Matka Boża” każe franciszkanom z lokalnej parafii lekceważyć cenzury nakładane na nich przez biskupa miejsca, będące skutkiem ich gorszącego zachowania. Nikt nie wydaje się tym specjalnie przejmować, jak długo „objawienia” te przynoszą profity materialne.

Przesłania do świata z Medjugorie w zdumiewający sposób przypominają „proroctwa” wygłaszane podczas spotkań modlitewnych charyzmatyków. Zawierają one zazwyczaj frazesy na poziomie katechizmu ze szkoły podstawowej, wygłaszane w formie sentymentalnego bełkotu. Oto dwa przykłady.

 

„Proroctwo” charyzmatyczne

„Mój ludu, włożyłem mą chwałę w twoje usta. Wychwalajcie Mnie w każdej sytuacji waszego życia, a ukażę wam moc Mej chwały, mówi Pan! Ludu Mój, odwróć się od zła, przyjdź do Mnie. Bądźcie na świecie ale nie ze świata, czcijcie Mego Syna a dam wam pokój i radość, mówi Pan! Nawet gdyby niewiasta zapomniała dziecka które zrodziła, Ja nie zapomnę o was. Imię wasze zapisane jest na mej dłoni, mówi Pan. Dajcie Mi waszych chorych, a uzdrowię ich, wasze troski a rozwieję je, wasze brzemiona a Ja je poniosę. Ludu mój, pragnę dać ci wolność, mówi Pan”[19].

 

„Przesłanie” z Medjugorie z 9 maja 1985

„Drogie dzieci! Nie wiecie, jak wiele łask Bóg udziela wam w tych dniach, w których Duch Święty działa w sposób szczególny. Nie chcecie się poprawić. Wasze serca zwróciły się ku rzeczom ziemskim i jesteście nimi całkowicie pochłonięci. Zwróćcie wasze serca ku modlitwie i proście, by Duch Święty został na was wylany. Dziękuję wam, że odpowiedzieliście na moje wezwanie(sic)”[20].

Kłamstwa, oszustwa, nieposłuszeństwo i jawna niemoralność duchownych, które towarzyszą tym rzekomym objawieniom, powinny przekonać każdego o ich fałszywości. Wydany przez Rzym zakaz organizowania pielgrzymek oraz decyzja lokalnego ordynariusza w kwestii autentyczności zjawiska powinny skutecznie powstrzymać katolików od udawania się w to miejsce – jednakże każdego roku tysiące ludzi przybywa do Medjugorie, przyciągane rzekomymi „dobrymi owocami” – tzw. nawróceniami, uzdrowieniami, cudami słońca etc.

Wiara katolicka uczy nas, że prawda nie znosi żadnej domieszki błędu, dobro zaś zła. Jak już pisaliśmy, szatanowi w najmniejszej mierze nie przeszkadza, jeśli ludzie „pielgrzymują”, więcej się modlą i budują bardziej emocjonalny związek z Bogiem i Najświętszą Maryją Panną; przeciwnie, pomógłby im nawet wsiąść do samolotu, gdyby tylko był pewien, że ostatecznie pociągnie ich za sobą do piekła.

 

Porównanie koncepcji charyzmatyków i doktryny katolickiej

Ortodoksja każdej praktyki czy wierzenia zależy w ostatecznym rozrachunku nie od odczuć, czy też od tego co na ten temat mówi kapłan, biskup, czy nawet papież (jako prywatny teolog), ale od ich zgodności z Magisterium Kościoła. O tym, czy dane wierzenie jest katolickie czy też nie, decyduje niezmienne nauczanie papieży i soborów powszechnych. Negowanie tego fundamentalnego faktu przez liberalnych katolików stanowi główny powód obecnego kryzysu w Kościele, nie powinno nas więc dziwić, że charyzmatycy głoszą poglądy, które jeszcze 50 lat temu ściągnęłyby na nich sankcje ze strony hierarchii.

Aby w pełni zrozumieć dlaczego ruch ów jest w istocie niekatolicki, konieczna jest analiza jego podstawowych założeń w świetle doktryny Kościoła. Jako że szczegółowa analiza teologiczna tego zjawiska wykracza poza ramy niniejszego artykułu, zasygnalizujemy tu jedynie kilka istotnych problemów, które powinny zachęcić w przyszłości kompetentnych teologów do dalszego studium.

Choć Katolicka Odnowa Charyzmatyczna obejmuje wielką liczbę wspólnot, celowo nie precyzujących wyraźnie swego stanowiska doktrynalnego, lektura jej publikacji pozwala na wyodrębnienie pewnych zasad charakterystycznych dla całego ruchu i wyznawanych – świadomie lub nieświadomie – przez wszystkich jego zwolenników.

 

Fenomenalizm

Główną cechą charakterystyczną tego Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej jest zakorzeniony w XVIII-wiecznym Oświeceniu fenomenalizm. The Catholic Encyclopedia  definiuje go w sposób następujący:

„Termin fenomenalizm odnosi się do każdego systemu filozoficznego, który traktuje o zjawiskach. Zazwyczaj stosowany jest jednak w odniesieniu do pewnych teorii, zgodnie z którymi:

  1. człowiek jest w stanie poznać jedynie zjawiska, a nie substancję w sensie metafizycznym.
  2. cała wiedza odnosi się do zjawisk – a nie do bytów jako takich, (…)

Tak więc według charyzmatyków nie można prawdziwie „poznać Boga”, o ile nie doświadczy się Go świadomie, tj. o ile nie doświadczy się w sposób zmysłowy (zazwyczaj emocjonalny, a niekiedy wręcz fizyczny, jak w przypadku glosolalii – mówienia językami) „Jego Ducha”. Owo duchowe doświadczenie unieważnia niejako objawienie publiczne oraz 2000 lat nauczania Kościoła w kwestiach takich, jak np. ekumenizm.

Dla charyzmatyków samo występowanie fenomenu rzekomo identycznego z prawdziwym charyzmatem istniejącym w pierwotnym Kościele dowodzi Boskiego jego pochodzenia. Liczy się dla nich jedynie doświadczenie, stąd lekceważą całkowicie uprawnione zastrzeżenia intelektu: „Skąd ta licząca 2 tysiące lat przerwa? Czy fenomen ten jest naprawdę tym samym zjawiskiem, które opisane zostało w Piśmie? Czy «Duch» prowadzi nas ku życiu bardziej katolickiemu, czy ku apostazji?” Lekceważenie konieczności „rozpoznawania duchów” prowadzi tu do katastrofalnych konsekwencji, wiemy bowiem że diabeł może działać „cuda”, które naśladują prawdziwie nadprzyrodzone zjawiska, będące dziełem Boga.

Nie ulega wątpliwości, że zwolennicy odnowy charyzmatycznej lekceważą rolę intelektu. W literaturze charyzmatycznej poświęconej pierwszym etapom „wzrostu duchowego” wiele mówi się o tzw. „przechodzeniu od głowy do serca”. „To nie «wiedza głowy» się liczy, ważna jest «wiedza serca». Ta pierwsza jest teologiczna, podczas gdy druga duchowa”[21]. Jak już pisaliśmy, taka „wiedza serca”, sentymentalny stosunek do Boga, nie jest wcale duchowa; ma charakter czysto emocjonalny – tzn. fizyczny! Owi charyzmatyczni „autorzy duchowi” w jawny sposób deprecjonują intelekt, jak gdyby nie został on dany człowiekowi przez Boga: „Intellectum tibi dabo” (Ps 31).

Skażony fenomenalizmem umysł charyzmatyka pojmuje w sposób subiektywny nawet łaskę sakramentalną. Katolicy wiedzą, że sakramenty udzielają łaski ex opere operato, bez względu na duchową kondycję szafarza czy przyjmującego. Oczywiście przyjmujący może być lepiej lub gorzej dysponowany do przyjęcia łaski sakramentalnej, jest ona jednak udzielana bez względu na subiektywne dyspozycje. Dla charyzmatyka natomiast wszystko w życiu duchowym, co nie daje subiektywnej „pociechy” czy nie jest źródłem emocji – nie jest ważnym „doświadczeniem wiary”, a więc konsekwentnie nie udziela łaski.

Pewien zaangażowany w odnowę charyzmatyczną kapłan tak pisze o sakramencie pokuty:

„Podczas sakramentu pojednania otrzymujemy uzdrowienie w postaci przebaczenia oraz większej odporności na pokusy. Dlatego właśnie czujemy się znacznie lepiej po odbyciu dobrej spowiedzi”[22].

W podobnie subiektywny sposób pochodzą nawet do Komunii św.:

„Kiedy modlicie się po Komunii, powinniście wyobrazić sobie promienie uzdrawiającego światła wychodzące z konsekrowanej hostii którą właśnie przyjęliście i przepływające przez was”[23].

Dla fenomenalisty, podobnie jak dla charyzmatyka, obiekt nie posiada prawdziwego istnienia w oderwaniu od doświadczającego przedmiotu. Doprowadzając tę logikę do ostatecznych konkluzji rodzi się pytanie o stosunek świadomości do samej siebie. Łatwo więc zrozumieć, dlaczego współczesna religia, posoborowy katolicyzm, stała się niejako religią człowieka, który oddaje cześć sobie samemu.

 

Tendencje gnostyckie

Na przestrzeni wieków Kościół zmuszony był walczyć z wieloma formami gnostycyzmu. Różniły się one w szczegółach, łączyło je jednak wspólne przekonanie o istnieniu „wiedzy tajemnej” czyli gnosis, która czyni jej posiadaczy prawdziwymi wyznawcami, a więc jedynymi przeznaczonymi do chwały nieba. W przypadku charyzmatyków gnozą taką jest doświadczeniem Boga poprzez wewnętrzne lub zewnętrzne manifestacje „Jego Ducha”, które czynią doświadczających tego dziwnego zjawiska „prawdziwymi wyznawcami”.

 

Ekumenizm

Fenomenalistyczna filozofia charyzmatyków posiada również interesujące reperkusje w sferze ekumenizmu. Dla charyzmatyka, podczas II Soboru Watykańskiego „Kościół katolicki wszedł nieodwołalnie na drogę ekumenicznych poszukiwań (…)”[24]. Fakt, iż niekatolicy posiadają udział w tych charyzmatycznych doświadczeniach pozostając równocześnie poza Kościołem legitymizuje w jakiś sposób owe heretyckie sekty. Postawa taka jest czystym fenomenalizmem: Duch Boży jest sprawcą fenomenu x w Katolickiej Odnowie Charyzmatycznej, fenomen x obecny jest również w protestanckiej sekcie y, a więc protestancka sekta y dzieli prawdziwą wiarę z katolickimi charyzmatykami. Fakt, że posiadający chociażby elementarną wiedzę na temat logiki uczeń zdemaskowałby ten fałszywy sylogizm, nie ma dla charyzmatyków znaczenia, jako że logika należy do kategorii „wiedzy głowy” a nie do „wiedzy serca”, którą pysznią się ze względu na swe doświadczenia.

Poniższy dość długi cytat pokazuje, że charyzmatycy uważają za zasadę jedności chrześcijańskiej miłość wzajemną opartą na doświadczeniu:

„Choć cały Kościół, tak duchowni jak i świeccy, muszą odpowiadać na to wezwanie do jedności, w szczególny sposób dotyczy to przywódców Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej, jako że zarówno korzenie naszej odnowy pentakostalnej jak działanie samego Boga w Odnowie mają charakter ekumeniczny. Odnowa posiada aspekt ekumeniczny, nie będący bynajmniej aspektem drugorzędnym, ale stanowiącym część jej natury. Z tego właśnie powodu Odnowa Charyzmatyczna nazywana bywa często ekumeniczną łaska dla Kościoła.

Dobrze obrazują to trzy wydarzenia z historii najnowszej. Pod koniec ubiegłego wieku, gdy Leon XIII zachęcał katolików na całym świecie do modlitwy o odnowę Ducha Świętego (sic), [również] wielu ewangelikalnych protestantów gorliwie poszukiwało odnowy w Duchu. Po drugie, ekumeniczny zwrot dokonany przez Vaticanum II stanowił zasadniczy element nowej Pięćdziesiątnicy, wyczekiwanej z utęsknieniem przez cały Kościół katolicki przed i podczas soboru. Po trzecie, kiedy pod koniec lat 60′ narodziła się Odnowa Charyzmatyczna wśród katolików, tę samą odnowę chrztu w Duchu, charyzmatów i wzajemnej miłości (…) dało się zaobserwować wśród chrześcijan innych denominacji na całym świecie (…)

Warunkiem powodzenia [ekumenizmu – przyp. tłum.] jest prawdziwy wzajemny szacunek pomiędzy przywódcami (protestanckich i katolickich charyzmatyków). Kiedy zarówno katoliccy charyzmatycy, jak i ewangelikalni, pentakostalni i bezwyznaniowi przywódcy protestanccy akceptują wartość wiary swych partnerów – jest to solidny fundament. Wzajemne uznanie faktu, że wiara w Jezusa Chrystusa i chrzest (sic) czynią nas braćmi i siostrami w Chrystusie oraz członkami Jego Ciała ma fundamentalne znaczenie dla budowania wzajemnego zaufania, szacunku i przyjaźni. Istnieje bezpośredni związek pomiędzy owym fundamentem opartym na zdrowych relacjach osobistych, a powodzeniem każdej inicjatywy ekumenicznej”[25].

Katolicy wiedzą, że prawdziwa jedność chrześcijan realizowana może być jedynie poprzez powrót błądzących do jedynego prawdziwego Kościoła, założonego i kierowanego przez Chrystusa i rządzonego przez Jego Wikariusza na ziemi, papieża rzymskiego. Jedność Kościoła oparta jest na obiektywnej prawdzie, strzeżonej i głoszonej przez papieży, którzy są zasadą jedności Kościoła. Ludzie nie znajdujący się w jedności wiary lub komunii z Kościołem są – przynajmniej obiektywnie, – heretykami w pierwszym przypadku, schizmatykami zaś w drugim. Nieprzerwana Tradycja Kościoła jednoznacznie stwierdza, że o ile trwać będą w swych błędach, nie mogą osiągnąć zbawienia:

„Ponadto stwierdzamy, ogłaszamy i definiujemy, że absolutnie konieczne do zbawienia, jest by każdy człowiek poddany był papieżowi rzymskiemu”[26].

Wbrew opinii wyznawanej przez charyzmatyków, Pius XII pisał w swej wspaniałej encyklice Mystici corporis:

„«Chrystus – mówi Apostoł – jest głową Ciała Kościoła» (Kol 1, 18). Jeżeli zaś Kościół jest ciałem, musi być czymś jednym i niepodzielnym według słów Pawła św. «Wszyscy jednym ciałem jesteśmy w Chrystusie» (Rzym 12, 5). Nie tylko jednym i niepodzielnym być musi, lecz także czymś konkretnym i widzialnym, jak uczy poprzednik Nasz ś. p. Leon XIII w encyklice Satis cognitum: «Przez to że jest Ciałem, Kościół widoczny jest dla oka». Dlatego dalecy są od prawdy Bożej ci, co wymyślają sobie taki kościół, którego ani dotknąć się, ani widzieć (go) nie można, lecz jest on czymś całkiem duchowym, pneumatycznym, jak mówią, tak iż wiele społeczeństw chrześcijańskich, chociaż ich wiara treścią między sobą się różni, to jednak węzłem niewidzialnym ze sobą są złączone”[27].

W kwestii przynależności do jednego Kościoła Chrystusowego papież pisze:

„Do członków Kościoła w rzeczywistości zaliczać trzeba tych tylko ludzi, którzy sakrament odrodzenia na Chrzcie św. przyjęli i wyznają prawdziwą wiarę, a nie pozbawili się sami w niegodny sposób łączności z Kościołem, ani też władza prawowita nie wyłączyła ich z grona wiernych za bardzo ciężkie przewinienia. «W jednym bowiem duchu, mówi Apostoł, wszyscyśmy w jedno ciało ochrzczeni, czy to Żydzi czy poganie, czy niewolnicy czy wolni» (I. Kor. 12, 13). Jako więc w prawdziwym zgromadzeniu wiernych jedno mamy ciało, jednego ducha, jednego Pana i jeden chrzest, tak też możemy mieć jedną wiarę, tak iż kto Kościoła słuchać się wzdryga, ten ma być, według rozkazu samego Chrystusa, uważany za poganina i jawnogrzesznika (Efez. 4, 5; Mt. 18,17). Dlatego też ci, co wiarą i rządami są od siebie oddzieleni, nie mogą być w takim jednolitym Ciele i w jego jedynym Boskim duchu”[28].

Tak więc, z katolickiego punktu widzenia stwierdzić trzeba, że występowanie prawdziwych charyzmatów wśród protestantów jest wysoce nieprawdopodobne. Gdyby zjawiska tak w ogóle występowały, musiałyby mieć charakter zupełnie wyjątkowy a nie normatywny – i posiadać jeden tylko cel: nawrócenie protestantów na katolicyzm. Tak więc, jeśli nawet prawdziwe charyzmaty nie mogą być podstawą prawdziwej jedności między katolikami a protestantami (jako protestantami), pomysł, iż podejrzane zjawiska z jakimi mamy do czynienia obecnie mogłyby być podstawą dla fałszywej i irenistycznej „jedności” pomiędzy różnymi wyznaniami jest w oczywisty sposób niekatolicki i świadczy o utracie sensus catholicus u ludzi, którzy głoszą tego rodzaju idee.

 

Protestantyzm

Biorąc pod uwagę ekumeniczne i protestanckie korzenie Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej nikogo nie powinno dziwić, że „teologia” charyzmatyków skażona jest w znacznej mierze protestantyzmem. Jedną z cech charakterystycznych protestantyzmu jest postulat sola scriptura, tj. osobistej interpretacji Pisma opartej na „natchnieniu Ducha Świętego” i odrzucanie Tradycji, jako drugiego źródła Objawienia. Jak pokazuje poniższy cytat, charyzmatycy całkowicie podzielają to przekonanie:

„(…) Podstawą Odnowy Charyzmatycznej jest (…) Pismo. Krótkie czytania z Pisma stanowią nieodłączną część spotkań modlitewnych (…) Wedle mojego doświadczenia głód Pisma jest jednym z największych błogosławieństw naszych czasów (…) Oczywistym jest, że ludzie którzy pragną nawiązać osobistą więź z Bogiem, powinni przynajmniej zapoznać się z tą Księgą (…) Duchu Święty, będący źródłem natchnienia Pisma, natchnij nas miłością do Twego słowa. Prowadź nas do tych jego ustępów, które będą najbardziej skuteczne (sic) w naszym życiu i do coraz lepszego poznania Ojca i Syna”[29].

„Święci wszystkich wieków zgodni byli co do tego, że zbliżanie się do Boga na modlitwie umożliwia Bogu zbliżać się do nas, poprzez udzielanie nam swej mądrości (…) Gdy obcujemy z Bogiem, On obcuje z nami. Prawdziwe jest jednak również twierdzenie przeciwne: jeśli otwieramy nasze serca na Jego święte Słowo, dusze nasze wypełnia radosne modlitewne doświadczenie wiary, nadziei i miłości (…) W miarę jak człowiek staje się coraz bardziej świadomy, że «litera zabija, Duch zaś daje życie» (2Kor 3, 6), Duch Święty prowadzić będzie taką pobożną duszę do zrozumienia ukrytego znaczenia każdego ustępu Pisma. Nawet jeśli nie zna się «poprawnej» jego interpretacji, powinno mieć się ufność, że sam Duch dostarczy nam swego światła (…) Być może nasz problem polega na tym, że zbyt wiele czytamy Słowo Boże a zbyt mało go doświadczamy. Istnieje wielka różnica pomiędzy uczeniem się na pamięć ustępów Pisma a myśleniem w duchu prawdziwie biblijnym, zgodnym z intencją Boga (1Kor 2, 11). Istnieje różnica między przechowywaniem Pisma w naszych głowach jałowym jak proch, a sprawieniem, że pulsować będzie ono w naszym sercu poruszając duszę”[30].

Katolicy wiedzą oczywiście, że interpretacja Pisma Świętego należy wyłącznie do Kościoła – który jest prawdziwie kierowany przez Ducha Świętego – a nie do indywidualnego czytelnika. Poniższy ustęp z dekretów Soboru Trydenckiego wyjaśnia tę zasadę w sposób jednoznaczny:

„(…) ponadto, by skruszyć bezczelność zuchwalców, sobór postanawia, by nikt polegając na swym własnym osądzie w sprawach wiary i moralności, które należą do budowania doktryny chrześcijańskiej i wypaczając Pismo Święte wedle swych własnych opinii, nie śmiał interpretować go w sposób sprzeczny z interpretacją Świętej Matki Kościoła, której obowiązkiem jest wydawanie osądu co do prawdziwego sensu i interpretacji Pisma, czy nawet tłumaczyć go w sposób sprzeczny z jednomyślnym zdaniem Ojców, choćby interpretacje te nie przeznaczone były do upubliczniania. Ci, którzy sprzeciwiają się temu postanowieniu winni być napominani przez swych ordynariuszy i ukarani wedle przepisów prawa”[31].

Nauczanie to potwierdzone zostało w wyznaniu wiary Soboru Trydenckiego i przez Konstytucję Dogmatyczną o wierze katolickiej I Soboru Watykańskiego[32].

 

Antykwaryzm

Liberałowie często podkreślają, że pragną jedynie powrotu do praktyk pierwotnego Kościoła. Tym samym fortelem posługiwali się w przeszłości Luter, Hus oraz inni heretycy dla zamaskowania prawdziwego charakteru wprowadzanych przez siebie innowacji. Katolicy wiedzą jednak, że wiara pierwotnego Kościoła była całkowicie ortodoksyjna oraz że formy liturgiczne i praktyki Kościoła podlegały autentycznemu rozwojowi (nie ewolucji!) do momentu, w którym zewnętrzna forma kultu wyrażała w sposób najdoskonalszy prawdy wiary. Tak więc rzekome „nawarstwienia” w liturgii świętej przed II Soborem Watykańskim nie były w rzeczywistości „nawarstwieniami”, ale przejawem uprawnionego rozwoju liturgicznego, którego skutkiem był większy stopnień doskonałości kultu Bożego.

O błędzie tym, rozpowszechnionym już podczas jego pontyfikatu, pisał Pius XII:

„Natomiast nie jest rzeczą ani mądrą, ani godną pochwały wszystko i w każdy sposób cofać do starożytności. I tak, aby użyć przykładu, błądzi kto chce ołtarzom przywrócić pierwotny kształt stołu; kto chce wykluczyć czarny kolor z szat kościelnych; kto nie dopuszcza w kościele posągów i świętych obrazów; kto wymaga, aby wizerunek Zbawiciela przybitego na krzyżu tak był dostosowany, iżby na Jego ciele nie było znać okrutnych mąk, które poniósł (…)”[33].

Analogicznie tym wszystkim, którzy argumentują że obecność charyzmatów w pierwotnym Kościele dowodzi ich przydatności (czy nawet konieczności) również dzisiaj, katolicy odpowiedzieć mogą, że jedno wcale nie musi wynikać z drugiego. Charyzmaty posiadały bardzo specyficzny cel w bardzo specyficznym czasie – miały umożliwić ekspansję Kościoła. Jak pisał Pius XII:

„Ten Kościół, utworzony we krwi swojej w dzień Zielonych i Świątek, wzmocnił [Zbawiciel – przyp. tłum.] osobliwą siłą z nieba zesłaną. Gdy bowiem uroczyście ustanowił na dostojnym urzędzie tego, którego już przedtem mianował Namiestnikiem, wstąpił do nieba, a siedząc po prawicy Ojca, Oblubienicę swoją objawić światu i ogłosić raczył widzialnym przyjściem Ducha Św. wśród gwałtownego szumu wichru i ognistych języków. Albowiem podobnie jak Sam, gdy rozpoczynał swe publiczne życie, był od Ojca swego przez Ducha św., pod postacią gołębicy zstępującego i unoszącego się nad nim, objawiony, podobnie i wtedy, gdy Apostołowie mieli rozpocząć swój święty zawód opowiadania Ewangelii, Chrystus Pan zesłał z nieba Ducha swego, który dotykając ich ognistymi językami, miał jakby palcem Bożym wskazać i objawić to niebieskie posłannictwo Kościoła i nadprzyrodzony jego urząd”[34].

Jak już pisaliśmy, zanik tych zewnętrznych manifestacji działania Ducha Świętego pokrywał się w czasie z osiągnięciem przez Kościół moralnej powszechności. Pragnienie powrotu do praktyk, które stosowne były dla wcześniejszych czasów i nigdy nie miały mieć charakteru powszechnego jest w istocie czystym antykwaryzmem. Jak już wskazywaliśmy, lekceważenie Tradycji, takie o jakim pisze św. Augustyn w przedstawionym wyżej cytacie dotyczącym charyzmatów, jest typowe dla protestantyzmu – podobnie jak usprawiedliwianie tej postawy poprzez odwoływanie się do „natchnionej” interpretacji Pisma przez każdego indywidualnego charyzmatyka.

 

Błędy dotyczące natury Kościoła

 

Jego misja

Charyzmatycy twierdzą, że misją Kościoła jest uwielbienie Boga: „Uwielbienie jest raison d’etre Kościoła”[35]. Choć jednak oddawanie czci Bogu jest bez wątpienia wymogiem sprawiedliwości człowieka wobec jego Stwórcy, nie może być ono postrzegane jako powód, sine qua non, ustanowienia przez Chrystusa Kościoła. Zbawiciel nie ustanowił Kościoła jako czegoś w rodzaju fanklubu swej Osoby – ale dla udzielania przez wszystkie wieki owoców swego Odkupienia. Jak wyjaśniają Ojcowie I Soboru Watykańskiego w Konstytucji Dogmatycznej o Kościele (Pastor Aeternus):

„Wiekuisty Pasterz i Biskup dusz naszych, w celu ustawicznego przekazywania dzieła zbawienia, postanowił zbudować Kościół święty, w którym jak w domu Boga żywego wszyscy wierni byliby objęci więzami jednej wiary i miłości”[36].

Magisterium wyraźnie sprzeciwia się fałszywemu poglądowi charyzmatyków na misję Kościoła, podważając w ten sposób ekumeniczny fundament tego ruchu.

Choć nie ulega wątpliwości, że ostatecznym celem każdego zewnętrznego działania Trójcy Przenajświętszej jest większa chwała Boga, bezpośrednim celem założenia Kościoła było zastosowanie względem ludzi owoców Odkupienia. „Uświęcenie rodzaju ludzkiego poprzez przekazywanie prawdy, Przykazań oraz łaski Chrystusa jest bezpośrednim celem Kościoła”[37]. Obiektywnie rzecz biorąc, wskutek tego aktu chwała Boża objawia się w sposób wyrazistszy; subiektywnie zaś – w jego rezultacie człowiek pragnie chwalić Go żarliwiej. To pomieszanie celu obiektywnego oraz subiektywnego jest cechą charakterystyczną Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej i ma swe źródło w fenomenalizmie.

 

Jego doskonałość i niezniszczalność

Twierdzenie, że charyzmaty, pomimo braku ich występowania przez niemal 2 tysiące lat, posiadają zasadnicze znaczenie dla misji Kościoła, oznacza de facto zakwestionowanie doskonałości i niezniszczalności Kościoła, należącymi do jego podstawowych atrybutów. Doskonałość ta wynika z obietnicy danej przez Chrystusa Pana św. Piotrowi (Mt 16, 18). „Kościół ustanowiony przez Jezusa Chrystusa będzie trwał na wieki, przynajmniej w swych zasadniczych atrybutach”[38]. Zauważmy tu, że doktryna ta gwarantuje jedynie, że Kościół istnieć będzie aż do końca czasów, nie wyklucza jednak zniszczenia wielkich jego części. Tak więc charyzmaty muszą być postrzegane jako nie posiadające zasadniczego znaczenia dla jego misji.

Wieczność (doskonałość) Kościoła wynika z faktu, iż jest on ostateczną religią, która nie może być już zastąpiona przez inną. Aby wypełnić powierzoną mu przez Boga misję musi on zachować wszystkie elementy, posiadające zasadnicze znaczenie dla jej realizacji[39].

Tak więc każdy aspekt życia Kościoła, który nie byłby (przynajmniej ze swej natury) stały i powszechny – nie posiada zasadniczego znaczenia dla jego misji. Aspektami takimi są bezsprzecznie charyzmaty, nie posiadają one więc zasadniczego znaczenia dla misji Kościoła i nie są chronione przez przywilej niezniszczalności, jakim obdarzył go Zbawiciel. Wysuwane przez charyzmatyków twierdzenie o zasadniczym znaczeniu charyzmatów podważa w istocie – jak już wskazywaliśmy – jego doskonałość, gdyby bowiem zasadniczy element Kościoła zanikł na niemal 2 tysiące lat, obietnica Zbawiciela okazałaby się fałszywa.

 

Jego Magisterium

Nasz Pan Jezus Chrystus założył widzialny Kościół, który jest jeden, święty, katolicki i apostolski. Do swych Apostołów, pierwszych biskupów, powiedział: „Idźcie na cały świat i nauczajcie wszystkie narody (Mt 28, 19) oraz „Kto was słucha, mnie słucha” (Łk 10, 16). Magisterium czyli urząd nauczycielski Kościoła jest nieomylny gdy:

  1. Papież występujący ex cathedra lub sobór powszechny w jedności z papieżem ogłasza definitywne orzeczenie w sprawie wiary lub moralności
  2. papież, sobór lub biskup przedstawia nauczanie zwyczajne, pozostające w zgodzie ze sformułowanym już nieomylnym nauczaniem.

Kwestia Magisterium ma zasadnicze znaczenie dla obecnego kryzysu w Kościele, liberałowie uważają bowiem, że mogą beztrosko wyrzucić do kosza całe liczące 20 wieków nauczanie katolickie zgodnie z zachciankami współczesnych duchownych. Charyzmatycy dodaliby do tego zapewne jeszcze potrzebę kierowania się  „osobistym natchnieniem Ducha Świętego”.

Często słyszy się dyskusje o różnicy między nauczaniem „przedsoborowym” a „posoborowym”. Trzeba powiedzieć jednoznacznie, że papież ani sobór nie mogą – na mocy Bożej gwarancji – jednostronnie anulować zdefiniowanego uprzednio nauczania Magisterium Kościoła. Nie chodzi o to, co ktoś uznaje za katolickie a co nie – przeciwnie, nieomylne nauczanie katolickie jest faktem historycznym, całkowicie niezależnym od osobistych „natchnień” papieża, kardynała, biskupa, kapłana, duchownego czy świeckiego. Jak pisał Pius XII:

„Dając bowiem Kościołowi swojemu święte źródła wiary, dał mu Bóg zarazem żywy Urząd Nauczycielski, który to, co w depozycie zawiera się mniej jasno i jakby w zawiązku, ma dokładniej wyjaśnić i rozwijać. Prawa więc autentycznej i miarodajnej interpretacji depozytu wiary nie udzielił Boski Zbawiciel ani poszczególnym wiernym ani samym nawet teologom, tylko Urzędowi kościelnego Nauczycielstwa”[40].

 

Źródło problemu

 

Katolicka nauka o łasce

Prawdopodobnie to właśnie nauka o łasce jest dziedziną, w której charyzmatycy oddalają się najbardziej od doktryny katolickiej – to właśnie ich fałszywa koncepcja łaski stanowi korzeń wszystkich ich błędów. Jak już pisaliśmy, charyzmatycy kładą nacisk na fakt, że przyjęciu (lub przynajmniej „uwolnieniu”) łaski towarzyszyć powinno zawsze jakieś zjawisko podpadające pod zmysły. Innymi słowy twierdzą oni, że chrześcijanie w których duszach Bóg działa prawdziwie zawsze działanie to odczuwają. Jest to z pogląd z gruntu fałszywy.

Łaska uświęcająca, która „uświęca duszę” „udziela duszy nadprzyrodzonego piękna (…) czyni człowieka usprawiedliwionego przyjacielem Boga (…) Świątynią Ducha Świętego (…) dzieckiem Bożym (…) [i] daje mu prawo do dziedzictwa nieba”[41] jest dla duszy całkowicie nieodczuwalna. Nie wyklucza to możliwości objawienia przez Boga jednostce stanu łaski, objawienie takie jednak z pewnością należy do rzadkości i nie może być, wbrew twierdzeniom charyzmatyków, czymś normatywnym. Jak uczy Sobór Trydencki:

„Każdy, kto zastanowi się nad sobą i swą własną słabością oraz niegodnością, może odczuwać lęk i obawę co do tego czy znajduje się w stanie łaski, ponieważ nikt nie może wiedzieć z pewnością wiary, która nie może być przedmiotem błędu, że [rzeczywiście] osiągnął łaskę Bożą”[42].

Oczywiście Bóg może udzielić postrzegalnych łask uczynkowych (choć nie wszystkie łaski uczynkowe muszą być postrzegalne) komukolwiek chce, jednak nawet w sferze łask uczynkowych postrzegalność nie jest warunkiem sine qua non. Ponieważ wiele łask uczynkowych jest postrzegalnych, a charyzmatycy kładą nacisk na postrzegalność łaski, mylą oni łaskę uczynkową z łaską uświęcającą, a w skutek tego negują de facto tę drugą.

Praktyczne zanegowanie łaski uświęcającej oznacza odrzucenie zarówno katolickiej nauki o usprawiedliwieniu (nieomylnie wyłożonej przez Sobór Trydencki) oraz co za tym idzie katolickiej doktryny dotyczącej zewnętrznego działania Trójcy Świętej, o czym za chwilę. Konsekwencje tego są dla każdego oczywiste. Słusznie mówi się, że pozornie małe błędy co do zasad prowadzą ostatecznie do niezwykle niebezpiecznych i błędnych wniosków. Tak więc podkreślanie przez charyzmatyków postrzegalności łaski stanowi niejako korzeń całego ich systemu błędów.

 

Katolickie nauczanie o charyzmatach

Jest faktem niezaprzeczalnym, że Bóg udziela niekiedy pewnym ludziom postrzegalnych łask uczynkowych, niekiedy nawet w postaci nadzwyczajnych fenomenów. Przykładami tych ostatnich mogą być prawdziwe charyzmaty, obecne w Kościele Czasów Apostolskich. Jeden z najpoważniejszych błędów charyzmatyków polega właśnie na traktowaniu tego, co miało charakter nadzwyczajny, jako czegoś zwyczajnego – a nawet koniecznego dla wszystkich.

Łaski, jakie udziela Bóg człowiekowi podzielić można na kilka kategorii. Jeden tych podziałów odróżnia gratia gratis data od gratia gratum faciens. Pierwsza z tych terminów, tłumaczony zwyczajowo jako łaska darmo dana, oznacza łaski, które udzielane są konkretnym osobom dla dobra Kościoła. Do kategorii tej należą takie nadzwyczajne dary łaski jak charyzmaty (proroctwo, dar cudów, dar języków etc., por. 1Kor 12, 8), kapłańska władza Konsekracji oraz hierarchiczna władza jurysdykcji. Posiadanie tych darów jest niezależne od osobistej moralnej dyspozycji ich posiadacza (…)[43].

Termin gratia gratum faciens oznacza łaskę służącą osobistemu uświęceniu, a więc zarówno samą łaskę uświęcającą jak i łaski uczynkowe, które przygotowują do usprawiedliwienia. W przeciwieństwie do łask darmo danych łaski te konieczne są dla wszystkich. Św. Tomasz z Akwinu pisząc o tym rozróżnieniu omawia obie wspomniane kategorie w dwóch odrębnych rozdziałach II-II Sumy teologicznej, znanymi jako „Traktat o łasce” oraz „Traktat o aktach dotyczących w sposób szczególny pewnych ludzi”. W drugim z tych rozdziałów omawia charyzmaty.

Trzeba tu zauważyć, św. Tomasz nigdy nie odnosi się do charyzmatów jako do fenomenów występujących współcześnie. Pisze o nich jedynie w odniesieniu do Czasów Apostolskich. (…)

Podkreślmy to raz jeszcze: prawdziwe charyzmaty były darami, które umożliwić miały szybkie rozprzestrzenienie się Kościoła na cały świat i jego okrzepnięcie przed śmiercią ostatniego z Apostołów. Jak już pisaliśmy i jak wyjaśnione zostało w 2 Liście do Koryntian, celem tych darów było budowanie Kościoła, a nie uświęcenie tych, którym dary te zostały udzielone.

Dar glosolalii dany został Kościołowi by umożliwić mu przepowiadanie Ewangelii ludom wszystkich języków. Z kolei proroctwa, uzdrawianie, cuda etc. dowodzić miały prawdziwości nauki Kościoła i skłaniać do nawrócenia. Gdy Kościół osiągnął moralną powszechność, potrzeba zjawisk takich ustała, a to z kilku powodów – przede wszystkim ze względu na obecność w Kościele ludzi każdej narodowości, a także dlatego, iż Kościół w wystarczający sposób dowiódł już prawdziwości głoszonej przez siebie nauki.

Ten sam argument wysunąć można przeciwko twierdzeniu o występowaniu współcześnie prawdziwych charyzmatów. Jako że Kościół osiągał zarówno moralną jak i fizyczną powszechność, skupiając wiernych – a nawet duchownych – z każdego narodu, jaki pożytek mogłaby przynieść obecnie glosolalia w dziele ewangelizacji? Jak pisał św. Augustyn:

„Choć Duch Święty otrzymywany jest również obecnie, nikt jednak nie mówi językami wszystkich narodów, ponieważ sam Kościół przemawia już w językach wszystkich ludów: ten bowiem kto nie należy do Kościoła, nie otrzymuje Ducha Świętego”[44].

Z drugiej strony przypomnieć należy, że św. Tomasz dopuszczał możliwość „małpowania” przez diabła prawdziwych charyzmatów. Odnośne fragmenty znaleźć można w:

II-II, q. 172 o.5 Czy jakieś proroctwo pochodzi od złych duchów?

II-II, q.  172 o.6 Czy prorocy złych duchów przepowiadają niekiedy prawdę?

II-II, q.178 o.2 Czy źli mogą czynić cuda?

Dobrze wiadomo, że szatan i jego aniołowie mogą czynić znaki, które ludzie nieświadomi biorą za cuda, jak to czytamy w historii Szymona Maga. Tak więc lekkomyślne przypisywanie wszelkich takich nadzwyczajnych fenomenów Bogu wiąże się z ogromnym niebezpieczeństwem. Wielki Doktor Kościoła św. oraz mistyk Jan od Krzyża, tak często cytowany i równocześnie nie rozumiany przez modernistycznych duchowych „guru”, tak pisał o rzekomych „objawieniach pochodzących od Boga” wśród jego współczesnych:

„Toteż dziwię się wielce, że spotyka się jeszcze dzisiaj dusze, nie posiadające za cztery grosze rozwagi, które posłyszawszy w chwilach skupienia jakieś słowa, uważają je wszystkie za słowa Boże. Twierdzą, że tak jest i mówią: «Bóg mi powiedział», «Bóg mi dał taką odpowiedź». Najczęściej, oczywiście, nie są to słowa Boże, lecz ich własne odpowiedzi”[45].

„(…) pożądanie tych objawień otwiera drogę szatanowi, by mógł duszę oszukiwać innymi widziadłami, które umie on bardzo [dobrze] naśladować i przedstawić je duszy jako dobre. Mówi bowiem Apostoł, że diabeł może się przemienić w anioła światłości (2 Kor 11, 14). (…) Jest przeto zawsze rzeczą stosowną, by dusza odrzucała te zjawiska z zamkniętymi oczami, od kogokolwiek by pochodziły. Jeżeli tego nie uczyni, da miejsce zjawom diabelskim i taką moc szatanowi, że nie tylko jedne zjawy będzie przyjmować za drugie, lecz tym sposobem mnożyć się będą te od złego ducha, a ustawać te od Boga i dojdzie do tego, że pozostaną same diabelskie. Doświadczyło tego wiele dusz nieostrożnych i nieroztropnych (…)”[46].

Sam Chrystus Pan przestrzegał Kościół przed niebezpieczeństwami płynącymi z łatwowiernego przyjmowania rzekomych cudów:

„Powstaną bowiem fałszywi mesjasze i fałszywi prorocy i działać będą wielkie znaki i cuda, by w błąd wprowadzić, jeśli to możliwe, także wybranych” (Mt 24, 24).

Szczególnym niepokojem przejmować powinno nas inne Jego ostrzeżenie:

„Nie każdy, który Mi mówi: «Panie, Panie!», wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. Wielu powie Mi w owym dniu: «Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego imienia, i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia, i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego imienia?»Wtedy oświadczę im: «Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości!»” (Mt 7, 21-23).

 

Katolicka doktryna o Trójcy Przenajświętszej

Przestawienie dokładnej wykładni dogmatu Trójcy Świętej przekracza ramy niniejszego artykułu, aby jednak uzmysłowić sobie powagę błędów charyzmatyków w tej kwestii trzeba dobrze zrozumieć znaczenie tzw. zewnętrznych misji. Misja, czy też posłannictwo, zakłada istnienie posyłającego, posłanego, oraz miejsce, w które ten ostatni jest posłany. Co do posyłającego i posłanego, teologowie uczą, iż stosownie jest mówić że Bóg Ojciec jest tym, który posyła, Bóg Syn tym, który jest posłany i posyła, zaś Bóg Duch Święty tym, który jest posłany ale nie posyła. Katolicka doktryna o Trójcy Przenajświętszej uczy, że wszystkie zewnętrze akty Trójcy Świętej wspólne są dla Trzech Osób Boskich. Co do miejsca, w które posłana może być jedna z Osób Boskich wyjaśnić trzeba, że choć Bóg obecny jest wszędzie, sposób Jego obecności w każdym miejscu zmienia się, w przypadku posłania jednej z Osób Boskich.

Istnieją dwa rodzaje zewnętrznej misji Trójcy Przenajświętszej: widzialny i niewidzialny. Misja niewidzialna niepostrzegalna jest dla osoby, do której Osoba Boska jest posłana, misja widzialna natomiast jest postrzegalna zmysłowo. Misja niewidzialna pociąga za sobą udzielenie łaski uświęcającej i celem jej jest zamieszkanie Boga w duszy sprawiedliwego. W Piśmie Świętym zamieszkanie to przypisywane jest generalnie Duchowi Świętemu, razem z Nim jednak w duszy sprawiedliwego zamieszkują też Ojciec oraz Syn[47].

Widzialna misja Ducha Świętego obejmowała takie fenomeny jak Jego pojawienie się w postaci gołębicy podczas Chrztu Pańskiego, Jego zstąpienie na Apostołów w postaci języków ognia oraz prawdziwe charyzmaty w Czasach Apostolskich. Misja ta posiada z samej swej natury charakter krótkotrwały i przemijający[48]. Misja niewidzialna realizowana jest poprzez udzielenie łaski uświęcającej, normalnie ma to miejsce poprzez godne przyjęcie sakramentów:

„Jednak głównym dziełem Ducha Świętego jest uświęcanie dusz poprzez łaskę (…) To poprzez sakramenty, a zwłaszcza sakrament Bierzmowania, Duch Święty udziela swej łaski oraz darów”[49].

Tak więc podkreślanie znaczenia odczuwalności łaski, co prowadzi do faktycznego zanegowania łaski uświęcającej, neguje również niewidzialną misję Ducha Świętego oraz redukuje rolę sakramentu z normalnego źródła łask do formalnych obrzędów kościelnych, których rola jest „komplementarna” w stosunku do odczuwalnego „Chrztu w Duchu Świętym” w procesie „inicjacji chrześcijańskiej”.

 

Katolickie nauczanie o łasce uświęcającej oraz woli

Doktryna katolicka naucza, że łaska uświęcająca, którą charyzmatycy w praktyce negują, oznacza pewne uczestnictwo w życiu samego Boga. W interpretacji tej nauki wystrzegać się należy dwóch skrajności. Pierwszą z nich jest błąd racjonalistyczny, który pojmuje uczestnictwo w życiu Boga jedynie jako rodzaj moralnego z Nim zjednoczenia, osiąganego przez naśladowanie przez człowieka doskonałości Bożych. Drugą skrajnością jest koncepcja kwietystyczna i panteistyczna, wedle której dusza unicestwiana jest i przeobrażana w Bóstwo. Taka jest właśnie logiczna konsekwencja idei charyzmatycznych opisanych powyżej.

Katolicy wiedzą, że łaska udoskonala naturę, ale jej nie niszczy. Bóg naprawdę kształtuje duszę na swój obraz i daje jej udział w swym Boskim życiu poprzez moc przekraczającą wszelkie stworzone moce duszy, posługując się jednak tymi mocami, w wolny sposób współpracującymi z Jego łaską. Unicestwianie własnej woli nie jest ani chwalebne ani potrzebne, musi ona zostać – z pomocą łaski  – poddana woli Boga i na nią ukierunkowana.

Odnosząc się do woli i działania Ducha Świętego w duszy ludzkiej, Piusa XII pisał:

„Nie mniej też mija się z prawdą niebezpieczny błąd tych, co z tajemniczej nas wszystkich łączności z Chrystusem Panem usiłują wyprowadzić jakiś niezdrowy kwietyzm, jak go nazywają. Tu błąd na tym polega, że całe życie chrześcijańskie i jego postęp w cnocie przypisuje się jedynie działaniu Ducha Św. z wykluczeniem i odrzuceniem wszystkiego, co z naszej strony należy się czynić jako towarzyszom i pomocnikom. Nie może wprawdzie nikt temu zaprzeczyć, że Św. Duch Jezusa Chrystusa jest tym jedynym źródłem, z którego wypływa wszelka niebieska moc na Kościół i Jego członki. Mówi bowiem Psalmista Pański (Ps. 83, 12): «Łaskę i chwałę da Pan». A jednak to, że ludzie w dziejach świętości niezachwianie trwają i to, że w łasce i cnotach postępują z ochotą, i to nareszcie, że nie tylko sami gorliwie dążą do szczytów doskonałości chrześcijańskiej, ale i innych do osiągnięcia tej wedle sił pobudzają, tego wszystkiego Duch Św. nie chce sam działać, jeśli ludzie z codzienną czynną gorliwością swoich obowiązków nie pełnią. Powiada św. Ambroży: «Albowiem nie śpiącym udzielają dobrodziejstw niebieskich ale czynnym w przykazaniach». Bo jeżeli w naszym śmiertelnym ciele członki nasze nabierają siły i życia i rozmachu przez ciągłe ćwiczenia, o wiele więcej zaiste dzieje się to w społecznym Ciele Jezusa Chrystusa, w którym poszczególne członki posiadają właściwą sobie wolność, świadomość, sumienie i sposób działania. Dlatego ten, co powiedział: «Żyję już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus» (Gal 2, 20), nie wahał się też dodać; «Łaska Jego (tj. Boża) nie była we mnie próżna, lecz usilniej od wszystkich pracowałem, ale nie ja tylko, lecz łaska Boża ze mną» (1 Kor 15, 19). Jasno więc stąd widać, że przez te zwodnicze nauki ta tajemnica, o której jest tu mowa, obraca się nie na duchową korzyść wiernych dzieci Kościoła, lecz na ich zgubę i nieszczęście”[50].

 

Niezaprzeczalna sprzeczność

Porównawszy idee głoszone przez charyzmatyków z doktryną Kościoła katolickiego oczywistym staje się, że niezależnie od osobistego stosunku zwolenników Odnowy do Kościoła i wiary świętej, nie jest ona bynajmniej ruchem katolickim, ale podstępem diabelskim. Szeregowy charyzmatyk może zaprzeczać, że wyznaje jakieś błędy dotyczące łaski, Ducha Świętego czy zewnętrznych misji Trójcy Przenajświętszej, taka jest jednak nieunikniona konsekwencja dobrowolnego wyrzeczenia się przez niego intelektu oraz woli.

Poglądy charyzmatyków przypominają błędy znane z wcześniejszych okresów Kościoła, można nawet powiedzieć, że powielają oni herezje wyznawane przez protestantów. Jako że przyjmują oni ideę ewolucji magisterium Kościoła, przytoczone przez nas powyżej argumenty nie zrobią na nich z pewnością większego wrażenia, stanowią bowiem element teologii „przedsoborowej”. Lekceważący stosunek do Tradycji – przypominający postawę protestantów – skłaniać ich będzie do obrony „charyzmatów” – które otrzymali w konsekwencji poddania się niekatolickiemu kwasi-sakramentalnemu obrzędowi sprawowanemu przez heretyków – w oparciu o samo tylko Pismo.

Fakt, iż hierarchowie Kościoła nie potępili Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej, zapisze się z pewnością w historii jako zaniedbanie o randze podobnej m do zaniechania potępienia komunizmu przez II Sobór Watykański. Słusznie można by stawiać sobie pytanie czy „Duch”, któremu wierni pozostają charyzmatycy, nie jest w istocie tym samym co „duch Vaticanum II”, tj. duchem tego świata.

 

Odpowiedź katolicka – apologetyka

Jako że wierzenia i praktyki charyzmatyków są bez wątpienia zakorzenione w herezji, można mieć uzasadnione wątpliwości co do ortodoksji ludzi przyznających się do związków z tym ruchem. Oczywiście jedynie Bóg może sądzić dusze, nie wolno nam jednak (…) nazywać prawowiernym kogoś, kogo działania i wypowiedzi na kilometr cuchną herezją. Byłoby to zarówno niesprawiedliwością jak kłamstwem, równie ohydnym jak kłamstwo głoszone przez wyznawców indyferentyzmu religijnego.

„Po owocach ich poznacie ich” powiedział Chrystus Pan Apostołom (Mt 7, 20). Przyglądając się zatrutym owocom ruchu charyzmatycznego każdy zauważyć może sprzeczność wyznawanych przez niego zasad z Magisterium Kościoła, jak również poważne niebezpieczeństwo, jakie stwarzają one dla prawdziwej wiary. Niezależnie od obojętności czy nawet poparcia hierarchii dla Katolickiej Odnowy Charyzmatycznej, mamy obowiązek głosić prawdę o tym ruchu oraz zagrożeniu, jaki stanowi on dla zbawienia dusz.

(…)

Owa apologetyczna ofensywa prowadzana musi być na trzech płaszczyznach:

– katolicy musza starać się zgłębiać prawdy wiary świętej, zwłaszcza w kwestiach atakowanych przez charyzmatyków, rozwijając u siebie silną, obiektywną pobożność liturgiczną opartą na wierze – a nie na doświadczaniu pociech duchowych.

– katolicy muszą grzecznie lecz zdecydowanie odrzucać wszelkie propozycje dyskusji nad tzw. charyzmatami, przedstawianymi obecnie jako prawdziwe. Rzeczowa dyskusja może być prowadzona jedynie w sytuacji, gdy wyznaje się wspólne zasady. Kłamstwa i matactwa w tej kwestii nie mogą doprowadzić do autentycznego postępu w prawdzie, czego jasno dowodzi współczesny „dialog” katolicko-protestancki.

– katolicy muszą znać i potrafić przedstawić w prostych słowach prawdziwe nauczanie Kościoła o sakramentach, łasce, woli, naturze i misji Kościoła oraz charyzmatach. Ci z charyzmatyków, którzy uważają się za prawowiernych i autentycznie poszukują prawdy, będą ich słuchać. Do tych zaś, którzy słuchać nie zechcą, odnoszą się poniższe słowa św. Augustyna:

„Lecz prawda budzi nienawiść— czemu? Czemuż z wrogością ludzi spotyka się Twój sługa głoszący prawdę, jeśli ludzie kochają szczęście, nie będące przecież niczym innym jak radowaniem się prawdą? Może oni w taki sposób kochają prawdę, że ilekroć coś innego pokochają, chcą, by było prawdą to, co kochają? I właśnie dlatego, że nie chcą być oszukiwani, nie lubią kiedy się im udowadnia, że zostali oszukani?”[51].

 

Podsumowanie

Katolicka Odnowa Charyzmatyczna jest chorym drzewem przynoszącym trujące owoce, drzewem zasadzonym przez diabła w sektach protestanckich i przeszczepionym do Kościoła po II Soborze Watykańskim. Wodą, która zapewniła mu wzrost, było szaleństwo współczesnych duchownych, glebę przygotował zaś brak katolickiej formacji wśród kapłanów oraz świeckich. Każdego roku coraz więcej ludzi spożywa jego śmiercionośne owoce, w szczególnym zaś niebezpieczeństwie znajduje się wrażliwa młodzież, poszukująca Boga i życia nadprzyrodzonego, których coraz trudniej znaleźć jej w Kościele posoborowym. Dorasta całe pokolenie ludzi, którzy postrzegają charyzmatyków jako normalnych (czy nawet doskonałych) katolików.

Owoce tego ruchu należą do najbardziej śmiercionośnych darów oferowanych człowiekowi od czasu, gdy ten sam wąż skusił Ewę owocem z Drzewa Znajomości Dobrego i Złego. Oby nowa Ewa, Najświętsza Maryja Panna, której dano skruszyć głowę węża, wstawiała się za Kościołem i uwolniła świat od zagrożenia, jaki stwarza dla niego obecnie Katolicka Odnowa Charyzmatyczna!

tłum. Scriptor

[1] Thomas Foster SI, The Catholic Experience of Renewal, 1993.

[2] Charles Whitehead, Charismatic Renewal – A Challenge, 1993

[3] Vincent M. Walsh, A Key to the Charismatic Renewal in the Catholic Church, 1974, s. 46.

[4] Za William Whalen, Minority Religions in America, 1971, s. 179.

[5] Ibidem, ss. 179-180.

[6] Charles Whitehead, Catholic Charismatic Renewal – At the Heart of the Church?, 1993, cz. 2.

[7] George Martin, An Introduction to the Catholic Charismatic Renewal, 1975, s. 8.

[8] Ibidem, ss. 9-10.

[9] Za Charles Whitehead, Catholic Charismatic Renewal – At the Heart of the Church?, 1993, cz. 3.

[10] Ibidem.

[11] Edmund Gardner, Joachim of Fiora, The Catholic Encyclopedia, 1909.

[12] Jan Paweł II, Tertio Millenio Adveniente, § 44.

[13] Ibidem, §§ 45-46.

[14] Michael Bihk, Fratricelli, The Catholic Encyclopedia, 1909.

[15] Za Richard Scheinin, Charismatic Catholics: Exuberant Worship Style Is Part Of A Startling «Renewal» For San Joseans, „San Jose Mercury News”, 15 czerwca 1996, s. 1E.

[16] Za Denzinger, The Sources of Catholic Dogma, 331-338.

[17] Patty Harrison, Jesus, Lord of My Life, „Living Water”, styczeń 1994.

[18] Scheinin, loc. cit.

[19] Andy O’Neill, The Power of Charismatic Healing: A Personal Account by Andy O’Neill, 1985.

[20] Rene Laurentin, The Apparitions at Medjugorie Prolonged: A Merciful Delay for a World in Danger?, 1987, s. 67.

[21] John Hampsch, C.F.M., Getting excited about the Bible, „SCRC Vision”, 1993.

[22] Dave Schwarz i Sandra Perior, The Healing Sacraments, 1994.

[23] Ibidem.

[24] Jan Paweł II, Ut Unum Sint, § 3.

[25] Kevin Ranghan, Ecumenism and the Catholic Charismatic Renewal Today, „ICCRS: Palazzo della Cancelleria”, lipiec-sierpień 1996.

[26] Bonifacy VIII, Unam Sanctam.

[27] Pius XII, Mystici corporis.

[28] Ibidem.

[29] Andy O’Neill, The Power of Charismatic Healing…

[30] Hampsch, loc. cit.

[31] Za Denzinger, op. cit., 786.

[32] Ibidem, 995 i 1788.

[33] Pius XII, Mediator Dei.

[34] Pius XII, Mystici corporis.

[35] Andy O’Neill, The Power of Charismatic Healing…

[36] Za Denzinger, op. cit., 1821.

[37] Ludwig Ott, Fundamentals of Catholic Dogma, 1974, s. 275.

[38] A. Boulenger, La Doctrine Catholique, 1906.

[39] Ibidem.

[40] Pius XII, Humani generis.

[41] Ludwig Ott, op. cit., ss. 257-259.

[42] Za Denzinger, op. cit., 802.

[43] Ludwig Ott, op. cit., s. 221.

[44] Św. Augustyn, Traktat XXXII, in Joan.

[45] Św. Jan od Krzyża, Droga na Górę Karmel, II, rozdz. 29.

[46] Św. Jan od Krzyża, op. cit., II, rozdz. 11.

[47] Ludwig Ott, op. cit., s. 74.

[48] Św. Tomasz z Akwinu, Summa Theologica, I, Q. 43, 7.

[49] A. Boulenger, loc. cit.

[50] Pius XII, Mystici corporis.

[51] Św. Augustyn, Wyznania, Księga 10.

Ojcostwo i władza

Ks. Arnaud Rostand FSSPX

Ojcostwo i władza

Dla żadnego katolika nie jest tajemnicą, że wszelka władza pochodzi od Boga. Będąc Stwórcą Wszechrzeczy, jest On również Panem wszystkich stworzeń i posiada nad nimi absolutną władzę. W swej nieskończonej Mądrości pragnie też też dzielić tę władzę ze swym stworzeniem, delegując ją nie na wszystkich, ale jedynie niektórych. Niektórzy wynoszeni są do rangi królów, prezydentów, kapłanów czy rodziców – otrzymując bezpośrednio od Boga warunkową lecz niemniej realną władzę nad innymi, realizując w ten sposób Boży Plan, przyjmując odpowiedzialność za kierowanie innymi, z którego będą musieli zdać rachunek.

Nie ulega wątpliwości, że ojciec rodziny ma udział we władzy Boga. „Jeśli matka jest sercem, ojciec jest głową rodziny”, pisał Pius XII. Posiada on władzę nad swą rodziną, swą żoną oraz dziećmi. Władza ta jednak, jako udział we władzy samego Boga, ma konkretne cele: po pierwsze naturalną szczęśliwość rodziny, tj. opiekę nad rodziną, utrzymywanie ładu, pokoju i cnoty niezbędnych dla osiągnięcia pewnej szczęśliwości w życiu doczesnym. Musi również prowadzić wszystkich ku nadprzyrodzonej szczęśliwości, innymi słowy starać się, by wszyscy członkowie jego rodziny mogli Boga poznać, pokochać oraz służyć Mu –  w ten sposób zbawić swoje dusze. Władza nie została mu powierzona dla jego własnej korzyści, ale dla dobra tych, którzy pozostają od niego zależni. Innymi słowy, otrzymał on władzę nad swą rodziną i musi ją wykonywać. Będzie musiał się z niej rozliczyć. „Ponieważ to Bóg dał rodzinie istnienie, godność, funkcję społeczną, musi ona rozliczyć się z nich przed Nim”, pisał Pius XII.

Posiadanie władzy i wykonywanie władzy

Istnieje jednak różnica między posiadaniem władzy i jej wykonywaniem, pomiędzy otrzymywanie misji oraz jej realizacją. By podać przykład: nauczyciele mają władzę nad uczniami na mocy samej swej funkcji. Jednakże niektórzy z nich wiedzą, jak zyskać sobie szacunek, innym przychodzi to trudniej. Wszyscy oni otrzymali od Boga tę samą władzę, nie wszyscy jednak wykonują ją tak, jak powinni. Podobnie jest z rodzicami, a więc i z ojcami.

Istnieje coś takiego jak naturalna dyspozycja do bycia szanowanym i słuchanym, nie każdy jednak otrzymuje ten dar. Niektórzy rzeczywiście nie mają trudności z narzucaniem swej woli: mają ku temu naturalne predyspozycje. Ludzie ci powinni jednak uważać, by nie nadużyć swej władzy. Będą oni posiadali naturalną tendencję do nadużywania jej, powinni więc łagodzić tę skłonność przez cierpliwość, uczucie i delikatność, zachęcając i wspierając wysiłki, których wymagają od innych. Inni jednak nie będą posiadali tak naturalnej łatwości, narzucenie swej woli innym  i wskazywanie kierunku i wymuszanie posłuszeństwa będzie im przychodziło trudniej. Muszą zyskać efektywną władzę przez stanowczość w poleceniach, jak również przez stałość. W tym przypadku łatwo zyskają oni miłość, muszą jednak podkreślać znaczenie posłuszeństwa. Jeden będzie musiał złagodzić swą stanowczość, inny walczyć z wrodzoną sobie łagodnością. Istnieją jednak cechy, środki czy nawet reguły konieczne do wykonywania i umacniania władzy, do których stosować się muszą wszyscy ojcowie, niezależnie od swych naturalnych predyspozycji. Przyjrzyjmy się pokrótce najważniejszym z nich.

Fundament – cnota

Osobisty postęp w cnocie ma dla ojca znaczenie zasadnicze. Rodzice muszą nieustannie dokładać starań, by utrwalać u siebie dobre nawyki, tak by być w stanie przekazać je swym dzieciom. Dawanie dobrego przykładu jest naturalnym skutkiem rozwijania i praktykowania cnót. Jak dzieci mogłyby być posłuszne swemu ojcu widząc, zwłaszcza w wieku dojrzewania, że nie jest on posłuszny Bożym przykazaniom, lub gdy są świadkami stałych wyrazów braku szacunku wobec innych władz, świeckich lub duchownych? Głównym sposobem na nauczenie dzieci różnicy między dobrem a złem jest przykład dawany przez rodziców. Dotyczy to głównie życia modlitewnego, ojciec powinien uczyć dzieci jego znaczenia poprzez codzienną praktykę, wspólne modlitwy z nimi oraz z żoną, a także przez modlitwę prywatną. Błogosławione dzieci, które widzą swych rodziców odmawiających codziennie wspólny Różaniec!

Najważniejsze jednak w dążeniu do zyskania prawdziwej i skutecznej władzy nad innymi jest nauka samokontroli. Brak samodyscypliny zawsze umniejsza autorytet. By przewodzić innym niezbędnej jest kontrolowanie swych własnych emocji, nastrojów i uczuć. Bardzo często spotkać się można z praktyką upominania dzieci z przyczyn czysto doraźnych. Strofowanie nie wynika wówczas z faktu, że robią one coś złego, ale jedynie z tego, że irytują swych rodziców lub przeszkadzają im. Namiętności i uczucia sprawiają, że zwykliśmy działać niekiedy zbyt permisywnie, a innym razem zbyt rygorystycznie, nawet w stosunku do tych samych zachowań. W efekcie dopuszczamy się na wiele sposobów niesprawiedliwości, szczególne znaczenie posiada to jednak dla naszego obowiązku kształtowania właściwej postawy moralnej dzieci.

Kwestia ta wymaga pewnego wyjaśnienia. Zaprawdę, jednym z najważniejszych i najbardziej delikatnych ale i najważniejszych ról ojca jest korygowanie i karanie swych dzieci w razie konieczności. Jest to kwestia delikatna, ponieważ nikt nie lubi upominać innych, zwłaszcza tych których kocha. Jest to zawsze bolesne. Z drugiej strony nikt nie chce być upominany. Dlatego właśnie główną cechą, a nawet jedynym celem, musi być dobro dziecka. Co jest dla niego dobre? Co pomoże mu stać się dobrym mężczyzną, kobietą, lepszym chrześcijaninem? Bez tej dyspozycji, wszelkie upominanie czy nawet karanie jest nie tylko bezużyteczne ale i odnosi przeciwny do zamierzonego skutek. Aby osiągnąć cel, poprawę lub postęp dziecka, niezbędne jest zawsze zachowanie umiaru i stanowczości.

tłum. Scriptor

Msza twarzą do ludu

Michael Davies

Msza twarzą do ludu

Yn lle allor, trestyl trist,

Yn lle Krist mae bara

Św. Ryszard Gwyn[1]

W roku 1974 pewien ksiądz z południowo-wschodniego Londynu dołączył do wydawanego przez siebie co tydzień biuletynu parafialnego bardzo przygnębiajacą informację. Jak wyjaśnił, protestancki kamieniarz, który wykonywał drobne prace w kościele, opowiedział mu o smutnym zleceniu, jakie otrzymał zaledwie tydzień wcześniej. Polecono mu mianowicie zburzyć niezwykle piękny kamienny ołtarz w znajdującym się w północnym Londynie klasztorze i zastąpić go czymś, co opisał jako dwie wielkie bryły kamienia. Jako prawdziwy rzemieślnik uznał to zadanie za odrażające, przede wszystkim dlatego, że strata była nieodwracalna, obawiał się bowiem, że w całej Wielkiej Brytanii nie ma obecnie kamieniarza, który byłby w stanie obecnie stworzyć coś równie wspaniałego. Ów poczciwy protestant bez wątpienia czułby się jeszcze bardziej zdezorientowany gdyby wyjaśniono mu, że bierze udział w wielkiej odnowie katolickiego kultu wedle wytycznych II Soboru Watykańskiego. Piszący na łamach „Clegry Review” z sierpnia 1972 r. przełożony londyńskiego Oratorium ks. Napier zauważył,  że incydenty takie  miały miejsce w niemal każdym katolickim kościele w Wielkiej Brytanii. Celem tych zabiegów było umożliwienie celebracji Mszy versus populum, twarzą do ludu:

„Praktyka, która zaledwie dziesięć lat wcześniej była czymś niezwykle rzadkim, stała się obecnie tak powszechnie akceptowalna, że nie ma chyba w całym kraju kościoła, w którym architektom nie zlecono by przeprojektowanie ołtarza i prezbiterium zgodnie z  «wytycznymi Watykanu» .(…) Całe duchowieństwo wydaje się być przekonane, że taka forma celebracji jest kategorycznie niezbędna do sprawowania zreformowanej liturgii”.

W roku 1978 kilka zaledwie londyńskich kościołów wciąż jeszcze opierało się temu trendowi. Godny uwagi wyjątek stanowi właśnie oratorium ks. Napiera.

„The Wanderer” z kwietnia 1974 r. zamieścił na swych łamach list od p. Alana Funka, protestującego przeciwko zapowiedzianemu usunięciu głównego ołtarza z kościoła pw. św. Jana Chrzciciela w Earl Park w stanie Indiana. Autor listu pisał:

„Zbudowany w stylu romańskim na planie bazyliki kościół pw. św. Jana wzniesiony został w roku 1902 i od tego czasu stanowił on punkt orientacyjny dla 500 mieszkańców położonego na pustkowiu miasta Earl Park. Wspaniały ołtarz główny był darem bogatej protestantki, która ufundowała go w geście dobrej woli, kościół bowiem zbudowany został na przełomie wieków, w czasie silnych antagonizmów między katolikami a protestantami. Usunięcie tego ołtarza oznacza nie tylko pozbawienie mieszkańców przedmiotu słusznej dumy i zniszczenie  obiektu o znaczeniu historycznym, stanowi również wyraz obecnej tendencji do rezygnacji z piękna i wartości estetycznych na rzecz surowej funkcjonalności”.

Ten sam numer „The Wanderer” zawiera doniesienia o sprzeciwie ze strony mieszkańców, przytaczając słowa pewnego parafianina który twierdził, że 90% wiernych pragnie pozostawienia starego ołtarza. Jednakże proboszcz – ks. Donald Gross – stwierdził, że przepisy Kościoła wymagają jego usunięcia: „Kościół ma zasady, których muszę przestrzegać. A wedle [tych] zasad musimy zmienić ołtarz”.

Twierdzenie, że tradycyjne ołtarze muszą zostać zniszczone i zastąpione przez stoły, by uczynić zadość przepisom prawa kościelnego jest standardową odpowiedzią na protesty ze strony wiernych.

Podobnie odpowiada się wszystkim, którzy krytykują niszczycielski zapał naszych współczesnych duchownych barbarzyńców. Ludzie, którzy protestują w imię tradycji dowiadują się nierzadko, że nie są bynajmniej tradycjonalistami, lecz neo-protestantami, przeciwstawiającymi swój prywatny osąd  temu, co Kościół w swej mądrości zadekretował. Zwolennicy tych aktów wandalizmu nie wahają się też informować protestujących, skąd wyszło polecenie niszczenia ołtarzy. Terence Wynne, który przez szereg lat pracował jako redaktor „The Universe” (najczęściej czytany brytyjski tygodnik katolicki) nie wahał się stwierdzić publicznie, dlaczego „ołtarz powinien być podczas Mszy zwrócony w stronę ludzi”. Jak wyjaśnił: „Krótka odpowiedź brzmi: [jest tak dlatego] ponieważ biskupi z całego świata zgromadzeni na II Soborze Watykańskim uznali za konieczne wprowadzenie w liturgii zmian, dzięki którym wierni mogą brać bardziej czynny udział w celebracji”[2].

Wynne wysunął również argument, którego zwolennicy celebracji versus populum używają często jako karty atutowej: „Podczas Ostatniej Wieczerzy Chrystus – którego reprezentuje kapłan – nie siedział zwrócony plecami do Apostołów”.

Wszelkie porównania do reformacji protestanckiej odrzucane są przy użyciu argumentu, że nie jest to bynajmniej powrót do XVI-wiecznego protestantyzmu, ale praktyki starożytnego Kościoła. Ks. Cuthbert Smith przywołuje tradycjonalistów do porządku wyjaśniając, że Msza twarzą do ludu była zawsze celebrowana w takich rzymskich świątyniach jak Bazylika św. Piotra i „wielu starożytnych kościołach w całej Italii i innych częściach starożytnego świata. Na podstawie tych faktów jest więc oczywiste (…), że sprawowanie Mszy twarzą do ludu nie ma nic wspólnego z reformacją protestancką, ale jest starożytnym zwyczajem Kościoła katolickiego”[3].

Prawda jest jednak taka, że koncepcja celebracji celowo zwróconej w kierunku wiernych była wynalazkiem Marcina Lutra. Nie było to nigdy starożytnym zwyczajem Kościoła katolickiego – orientacja ołtarza w bazylice, która wprowadziła w błąd ks. Smitha, stanowi w istocie wyjątek od powszechnej niemal reguły.

Ludzie odpowiedzialni za zastąpienie wspaniałych ołtarzy nędznymi stołami skwapliwie wyliczają korzyści płynące z wprowadzenia tej innowacji, z których główną ma być fakt, że wierni mogą lepiej widzieć i słyszeć co się dzieje podczas Mszy. Stąd Krajowa Komisja Liturgiczna Anglii i Walii stwierdza:

„Sprawowanie liturgii twarzą do ludu pozwala im [wiernym] lepiej widzieć święte czynności, usprawnia ich dialog z celebransem i jasno podkreśla jedność kapłana oraz ludu podczas celebracji”.

Główne argumenty na rzecz Mszy sprawowanej twarzą do ludu są następujące:

  • Sprawowanie Mszy twarzą do ludu odzwierciadla układ uczestników Ostatniej Wieczerzy
  • Jest to starożytny zwyczaj Kościoła katolickiego
  • Wymaga tego prawo Kościoła
  • Jest to prawo wprowadzone przez II Sobór Watykański
  • Orientacja ta niesie za sobą liczne korzyści duszpasterskie w kwestii
  • Widzialności
  • Słyszalności

Przeanalizujemy szczegółowo każdy z tych argumentów wykazując, że podobnie jak w przypadku całej niemal propagandy na rzecz rewolucji liturgicznej, są to jedynie bezzasadne twierdzenia, nie mające żadnego oparcia w faktach.

  • Sprawowanie Mszy twarzą do ludu odzwierciadla układ uczestników Ostatniej Wieczerzy

Ulubiony argument na rzecz odprawiania Mszy w językach narodowych głosi, że również podczas Ostatniej Wieczerzy używany był język narodowy. W rzeczywistości większość liturgii paschalnej sprawowana była w języku hebrajskim, który był dla ludności posługującej się na co dzień aramejskim równie obcy, jak obecnie łacina dla ludzi mówiących po francusku. Żydzi na całym świecie wciąż używają hebrajskiego jako języka sakralnego w liturgii. Terence Wynne, podobnie jak inni apologeci rewolucji liturgicznej, był prawdopodobnie przekonany o swej słuszności twierdząc, że Chrystus nie siedział podczas Ostatniej Wieczerzy zwrócony plecami do Apostołów. Jego twierdzenie jest zasadniczo słuszne, niemniej jednak Ostatnia Wieczerza nie może być przywoływana jako argument wspierający celebrację versus populum. W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie. Podczas Ostatniej Wieczerzy Zbawiciel z cała pewnością nie siedział za stołem naprzeciw Apostołów. Ks. Napier wyjaśnia w „The Clergy Review” że:

„Podczas każdej uczty – w tym również Ostatniej Wieczerzy – wszyscy goście usadowieni byli po tej samej stronie stołu, zazwyczaj wygiętego, pozostawiając drugą stronę jako dojście dla służby. Idea zasiadania przy stole naprzeciwko siebie nie mogła zrodzić się w chrześcijańskiej starożytności. Wspólnotowy charakter posiłku akcentowany w sposób dokładnie odwrotny, przez fakt, że wszyscy uczestnicy znajdowali się po tej samej stronie stołu”[4].

Uczestnicy Ostatniej Wieczerzy, czy jakiegokolwiek znacznego święta żydowskiego, nie przywiązywaliby znaczenia do tego, kto siedzi naprzeciwko kogo,  troszczyliby się jedynie o to, by wszyscy zwróceni byli w stronę świątyni jerozolimskiej. Taka była wówczas powszechna praktyka orientacji. Prof. Cyrille Vogel zauważa, że:

„Orientacja jest stałym i powszechnie spotykanym zjawiskiem religijnym. Co do precyzyjnych zaleceń, jakich należy w tym względzie przestrzegać, religie podzielić można na dwie grupy:

  1. Pierwsza obejmuje kulty, które przyjmują orientację natury «geograficznej» lub lokalnej, zmienia się w tej sytuacji stosownie do regionów zamieszkałych przez ich wyznawców: stąd islam nakazuje zwracanie się w kierunku Kaaby w Mekce, a judaizm wymaga od swych wyznawców – by jeśli znajdują się poza świątynią – zwracali się w kierunku Jerozolimy.
  2. Drugą grupę stanowią kulty, które praktykują orientację natury astronomicznej (versus solem orientem) lub kosmicznej, obejmuje ona religie najbardziej klasyczne oraz chrześcijaństwo”[5].

Dlatego podczas Ostatniej Wieczerzy Chrystus i Jego Apostołowie byli wszyscy zwróceni w tym samym kierunku, w kierunku o szczególnym znaczeniu sakralnym – podobnie jak to miało miejsce podczas przedsoborowej Mszy (i jak nadal ma miejsce w Kościołach Wschodnich: prawosławnym i unickim). Sprawowanie Mszy twarzą do ludu stanowi więc zerwanie z praktyką Ostatniej Wieczerzy.

  • Jest to starożytny zwyczaj Kościoła katolickiego

Msgr Klaus Gamber, dyrektor Instytutu Liturgicznego w Ratyzbonie, odpowiada na to twierdzenie w następujący sposób: „Ani we Wschodnim ani w Zachodnim Kościele nie było nigdy celebracji versus populum. Zamiast tego wierni zwracali się ku wschodowi”[6].

Jest to fakt historyczny, odnośnie którego między badaczami istnieje pełna jednomyślność. W swej książce Architecture et Liturgie (Paryż 1967) ks. Louis Bouyer dowodzi niezbicie, że nie ma żadnego pochodzącego ze starożytności dowodu, iż liturgia eucharystyczna była kiedykolwiek sprawowana twarzą do ludu. Innymi ważnymi opracowaniami na ten temat są: artykuł prof. Cyrilla Vogela w „L’Orient Syrien” z roku 1964, godny uwagi ze względu na bogatą dokumentację, oraz książka J. Brauna Der Christlische Altar (Monachium, 1932). Pochodzące z III wieku Konstytucje Apostolskie określają, że kościoły powinny być budowane tak, by ich „głowa” zwrócona była ku wschodowi[7]. Prof. Vogel zauważa, że „Od około roku 200, a prawdopodobnie od początku II wieku, zarówno na wschodzie jak na zachodzie, chrześcijanie modlili się zwróceni w kierunku wschodu słońca”[8]. Wskazuje też, że nie jest rzeczą właściwą mówić, że celebrans zwrócony jest plecami do ludu, powinno się raczej mówić, że jest on „razem z ludem zwrócony ku wschodowi”[9]. Prof. Vogel wyjaśnia, że praktyka ta nie narodziła się jako bezpośrednie „zapożyczenie” (un emprunt direct et voulau) od jakichś kultów pogańskich obejmujących kult Sol invictus (niezwyciężone słońce) czy ze święta Natalis solis invicti (narodziny niezwyciężonego słońca) – przypadającego w zimowe przesilenie, około 25 grudnia. Kierunek wschodni przyjęty został w zgodzie z powszechną tendencją całego środowiska kulturowego, w którym znajdowało się wczesne chrześcijaństwo. Była to również reakcja na żydowską praktykę zwracania się na modlitwie w kierunku Jerozolimy. Wschód symbolizował Niebieskie Jeruzalem – w przeciwieństwie do [ziemskiej] Jerozolimy Żydów[10]. Skoro praktyka ta została przyjęta, szybko wzmocniona została przez wyrazistą i inspirującą symbolikę chrześcijańską, choć przez kilka wieków wydawane były ostrzeżenia przeciwko wszelkim utożsamianiu orientacji kultu chrześcijańskiego i kultów pogańskich. Św. Leon Wielki ostrzegał, że należy wystrzegać się nawet pozorów podobieństwa. Chrześcijanie czcili nie Króla-Słońce, ale Króla słońca, ponieważ samo słońce stworzone było przez Chrystusa (non est Dominus Sol factus, sed per quem Sol factus est).

Starożytne chrześcijaństwo znalazło w orientacji ku wschodowi bogatą i wręcz niewyczerpaną symbolikę. Zbawiciel zwrócony był ku zachodowi dokonując Odkupienia rodzaju ludzkiego na Krzyżu i patrząc na wschód patrzymy w rzeczywistości na Niego, ponieważ podczas Mszy uobecnia się Ofiara Krzyża. Sol invictus pogaństwa stało się symbolem niezwyciężonego Chrystusa, zwycięzcy śmierci i szatana – Księcia tego świata. Chrystus, Sol Salutis (Słońce Zbawienia) był również Sol Justitiae (Słońcem Sprawiedliwości) z Księgi Malachiasza 4,2. Św. Tomasz z Akwinu nauczał, że kierunek wschodni symbolizuje zarówno utracony raj, jak i raj odzyskany. „Raj usytuowany został na wschodzie wedle wersji Genesis z Septuaginty, wyrażamy więc nasze pragnienie powrotu do raju”[11].

Podczas Mszy kapłan stoi pomiędzy ludem a ołtarzem, jako pośrednik pomiędzy Bogiem a człowiekiem, jako ostateczny reprezentant rodzaju ludzkiego stojący w tym samym punkcie, w którym niebo i ziemia łączą się, gdy ofiara Syna zstępuje na ołtarz. Kapłan jest również podobny do pasterza z krajów wschodu – nie poganiającego stada z tyłu, ale idącego przed nim. Owce znają go, a on zna je. Są one ludem Bożym, pielgrzymującym przez pustynię tego życia ku Ziemi Obiecanej, symbolizowanej przez wschód, kapłan i lud wspólnie starają się odzyskać raj utracony, odzyskany dla nich ponownie przez Chrystusa, Sol Salutis. Istnieje tradycja, wedle której gdy Sol Salutis powróci, jak błyszczące światło na wschodzie, będzie to miało miejsce podczas celebracji Mszy. Z oczyma utkwionymi na wschód, kapłan i lud gotowi są podążać za Nim. Paruzja, Drugie Przyjście Chrystusa, oczekiwane było przed starożytnych chrześcijan z wielką żarliwością. Znali oni proroctwo Izajasza:

Quis suscitavit ab oriente Justum” – „Kto wzbudził ze Wschodu tego, którego 
sprawiedliwość przyzywa na każdym kroku
Kto mu poddaje narody  i upokarza królów?
Miecz jego ściera ich na proch,  jego łuk roznosi ich jak słomę
”. (Iz 41,2).

Również prorok Ezechiel pisał:

I oto chwała Boga Izraela przyszła od wschodu, a głos Jego był jak szum wielu wód, a ziemia jaśniała od Jego chwały” (Ez 43,2).

Psalm 67 wychwala Boga, który „wznosi się ponad wszystkie niebiosa, ku wschodowi” „super caelum caeli, ad orientem”. Zachariasz prorokował: „Oto mąż, a imię jego Wschód” – „Ecce Vir Oriens nomen ejus” (Zach 6,12). Proroctwo to wypełniło się w Ewangelii św. Łukasza „Nawiedził nas Wschód z wysokości” (Łk 1,78). Narodziny Mesjasza zapowiedziane były przez „stellam ejus in Oriente” – „Ujrzeliśmy bowiem gwiazdę Jego na wschodzie i przybyliśmy oddać Mu pokłon” (Mt 2,2). Również św. Tomasz z Akwinu pisze, że to ze wschodu powrócić ma Chrystus, nawiązując do słów: „Sicut enim fulgur exit ab oriente et paret usque in occidentem, ita erit et adventus Filii hominis” (Mt 24,27).

 

Świadectwa archeologiczne

Prof. Vogel udowodnił ponad wszelką wątpliwość, że od czasu, gdy chrześcijanom pozwolono na budowanie kościołów, wznosili je oni wedle osi wschód-zachód. Dzieli te starożytne kościoły na dwie kategorie – typ A: z wejściem od strony wschodniej i absydą po zachodniej, oraz typ B: z absydą na wschodzie i wejściem na zachodzie[12]. Zwraca też uwagę, że na początku IV wieku większość budowli sakralnych na zachodzie miało absydę po stronie zachodniej i wejście po wschodniej, podczas gdy na wschodzie było odwrotnie[13]. Pod koniec IV wieku niemal wszystkie kościoły na Wschodzie miały absydę po stronie wschodniej, a od początku wieku V stanowiło to już nienaruszalną regułę[14]. Podobny proces, choć w mniej gwałtowny sposób, miał miejsce na również zachodzie – gdzie w II połowie V wieku większość kościołów miała już absydę po stronie wschodniej[15]. Bazyliki rzymskie, takie jak Bazylika św. Piotra, nadal mają absydę po stronie zachodniej, jako pamiątkę po pierwszym stuleciu budownictwa kościelnego, kiedy było to jeszcze powszechną praktyką.

Niedouczeni propagatorzy sprawowania Mszy twarzą do ludu popełniają więc błąd, wyciągając z orientacji ołtarzy w takich bazylikach wniosek, iż w czasach starożytnych Msza sprawowana była versus populum. Koncepcja taka była całkowicie obca starożytnemu Kościołowi. Pierwszym poświadczonym historycznie przypadkiem propagowania celebracji versus populum był casus Marcina Lutra[16]. Prof. Vogel pisze:

„Nigdy nie podnoszono kwestii umieszczania celebranta versus populum w celu czynniejszego uczestnictwa wiernych w celebracji. Idea, że zgromadzenie musi widzieć akcję liturgiczną, aby brać w niej czynniejszy udział, jest koncepcją całkowicie współczesną (wyrażane w średniowieczu pragnienie, by wierni mogli widzieć Hostię, wynikało z całkowicie innych pobudek). W starożytnym Kościele (podobnie jak dziś w Kościołach Wschodnich) uczestnictwo w liturgii oznacza, że każda kategoria osób (kapłani, chór i lud)powinna wypowiadać słowa i wykonywać czynności, które do niej należą, a nie śledzić wzrokiem każdą akcję liturgiczną. Celebrans nie zwraca się ku ludowi, ani nie odwraca się do niego tyłem, ale zwrócony jest  ku wschodowi”[17].

Tam, gdzie absyda znajdowała się po stronie zachodniej kościoła, wierni nie stali bezpośrednio naprzeciwko ołtarza, ale w nawach bocznych, mężczyźni po jednej stronie, a kobiety po drugiej. Ołtarz nie musiał znajdować się w absydzie, mógł być umiejscowiony również pomiędzy absydą a nawą główną. Stanowił on punkt centralny półokręgu i podczas Eucharystii celebrans i wierni zwróceni byli wspólnie ku wschodowi, czyli ku wejściu, które pozostawało otwarte. Kiedy celebrans zwracał się do zgromadzenia, np. podczas kazania, wierni zwróceni byli twarzą ku niemu. Wiele starożytnych liturgii zawiera wskazówki, zwykle wygłaszane przez diakona, by zgromadzeni zwracali się ku wschodowi lub, jak to często ujmowano, ku Bogu. Prof. Vogel pisze:

„Wyrażenie Conversi ad Dominum oremus znaleźć można pod koniec 47 autentycznych listów św. Augustyna, biskupa Hippony. Imiesłów conversi oznaczał w języku św. Augustyna «zwróceni ku wschodowi»”[18].

Tam, gdzie absyda znajdowała się po wschodniej stronie kościoła, cała celebracja prowadzona była w kierunku wschodnim – i celebrans obracał się ku ludowi jedynie wówczas, gdy zwracał się do nich bezpośrednio, np. podczas kazania i pozdrowień takich jak Dominus vobiscum. W swej książce Der Christlische Altar (Monachium 1932) niemiecki archeolog J. Braun przytacza będące owocem jego własnych badań dowody, że teoria o mającej rzekomo miejsce co najmniej do średniowiecza celebracji versus populum jest czystą fantazją. Na północ od Alp znajduje się około 150 ołtarzy pochodzących z I tysiąclecia i umiejscowionych nadal w swych pierwotnych miejscach – a nie więcej niż dwa z nich mogłyby być używane do celebracji versus populum. Należy również pamiętać, że Kościoły Wschodnie wprowadziły zwyczaj przesłaniania swych ołtarzy ikonostasem, a Kościoły te cechowała zawsze wierność tradycji. Ks. Joseph Jungman pisze:

„Ryty wschodnie nigdy nie zaaprobowały praktyki celebracji liturgii w taki sposób (versus populum). Jest to godne podkreślenia, ponieważ ryty te zachowały w sposób najwierniejszy pierwotne, tradycyjne praktyki Kościoła, a równocześnie po dziś dzień praktykują one bardzo aktywne i bezpośrednie uczestnictwo wiernych”[19].

Istnienie ikonostasu stanowi wyraz wiary, że zgromadzenie nie tylko nie musi widzieć każdej części akcji liturgicznej, ale że są wręcz pewne części tej akcji, które powinny pozostać zakryte przed oczyma wiernych. Rzadko zwraca się uwagę na fakt, że niemal wszystkie zasady, które według dzisiejszych ekspertów liturgicznych rytu rzymskiego konieczne są dla satysfakcjonującego uczestnictwa w Eucharystii, stanowią bezpośrednie a nawet obraźliwe potępienie praktyki Kościołów Wschodnich. W Kościołach tych żywa jest wciąż mentalność starożytnego Kościoła – celebracja eucharystyczna jest aktem kultu. Upomnienie św. Augustyna conversi ad Dominum jest ponadczasowe. Kapłan i wierni gromadzą się, by wspólnie zwrócić się ku Panu, by złożyć Mu uroczystą Ofiarę, by zapomnieć o rzeczach ziemskich i skupić wzrok na niebiańskim Jeruzalem. Obecnie na zachodzie dąży się do tego, by Msza nawiązywała do codziennego życia. Msza jednak odnosi się nie do codziennego życia, ale do życia wiecznego – i tradycyjna celebracja w kierunku wschodnim dobrze tę prawdę oddaje. Ks. Jungmann tak opisuje praktykę starożytnego Kościoła:

„Teraz kapłan stoi przy ołtarzu, zazwyczaj zbudowanym z kamienia, jako przywódca swego ludu; lud patrzy równocześnie na niego i na ołtarz  -i razem z kapłanem zwrócony jest ku wschodowi. Całe zgromadzenie przypomina wielką procesję przewodzoną przez kapłana i poruszającą się na wschód ku słońcu, ku Chrystusowi Panu”[20].

  • Prawo Kościoła wymaga celebracji Mszy twarzą do ludu.

Nie istnieje żadna zasada, rubryka, zarządzenie ani prawo dotyczące rytu rzymskiego, wedle któryego Msza powinna być sprawowana twarzą do ludu. Same rubryki Novus Ordo Missae zakładają tradycyjną praktykę i pouczają kapłana, by odwracał się w różnych momentach ku wiernym, a następnie zwracał ku ołtarzowi (patrz punkty 107, 115, 116, 122, 198 i 199 Wprowadzenia Ogólnego do Mszału Rzymskiego, Institutio Generalis).

Pomimo jednak, że nie ma prawa nakazującego, by Msza sprawowana był twarzą do ludu, art. 262 Institutio Generalis może być interpretowany jako upoważnienie do burzenia ołtarzy. Często krytykuje się Kościół przedpoborowy za to, ze był on „legalistyczny”. Z cała pewnością posiadał on prawa i zarządzenia – i wymagał ich powszechnego oraz bezstronnego respektowania. W Kościele posoborowym mamy do czynienia z inną postacią legalizmu. Zasady i rozporządzenia przytaczane są często wówczas, gdy można je wykorzystać do podkopania tradycyjnej wiary, często jednak są one bezkarnie ignorowane przez liberałów. Dlatego też sankcje wyciągano w stosunku do kapłanów odprawiających Mszę Trydencką, nie czyniono tego jednak wobec kapłanów udzielających Komunii na rękę w czasach przed autoryzowaniem tej praktyki przez Watykan. Co do burzenia ołtarzy, legalizm Kościoła soborowego wyglądał w sposób następujący. Jego rzecznicy przyznawali, że nie ma prawa nakazującego odprawiania Mszy twarzą do ludu, stwierdzali jednak, że art. 262 Institutio Generalis wymaga, aby główny ołtarz był wolnostojący, by umożliwić taką celebrację – nawet jeśli nigdy nie byłby wykorzystywany do tego celu. Kulisy powstania art. 262 omówimy w następnym rozdziale niniejszej książki.

  • Jest to prawo wprowadzone przez II Sobór Watykański

Rozważając związek do między celebracją Mszy twarzą do ludu, a rozporządzeniami II Soboru Watykańskiego, trzeba mieć na uwadze następujące dokumenty:

  1. Soborową Konstytucję o liturgii (Sacrosanctum Concilium) z 4 grudnia 1963 r.
  2. Instrukcję o właściwym wdrażaniu postanowień Konstytucji o liturgii (Inter Oecumenici), promulgowaną przez Kongregację Obrzędów 26 września 1964 r.
  3. Wprowadzenie Ogólne do Mszału Rzymskiego (Institutio Generalis) opublikowane pierwotnie przez Kongregację Obrzędów 6 kwietnia 1969 i dołączone do wydania Mszału Rzymskiego z 26 marca 1970 (wydanie czwarte opublikowane zostało w roku 1975).

W dokumentach Vaticanum II nie znajdujemy najmniejszej nawet wzmianki o sprawowaniu Mszy twarzą do ludu. O możliwości takie wspomina dopiero instrukcja Inter OecumeniciKorzystniej jest (praestat ut), by ołtarz główny budowany był w taki sposób, by oddzielony był od ściany, aby można było obejść go bez trudności i by mógł (peragi posit) używany być do celebracji twarzą do ludu” (§ 91).

Wzmianka o budowaniu ołtarza podkreślić miała, że artykuł ten stosuje się jedynie do ołtarzy w nowych kościołach. Jednak paragraf poprzedni (§90) odnosi się do „budowania nowych kościołów oraz remontowania i adaptowania już istniejących”. Paragraf ten opiera się na § 124 Konstytucji o liturgii. Ci jednak, którzy zadadzą sobie trud sprawdzenia tekstu Konstytucji odkryją, że ten konkretny paragraf nie odnosi się do „remontowania czy adoptowania” starych kościołów, ale jedynie budowania nowych. Czytając różne dokumenty dotyczące wdrażania postanowień Konstytucji o liturgii zawsze warto jest sprawdzać ustępy, do jakich się one odnoszą i czy rzeczywiście mówią one to, co dokumenty te twierdzą.

Gdy w kwietniu 1969 r. opublikowane zostało Wprowadzenie Ogólne do Mszału Rzymskiego, omawiany przez nas proces wszedł w kolejną fazę. Paragraf 262 Wprowadzenia jest identyczny z § 91 instrukcji Inter Oecumenici – z jednym ważnym wyjątkiem: słowa „praestat ut” (korzystniej jest) zostały usunięte, wskutek czego odnośny tekst ma obecnie brzmienie: „Główny ołtarz powinien zostać zbudowany w taki sposób, by oddzielony był od ściany, by można było obejść go bez trudu oraz by mógł on być używany do celebracji twarzą do ludu”. Następnie znajdujemy tam odsyłacz do instrukcji § 91 instrukcji Inter Oecumenici, który – jak pokazaliśmy – nie mówi wcale, że ołtarz powinien być zbudowany jako oddzielony od ściany, ale że tak jest korzystniej.

Interesujące jest też, że zarówno Inter Oecumenici jak Institutio Generalis stworzone zostały przez Consilium abpa (wówczas księdza) Bugniniego, pomimo że zostały one później zatwierdzone przez papieża i promulgowane przez Kongregację Obrzędów. Sposób, w jaki Cosilium „rozwija” nauczanie soboru o wolno stojącym ołtarzu i sprawowaniu Mszy twarzą do ludu jest znakomitą ilustracją jego metod działania. Proces ten wyglądał następująco:

  • Vaticanum II nie wspomina o wolnostojącym ołtarzu ani sprawowaniu Mszy twarzą do ludu.
  • 124 Konstytucji o liturgii zawiera zalecenie: „Przy wznoszeniu zaś świątyń należy troskliwie dbać o to, aby ułatwić wykonywanie czynności liturgicznych oraz osiągnięcie czynnego uczestnictwa wiernych”. Nie ma żadnej wzmianki o ołtarzach.
  • W roku 1964 Consilium rozszerza to zdanie, by obejmowało adaptację istniejących kościołów, wprowadza temat ołtarzy i stwierdza, że „korzystniej jest”, by były one wolnostojące.
  • W roku 1969 Consilium stwierdza w Institutio Generalis, że ołtarz główny powinien być wolnostojący, powołując się przy tym na swój własny dokument (Inter Oecumenici), który o niczym takim nie mówi.

 

  • Odprawianie Mszy twarzą do ludu niesie za sobą ważne korzyści duszpasterskie

 

  • Widzialność

Cytowaliśmy już słowa prof. Vogela, że idea, wedle której zgromadzeni wierni muszą wiedzieć wszystko, co dokonuje się podczas liturgii, jest koncepcją całkowicie współczesną. Jest ona obca całemu katolickiemu etosowi liturgicznemu zarówno na wschodzie jak na zachodzie – i nie niesie za sobą żadnych korzyści duszpasterskich, nawet dla dzieci. Jest dokładnie przeciwnie, nie pobudzając wcale uwagi wiernych, w rzeczywistości skutkuje większym jeszcze rozproszeniem ich uwagi. Gdy kapłan zwrócony jest stale twarzą do ludu, wierni nie dostrzegają żadnych istotnych zmian, które mogłyby pobudzać ich uwagę. Widzą go jedynie stojącego i wypowiadającego słowa, trzeba też pamiętać, że w nowej Mszy liczba gestów sakralnych – takich jak przyklęknięcia czy znaki krzyża – została drastycznie ograniczona. Jak zauważył msgr Knox, tradycyjna Msza była rodzajem sakralnego tańca, w którym pojawiały się wciąż nowe, przykuwające uwagę, elementy[21]. Co pewien czas kapłan odwracał się, by pozdrowić wiernych, by ukazać im Hostię podczas Ecce Agnus Dei, podnosił wysoko Hostię i Kielich oraz czynił podwójne przyklęknięcie. Do tego wszystkiego dochodził jeszcze kontrastem między ciszą Kanonu a dźwiękiem dzwonków. Kościoły Wschodnie wykazują się wielką intuicją duszpasterską ukrywając najświętsze momenty liturgii za ikonostasem. Gdy kapłan pojawia się ponownie, niosąc w rękach Syna Bożego, osiąga sie znaczny efekt dramatyczny. Dodać do tego trzeba oczywiście wymowę stosowanej na wschodzie orientacji – kapłan i lud zwracają ku Niebiańskiemu Jeruzalem, by złożyć świętą ofiarę.

Nic więc dziwnego, że wielu duchownych, zwłaszcza młodszych, uderza niezaprzeczalna nuda i apatia odmalowująca się na twarzach wiernych – starają się więc rozbudzić ich zainteresowanie dostarczając zgromadzonym dramatycznego widowiska. Jeśli się im to udaje, wzrost zainteresowania wywołuje nie sama akcja liturgiczna, ale błazenada celebransa, często najbardziej gorszącej natury. Ponieważ temat ten poruszamy w rozdziale VIII zatytułowanym „Przewodniczący jako aktor”, nie będziemy go w tym miejscu dodatkowo rozwijać.

  • Słyszalność

Abstrahując od kwestii pomocy elektronicznych oczywistym jest, że kapłan będzie lepiej słyszalny, jeśli zwrócony będzie twarzą do zgromadzonych wiernych. Powstaje więc pytanie: czy wierni muszą słyszeć liturgię mszalną? Trzeba tu poczynić ważne rozróżnienie między tymi jej częściami, które skierowane są do Boga, a tymi, które skierowane są do ludzi. Jest to w istocie jedyne miejsce, w którym można było myśleć o, reformie. Pewne części Mszy mają na celu pouczenie ludu, oczywistymi tego przykładami są Lekcja i Ewangelia. Przed soborem były one czytane przez kapłana po łacinie przy ołtarzu, a następnie w języku narodowym twarzą do ludu. Byłoby rozumnym rozwinięciem reformy podjętej przez Piusa XII, gdyby rubryki zmodyfikowane zostały w taki sposób, by części Mszy mające na celu pouczenie wiernych mogły być czytane im bezpośrednio w języku narodowym.  Ludzie sprzeciwiający się takiemu rozwojowi nie są tradycjonalistami lecz immoblistami. Immoblilizm sprzeciwia się wszelkiej zmianie  z tego tylko powodu, ze jest ona zmianą. Jest rzeczą zrozumiałą, że wielu tradycjonalistów, słusznie przerażonych zniszczeniem rytu rzymskiego, przyjęło postawę immobilistyczną i sprzeciwia się jakimkolwiek zmianom. Nie czynią wskutek tego rozróżnień między zmianami pociągającymi poważne implikacje doktrynalne, takimi jak zniesienie modlitw Offertorium oraz innymi, które nie mają takiego znaczenia, takimi jak śpiewanie przez lud Pater Noster podczas Missa cantata. Msza dialogowa jest praktyką aprobowaną wśród francuskich  tradycjonalistów, podczas gdy niektórzy z angielskich postrzegają ją jako przejaw modernizmu. Kontrowersje takie wykorzystują moderniści, umożliwiają im one bowiem tworzenie karykaturalnego obrazu środowiska tradycjonalistycznego.

Najbardziej rozsądnym i możliwym do przyjęcia stanowiskiem w kwestii słyszalności, którą omawialiśmy w rozdziale XVIII, wydaje się być stanowisko, wedle którego te części Mszy, których intencją jest pouczenie wiernych, powinny być czytane im bezpośrednio w języku narodowym. Części Mszy skierowane do Boga powinny być odmawiane twarzą w kierunku ołtarza i nie muszą być słyszalne ani odmawiane w języku ludu. W tym przypadku należy wprowadzić rozróżnienie między modlitwami takimi jak Gloria, w których wierni mogą uczestniczyć i które mogą być odmawiane na głos, oraz Kanonem, który odmawiany jest przez samego kapłana in persona Christi i który nie musi być słyszalny. Gdyby zasada ta została przyjęta, nie zrodziłby się argument konieczności celebracji versus populum w celu lepszej słyszalności.

Ks. Napier zauważył, że sympatia do Mszy twarzą do ludu, widoczna u takich pionierów Ruchu Liturgicznego jak Dom Lambert Beauduin, wynikała właśnie z pragnienia, by czytania z Pisma kierowane były bezpośrednio do wiernych[22]. Celebracja versus populum była zupełnie kompatybilna z rubrykami Mszału św. Piusa V, które uznawały fakt istnienia ołtarzy takich, jak ołtarz w Bazylice św. Piotra. Skoro zaakceptuje się fakt, że części te mogą być czytane bezpośrednio wiernym, nie będzie żadnego usprawiedliwienia dla dziwacznej i niekatolickiej praktyki sprawowania całej Mszy versus populum.

Trestyl trist

„Tak więc Msza, kapłan i ołtarz zostały zastąpione przez Wieczerzę Pańską, pastora i Święty Stół, a orientacja kapłana ku wschodowi zastąpiona została przez orientację ku zachodowi”[23].

Douglas Harrison, anglikański dziekan z Bristolu

 

Oprócz kwestii samej orientacji ołtarza, warto jest zastanowić się nad zjawiskiem wprowadzenia ołtarzy o kształcie stołów. Teoretycznie ołtarze takie wykorzystywane być mogły do celebracji, podczas których zarówno kapłan jak i lud zwróceni byli ku wschodowi. W praktyce Msza versus populum i trestyl trist, nędzny stół,  są elementami tego samego zjawiska, protestantyzacji katolickiej liturgii. Jest to dokładna kalka tego, co miało miejsce podczas protestanckiej reformacji. W tym miejscu czytelnik powinien zajrzeć do tomu Cranmer’s Godly Order ss. 95-98, gdzie szczegółowo opisałem proces zastępowania ołtarzy stołami, podkreślając przy tym znaczenie, jakie nadawali temu procesowi sami reformatorzy. Najlepiej podsumowuje to wyjaśnienie Ridleya:

Po pierwsze, postać stołu najlepiej oderwie prostych ludzi od przesądnych idei Mszy papistowskiej i skieruje ich [myśli] ku prawdziwej istocie Wieczerzy Pańskiej. Używanie ołtarza sugeruje składanie na nim ofiary, a posługiwanie się stołem służy temu, by ludzie przy nim jedli[24].

Słowa te stanowią wyraz przekonania wszystkich reformatorów, nie ulega więc wątpliwości, że odejście od orientacji ku wschodowi i wprowadzenie stołu na miejsce ołtarza oznaczało odrzucenie ofiary, wprowadzone więc zostało w intencji antykatolickiej. Praktyka celebracji Mszy twarzą do ludu propagowana była w Europie przez niektórych członków Ruchu Liturgicznego jeszcze przez II Soborem Watykańskim, chociaż, jak wyjaśniono, nie musiało to wcale być wyrazem protestanckich poglądów, ale jedynie pragnienia, by mające charakter pouczeń częsci czytane były wiernym bezpośrednio w językach narodowych. Niektórzy bardziej wnikliwi anglikanie o katolickich sympatiach wyrażali jednak poważne zastrzeżenia, gdy High Church i anglo-katolickie duchowieństwo zaczęło naśladować tę praktykę [Kościoła posoborowego]. Na przykład anglikański konwertyta z nonkonformizmu Hugh Ross Williamson odrzucał tę praktykę jako niezgodną z wiarą katolicką:

„Od mego dzieciństwa przyzwyczajony byłem do nabożeństwa nonkonformistycznego i patrzyłem na mego ojca siedzącego za Świętym Stołem z diakonami po obu stronach, twarzą do zgromadzonych – i czytającego opis Ostatniej Wieczerzy, zanim chleb i wino rozdawane były wiernym na upamiętnienie tego wydarzenia. W Romsey, w Townbridge i w Hove był to stały, comiesięczny rytuał – i od czasu, gdy zacząłem poważnie się nad tym zastanawiać, wydawało mi się to czymś niewłaściwym. Było to tak, jakby znajdowali się oni na małej scenie, odgrywając przed nami Wieczerzę, a jedną z pobudek dla których zacząłem uczestniczyć we Mszy [anglikańskiej] był fakt, że kapłan znajdował się po tej samej stronie ołtarza co zgromadzenie, [poczucie] że Bóg był naszym wspólnym Panem. Był też pewien aspekt praktyczny: nie musiałem już patrzeć na twarze diakonów i odpychać od siebie natrętną myśl, jak bardzo niepodobni są oni do Apostołów.

Liturgia nonkonformistyczna, posiadająca układ typowo protestancki, miała ponadto wyraźne znaczenie doktrynalne. Był to liturgiczny wyraz wiary, że Komunia św. nie jest niczym innym jak rodzinny posiłek zgromadzonych wokół stołu, a nie tajemniczą ofiarą, w której kapłan, przez cud Przeistoczenia, ofiaruje w imieniu ludu prawdziwe Ciało i Krew Chrystusa Bogu Ojcu, zanim zacznie rozdzielać «pokarm nieśmiertelności» uczestnikom liturgii.

Tej właśnie kwestii dotyczyła zawzięta XVII-wieczna walka między abpem Laudem a purytanami. To, co jest często przedstawiane jako dążenie Lauda do przywrócenia «godności i obyczajności» liturgii Kościoła[25], polegało w rzeczywistości na usiłowaniu uczynienia «Świętego Stołu» ołtarzem. Chodziło nie o godność, a o doktrynę”[26].

Jak zauważa Ross Williamson, angielo-katolickie duchowieństwo, które chciało usprawiedliwić stanowisko aprobujące celebrację versus populumstarało się dotrzymywać kroku najnowszym osiągnięciom kontynentalnego katolicyzmu i że [również] Kościół katolicki w Anglii w odpowiednim czasie pójdzie prawdopodobnie za naszym przykładem[27]. Na nieszczęście proroctwo to okazało się być aż za bardzo prawdziwe.

W tym miejscu konieczne jest zwrócenie uwagi na pewne obiekcje, jakie zostaną podniesione przez ludzi pragnących bronić protestantyzacji naszej liturgii. Całkowicie słusznie wskazywali oni, że pierwsi chrześcijanie mówili o „stole Pańskim”. Był to skutek wystrzegania się w pierwszych wiekach używania słowa „ołtarz”, ze względu pogańskie konotacje tego terminu. Już w wieku V w użyciu było jednak zarówno słowo „ołtarz” (altare) jak „stół” (mensa)[28]. Następnie zaczęto posługiwać się wyłącznie terminem „ołtarz” – za wyjątkiem sytuacji, gdy odnoszono się do jego funkcji jako stołu, do którego przychodzili wierni na świętą ucztę (sacrum convivum). Najwłaściwszym określeniem chrześcijańskiego ołtarza byłoby „stół ofiarny”. Podczas żydowskiej Paschy baranki ofiarowywane były na ołtarzu w świątyni, a następnie zabierane do domów wyznawców na ucztę paschalną – ołtarz i stół były rozdzielone. W chrześcijańskiej Passze Ofiara Chrystusa uobecnia się na ołtarzu, który służy następnie jako stół wiernym przystępującym do niego z lękiem i drżeniem, by przyjąć Ciało Chrystusa. Nie ma więc uzasadnienia dla porównywania znaczenia, w jakim chrześcijanie pierwszych wieków używali słowa „stół”, a sensem, w jakim używa go Ridley – by wykazać publicznie, że nie był przeznaczony do składania ofiary. To, co było akceptowalne przed reformacją, po niej akceptowalne już nie jest, ponieważ – jak to wyjaśnił Hugh Ross Williamson – posługiwanie się stołem stało się publicznym, jednoznacznym symbolem tego, co celebrowane było jako protestancka Wieczerza Pańska, a nie jako Najświętsza Ofiara Mszy. Pius XII nauczał kategorycznie, że „Błędem byłoby pragnąć, by ołtarz powrócił do swej starożytnej formy stołu”[29].

Drugi argument, jakim posłużą się liberałowie głosi, że chrześcijanie pierwszych wieków używali do celebracji Eucharystii drewnianego stołu. Nikt tego nie kwestionuje. Należy jednak pamiętać, że zanim pozwolono im na wznoszenie własnych  świątyń, chrześcijanie pierwszych wieków sprawowali kult Boży w swych domach (domach-kościołach) lub rzadziej w katakumbach. Przejawem braku realizmu jest branie praktyk z czasów prześladowań za normę w czasach wolności. Trzeba również przypomnieć, że liturgia, podobnie jak dogmaty, nie jest statyczna. Podobnie, jak doktryna o Trójcy Przenajświętszej w miarę upływu wieków rozumiana była i definiowana coraz jaśniej, tak też liturgia coraz jaśniej wyrażała przez swe zewnętrzne formy prawdę, że stanowi ona uroczystą Ofiarą. Kiedy chrześcijanom pozwolono po raz pierwszy na budowę kościołów, wznosili oni swe ołtarze na grobach męczenników. Zwyczaj ten musiał być zaczerpnięty bezpośrednio z czasów sprawowania Mszy na marmurowych płytach przykrywających groby męczenników i wyjaśnia dlaczego, w miarę jak Kościół się rozprzestrzeniał, zrodziła się praktyka umieszczania relikwii dwóch męczenników w kamieniach ołtarzowych. Płyty marmurowe stanowiły część ołtarza już w V wieku, choć jeszcze w wieku VIII w Kościele Zachodnim pozostawały niekiedy w użyciu ołtarze drewniane. Począwszy od wieku IX praktyka stosowania ołtarzy kamiennych stał się na zachodzie powszechna. Cerkiew Prawosławna zezwala na używanie do ich budowy drewna, kamienia lub metalu.

Prawdą jest że podczas gdy wiele, jeśli nie większość katolickich kościołów, posiada obecnie stałe kamienne stoły, choć niektóre nadal używają drewnianych, nie czyni to jednak tej nowinki bardziej akceptowalną. Jak mówił Ridley, stół służy temu, by ludzie przy nim jedli, nie precyzował jednak, że musi to być koniecznie drewniany stół. Również Pius XII nie potępił wprowadzania samych tylko drewnianych stołów – pisał, że  błędem byłoby „przywracać ołtarzowi jego starożytną formę stołu”. Stąd nawet stałe kamienne stoły, które obecnie szpecą tak wiele kościołów katolickich, podpadają pod jego potępienie.

Nie sugeruję tu oczywiście, że każdy katolicki kapłan, który zastąpił swój ołtarz stołem, przyjął przez to teologię eucharystyczną Ridleya. Większość z nich uczyniła to prawdopodobnie dlatego, że podobnie postąpili wszyscy ich konfratrzy i wydawało im się, że taka była wola soboru. Inni z kolei otrzymali takie polecenie od swych biskupów. Tak już niestety jest, że przynależność do większości daje nam poczucie bezpieczeństwa – ostatecznie więc kapłani, którzy odmówili zburzenia pięknych ołtarzy, na zbudowanie których zbierali niekiedy osobiście pieniądze od swych ubogich parafian, okazali się być „ekscentrykami” i przeciwnikami „postępu”. Jakiekolwiek byłyby jednak motywy księży, którzy zmienili swe ołtarze na stoły, faktem pozostaje, że przyczynili się oni do kolejnego kroku w procesie protestantyzacji naszej liturgii, do kroku, który przez samych protestantów zostanie z pewnością zinterpretowany w taki właśnie sposób.

[1] Wersy te pochodzą z pieśni walijskiego męczennika, św. Ryszarda Gwyna. W dosłownym tłumaczeniu znaczą one: „W miejscu ołtarza stoi nędzny stół, w miejscu Chrystusa chleb”. Pieśń kończy się słowami:

O daw gofyn pwy ai kant,

Athro plant o Gymro

Sydd yu kymryt karchar beth

Yn byw mewn gobeth eto”.

Jeśli spytacie kto śpiewa [tę pieśń]

Jest nim nauczyciel walijskich dzieci,

Który za nic ma uwięzienie

I wciąż żyje nadzieją”.

Jak na ironię, współcześnie Msza o św. Richardzie odprawiana jest obecnie w Walii jest niemal nieodmiennie sprawowana na trestyl trist, nędznym stole.

tłum. Scriptor

[2] „The Universe”, 26 lutego 1971.

[3] „The Universe”, 5 marca 1971.

[4] „The clergy Review, sierpień 1972, s. 627.

[5] C. Vogel, L’Orient Syrien, t.9 1964, nr 1., ss. 4-5.

[6] „Theology Digest, t.22, r 2, lato 1974, s. 154.

[7] Catholic Encyclopedia, Nowy Jork 1913, t.11,, s. 305.

[8] C. Vogel, L’Orient Syrien, t.9 1964, nr 1., s.3.

[9] C. Vogel, L’Orient Syrien, t.9 1964, nr 1., s.8.

[10] C. Vogel, L’Orient Syrien, t.9 1964, nr 1., ss. 6-7.

[11] Św. Tomasz z Akwinu, Summa theologica. II, II, Q.LXXXIV, odp. 3.

[12] C. Vogel, L’Orient Syrien, t.9 1964, nr 1.,, ss.15-16.

[13] Ibidem,  s.16.

[14] Ibidem, s. 23

[15] Ibidem, s. 22.

[16] Ibidem, s. 154. Przypis 5.

[17] Ibidem, ss. 13-14.

[18] Ibidem, ss. 11-12.

[19] J.A.Jungmann, The Early Liturgy, Londyn 1966, s. 138.

[20] Ibidem

[21] Ronald Knox, The Mass In Slow Motion, Londyn 1961, s. 3.

[22] Ibidem, s. 625, przypis 3.

[23] D. Harrison, The First and Second Prayer Books of King Edward VI, Londyn 1968, s. 6.

[24] Patrz Michael Davis, Cranmer’s Godly Order, Devon 1976, s. 97.

[25] Chodzi o ustawienie „Świętego Stołu” w miejscu, w jakim znajdował się przez reformacją ołtarz, czyli przed wschodnią ścianą.

[26] H.R. Williamson, The Walled Garden, Londyn 1956, ss. 164-165.

[27] Ibidem, s. 165.

[28] Katolicki ołtarz powinien być zbudowany z naturalnego kamienia. Obejmuje on płytę górną (mensa), wsporniki (stipites) oraz wydrążenie na relikwie(sepulchrum) w które wkładany jest kamień ołtarzowy zawierający te relikwie.

[29] Pius XII, Mediator Dei, § 66.

Modernistyczna koncepcja wiary

Ks. John Jenkins FSSPX

Modernistyczna koncepcja wiary

 

W swej encyklice Pascendi św. Pius X nazywa modernizm „syntezą wszystkich herezji”[1]. Biorąc pod uwagę, iż rok 2013 ogłoszony został przez Benedykta XVI „rokiem wiary”, warto przypomnieć sobie czym jest ów system i dlaczego jest on nie tylko fałszywy, ale i zgubny dla wszelkiej religii.

W pewnym sensie termin modernizm mylący – system ów nie ma bowiem nic wspólnego ze współczesnością, ale stanowi wskrzeszenie starych, dano już umarłych błędów. Fundamentalne zasady, na których się wspiera, są ze swej natury raczej filozoficzne niż teologiczne, na tej fałszywej filozofii usiłuje on jednak oprzeć cały gmach wiary. W konsekwencji wypacza nie tylko pewne dogmaty naszej religii, ale też samą koncepcję wiary.

Główną zasadą modernizmu, którą zaczerpnął on z filozofii Kanta[2], jest agnostycyzm. Innymi słowy, modernista kwestionuje zdolność intelektu ludzkiego do poznawania prawdy, a zwłaszcza do poznawania czegokolwiek, co wykraczałoby poza doświadczenie zmysłowe. Wedle tej zasady prawda nie może zostać poznana,  w istocie nie można poznać również niczego, co nie podpada pod zmysły. Dlatego modernista kwestionować będzie wszelką możliwość poznawania przyczyn rzeczy, czy nawet ich natury. Pewne, choć niepełne, wyobrażenie o rzeczywistości dać nam może jedynie to, co widzimy i słyszymy. Modernizm jest więc formą intelektualnego samobójstwa – podważa bowiem możliwość sformułowania jakichkolwiek pewnych sądów o otaczającym nas świecie.

Prowadzi nas to do samego jądra systemu modernistów, a konkretnie przekonania, iż człowiek nie jest w stanie w racjonalny sposób udowodnić istnienia Boga, podobnie jak nie istnieje naukowa metoda pozwalająca na udowodnienie fundamentalnych prawd Objawienia. Ponieważ nie da się poznać natury rzeczy ani ich przyczyn, konsekwentnie nie ma też żadnego sposobu na potwierdzenie czy zaprzeczenie prawdziwości cudów, nie można też udowodnić Bóstwa Chrystusa. Ponieważ nawet otaczającego nas świata nie możemy poznać w sposób pewny, nic z tego, co moglibyśmy się o nim dowiedzieć, nie może prowadzić nas do Boga. Tak więc do wiary nie mogą skłaniać nas wnioski oparte na obserwacji rzeczywistości, ale jedynie jakiś wewnętrzny, wrodzony człowiekowi instynkt.

Modernista twierdzi, że zasadnicza przesłanka skłaniająca człowieka do „wiary” w Boga ma charakter całkowicie wewnętrzny, że wynika ona z jego fundamentalnej potrzeby.  Owa wrodzona „potrzeba boskości” wspólna jest dla wszystkich ludzi, nawet jeśli nie jest ona w pełni uświadomiona. Bóg objawia się człowiekowi we wnętrzu jego duszy, odpowiadając na ową wewnętrzną potrzebę. Wedle modernisty Objawienie nie polega na przyjęciu przez intelekt podanych z zewnętrz prawd dotyczących Boga, ale jest wyrazem tkwiącej w sercu każdego człowieka tęsknoty za bóstwem. Ów wewnętrzny impuls, czy też Boża immanencja, jest wedle modernistów podstawą wszelkiego doświadczenia religijnego.

Poznanie tych dwóch zasad umożliwia nam zrozumienie zarówno fałszywości tego systemu, jak i jego zwodniczości oraz przewrotności. Modernizm twierdzi, że każdy człowiek odczuwa głęboko zakorzenioną potrzebę boskości i równocześnie – jak rzeczywiście uczy nas wiara katolicka – iż każdy człowiek stworzony jest dla konkretnego celu, by cieszyć się szczęściem wiecznym z Bogiem. Wydawać by się więc mogło, że owa zasada modernistyczna odkrywa na nowo fundamentalną prawdę, iż wszyscy ludzie potrzebują swego Stwórcy.

Podobieństwo to jest jednak jedynie pozorne. Modernista – podobnie jak niegdyś agnostycy – twierdzi, ze Bóg jest w istocie niepoznawalny, zwłaszcza w oparciu o rzeczy stworzone. Poznać Go można wedle nich jedynie poprzez wewnętrzną dynamikę duszy ludzkiej. Wiara katolicka uczy nas jednak czegoś zupełnie przeciwnego: iż przy użyciu rozumu poznać możemy nie tylko rzeczy stworzone, ale też udowodnić istnienie Boga oraz poznać pewne prawdy dotyczące Jego natury. Nawet gdyby Bóg pozostawał poza zasięgiem naszego intelektu, może on jednak poznawać rzeczy stworzone, a poznając je możemy powiedzieć coś o ich przyczynie, czyli o Stwórcy i pierwszej przyczynie wszystkich rzeczy. Św. Paweł mówi to jasno, stwierdzając, że nawet poganie mogą posiąść pewną wiedzę o Bogu:

„Albowiem gniew Boży ujawnia się z nieba na wszelką bezbożność i nieprawość tych ludzi, którzy przez nieprawość nakładają prawdzie pęta. To bowiem, co o Bogu można poznać, jawne jest wśród nich, gdyż Bóg im to ujawnił. Albowiem od stworzenia świata niewidzialne Jego przymioty – wiekuista Jego potęga oraz bóstwo – stają się widzialne dla umysłu przez Jego dzieła, tak że nie mogą się wymówić od winy”. (Rz 1, 18-20).

Wiara katolicka, choć jest ona łaską, jest przede wszystkim rozumna: wiara w to, co wszechwiedzący i miłujący Bóg objawia nam, jest najbardziej rozumnych z ludzkich aktów. Nie oznacza to jednak, że to, w co wierzymy, może być w jakiś sposób udowodnione – jak mówi św. Paweł, wiara dotyczy głownie rzeczy „niewidzialnych”. Wiara opiera się na nieomylności Źródła Objawienia, a nie na zdolnościach ludzkiego rozumu. Stąd wiemy, że możemy rozumowo udowodnić istnienie Boga, co nie oznacza jednak, że za pośrednictwem rozumu możemy się wiele o Nim dowiedzieć, zwłaszcza tego, co dotyczy wewnętrznego życia Boga. Wyraża to dekret I Soboru Watykańskiego:

„Gdyby ktoś mówił, że Objawienie Boże nie zawiera prawdziwych i we właściwym sensie tajemnic, ale że wszystkie dogmaty wiary można zrozumieć i wykazać należycie wykształconym rozumem w oparciu o naturalne zasady – niech będzie wyklęty”.

Pod tym względem modernistyczny agnostycyzm, zwłaszcza w swych umiarkowanych formach, wydaje się naśladować katolickie nauczanie mówiąc, że rozum nie może udowodnić natury Boga. Opiera się jednak na całkowicie innej zasadzie: podczas gdy wiara katolicka potwierdza zdolność rozumu do poznania prawdy, a nawet do poznania prawd nadprzyrodzonych (przy pomocy łaski), definiuje ona równocześnie granice i kompetencje rozumu. Modernista neguje zdolność rozumu do poznawania prawdy, a równocześnie posuwa się zbyt daleko w określaniu zakresu jego kompetencji. Zaprzeczając możliwości poznania rzeczywistości – odrzuca bowiem poznawalność porządku naturalnego – kwestionuje równocześnie ład nadprzyrodzony. Wskutek tego owe dwie sfery zostają nie tylko pomieszane, ale nawet zrównane – według modernisty wszystko, w tym również różne religie, zawiera w sobie pewną „tajemnicę” czy „doświadczenie boskości”. Nie ma więc według niego prawd nadprzyrodzonych, a jedynie wrodzone człowiekowi pragnienie boskości.

Przyglądając się tym dwóm zasadom systemu modernistycznego łatwo zrozumieć, co stanie się z dogmatami katolickimi, jeśli interpretowane one będą wedle owych fałszywych idei. Dla katolików dogmat jest prawdą objawioną przez Boga i potwierdzoną przez najwyższy autorytet na ziemi, w którą wierzyć trzeba pod sankcją grzechu. Jest on więc czymś wiecznym i niezmiennym, niereformowalnym, wolnym od błędu. Dogmat jest niejako najlepszym wyrazem Świętej Tradycji, ponieważ jest tak wieczny jak sam Zbawiciel, którego słowa nigdy nie przeminą. Dogmat nie jest czymś, co czego poznania należy dojść samodzielnie, ale czymś, co należy przyjąć i pokornie zaakceptować.

Dla takiego pojmowania dogmatu nie ma jednak miejsca w modernistycznej koncepcji wiary. Ponieważ według modernistów nie można mówić o jasnym i definitywnym poznaniu rzeczywistości (ani Boga), nie może być też mowy o tradycyjnym rozumieniu dogmatu. Z drugiej strony immanencja życiowa, wewnętrzne doświadczenie objawienia Boga, musi znaleźć jakąś formę wyrazu. Stąd owe wewnętrzne przekonanie czy też potrzeba boskości musi być wyrażana w konkretnych formach – i to nie tylko przez jednostki ale i wspólnoty. Z tych wyrazów doświadczenia religijnego rodzą się pierwsze formuły wiary, a w miarę dojrzewania człowieka i ewolucji społeczeństwa formuły te stają się coraz bogatsze i bardziej precyzyjne, a nawet nabierają sens różny od pierwotnego. Z tej ewolucji doświadczenia religijnego pochodzi koncepcja „tradycji”, rozumianej jako nieustanna ewolucja doświadczenia religijnego u kolejnych pokoleń wiernych. W miarę, jak w obrębie wspólnoty wrodzona człowiekowi potrzeba boskości znajduje wyraz w różnych formach, w wyniku ich wzajemnej konfrontacji rodzi się pewien consensus, co z kolei prowadzi do poszerzania płaszczyzny wspólnych doświadczeń.

Trzeba tu zwrócić uwagę, że dla modernisty nie istnieje zasadnicza różnica pomiędzy religią prawdziwą a religiami fałszywymi, ponieważ nie da się udowodnić prawdziwości żadnej z nich. Moderniści postrzegają tradycję jako coś żywego, stale wzrastającego, a przede wszystkim dzielonego przez dowolną wspólnotę religijną – dlatego właśnie mówią o „tradycji protestanckiej”, „tradycji luterańskiej” czy nawet „tradycji hinduistycznej”. Wszystkie one posiadają według niego równą wartość, jako wyraz wrodzonej i wspólnej wszystkim potrzeby boskości.

Dlatego właśnie „dogmat” jest dla modernisty formułą będącą wyrazem doświadczeń wspólnoty i zachowuje swe znaczenie jedynie w określonych uwarunkowaniach historycznych. Owe uwarunkowania muszą się jednak z konieczności zmieniać. Modernista nie myśli o prawdzie jako wykluczającej błąd, ale raczej o konfrontacji indywidualnego doświadczenia religijnego z wiarą całej wspólnoty. Nie istnieje więc dla niego – jak to ma miejsce w przypadku katolików – depozyt, który powinien być strzeżony i przekazywany, broniony przed heretykami, ale jedynie synteza zrodzona w wyniku dialogu, wzajemne ubogacanie doświadczenia poprzez kontakt z wiarą innych.

Z tej perspektywy modernista może postrzegać nawet potępienia jego tez przez papieża jako pożyteczne, umożliwiają one bowiem konfrontację idei i stworzenie nowej syntezy z doświadczeniami religijnymi innych, przyczyniając się do postępu religii. Według modernisty nie wolno „oglądać się wstecz” na „przestarzałe formuły” czy „martwą tradycję”, należy iść naprzód, przyswajając sobie nowe doświadczenia. Dlatego właśnie według modernistów magisterium Kościoła nie ma nigdy charakteru definitywnego, ale jest raczej – by posłużyć się słowami kard. Ratzingera – „pewnym zakotwiczeniem problemu, tymczasowym zarządzeniem”[3]. Moderniści uznają sprzeczność konstytucji Gaudium et spes z nauczaniem poprzednich papieży, kwestionują bowiem niezmienność nauczania Kościoła[4]. Według modernisty ciągłość Kościoła wyraża się nie w zgodności formuł dogmatycznych, ale w wewnętrznej żywotności, która najlepiej ukazuje „prawdziwą tożsamość Kościoła”[5].

Poznawszy te główne zasady modernistów łatwiej zrozumieć oś ich programu „reformy” Kościoła, czy też „uwspółcześniania katolicyzmu”. Termin ów (modernizm) odnosi się nie tyle do wskrzeszanych przez niego starych i potępionych już dawno błędów, co do jego  usiłowań „uwspółcześnienia” i „zmodernizowania” Kościoła.

Zgodnie z modernistyczną zasadą agnostycyzmu, wszelka reforma musi pociągać za sobą radykalne „zdezintelektualizowanie” wiary. W praktyce oznacza to usunięcie wszystkiego, co jest we wierze rozumne i co nie odwołuje się do „wrodzonej potrzeby boskości”. Najskuteczniejszym do tego środkiem jest pozbawienie Kościoła wszelkich formuł i definicji, które pełniły rolę swoistej kotwicy, umożliwiając zrozumienie prawd wiary. Wynika z tego pilna potrzeba stworzenia nowego słownictwa, nowych terminów służących do wyrażenia prawd wiary. Klasyczne definicje muszą zostać zastąpione biblijnymi sformułowaniami, które są bardziej zgodne z „wiarą pierwszych chrześcijan” albo zostać po prostu odrzucone. Przyjęte prawdy i praktyki muszą zostać zakwestionowane albo przynajmniej interpretowane w ich kontekście historycznym – jako „praktyki niegdyś stosowane” lub „pewne tradycje liturgiczne”, które nie są już obecnie użyteczne. Według modernistów owo „oderwanie” od „archaicznych” i „przestarzałych” form jest absolutnie niezbędne dla prawdziwej reformy Kościoła, ponieważ człowiek współczesny nie może zadowolić się formułami, nie będącymi wyrazem zakorzenionej w nim potrzeby boskości. Nie wolno „oglądać się wstecz”, byłoby to bowiem przejawem „niewierności wobec żywotności Kościoła”.

Zgodnie z zasadą immanencji życiowej źródłem wszelkiej reformy Kościoła musi być wewnętrzna potrzeba człowieka, a nie narzucane z zewnątrz rozporządzenia czy nakazy. Modernista, podobnie jak liberał, odczuwa instynktowne obrzydzenie do wszystkiego, co w Kościele obowiązkowe czy przymusowe. Wszelkie potępienia są według niego nie tylko nieskuteczne, ale wręcz oszpecają Kościół, który powinien raczej wyrażać wrodzoną człowiekowi potrzebę boskości, niż uciekać się do „tyranii” autorytetu. Ponieważ człowiek współczesny jest coraz bardziej świadomy swej godności i wartości, należy radykalnie dowartościować rolę doświadczenia religijnego, dzięki czemu fundament owej godności stać się będzie mógł dla niego bardziej zrozumiały. Konsekwentnie wszystkie prawa Kościoła powinny zostać przeredagowane w taki sposób, by uwzględniać godność osoby ludzkiej. Dla modernisty bowiem religia jest przede wszystkim dla ludzi, a nie dla Boga.

Jak widzimy, zasady te są nie tylko całkowicie fałszywe ale też pociągają za sobą katastrofalne konsekwencje – a jednak to one właśnie stanowią fundament reformy, której straszliwych skutków doświadczamy przez ostatnich 50 lat. Modernizm jest systemem zabójczym dla wszelkiej religii, uderza bowiem w sam fundament wiary: zdolność rozumu do poznawania rzeczywistości. Skoro intelekt oderwany zostaje od rzeczywistości, wszelka religia staje się jedynie sporem o słowa i uczucia.

Dlatego właśnie, bardziej niż kiedykolwiek, podkreślać musimy zdolność ludzkiego rozumu do poznawania prawdy. Zbawiciel powiedział: „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8, 32). To właśnie prawda, a zwłaszcza umiłowanie prawdy, zapewnia nam wolność od tyranii grzechu oraz błędu, umożliwiając nam osiągnięcie życia wiecznego.

tłum. Scriptor

[1] Pius X, Pascendi, § 39.

[2] Wiele z tez filozofii Kanta zapożyczonych jest w istocie od Celsusa i Porfiriusza, wrogich Kościołowi filozofów starożytnych. Celsus był autorem atakującego chrześcijaństwo dzieła Logos alethes, którego z którego tezami rozprawił się elokwentnie Orygenes. Porfirusz był apostatą, którego w pełni zasłużoną reputację filozofa podkopało przejście z chrześcijaństwa na pogaństwo.

[3] Należy tu zauważyć, że owe „tymczasowe zarządzenia” obejmują: „ogłoszone przez papieży w minionym wieku deklaracje dotyczące wolności religijnej, jak również antymodernistyczne rozporządzenia z początku tego wieku”. Kongregacja Nauki Wiary , Instrukcja o powołaniu teologa w kościele, „L’Osservatore Romano”, 2 lipca 1990.

[4] „Jeśli mielibyśmy pokusić się o ocenę tekstu (Gaudium et spes) jako całości moglibyśmy powiedzieć, że (wspólnie z tekstami o wolości religijnej i religiach niechrześcijańskich) stanowi on korektę Syllabusa Piusa IX, rodzaj antysyllabusa (…) Zadowólmy się tu stwierdzeniem, że tekst ten służy jako antysyllabus i jako taki, stanowi próbę oficjalnego pogodzenia Kościoła z nową erą, zapoczątkowaną w roku 1789”. Kard. Joseph Ratzinger, Principles of Catholic Theology, ss. 381-382).

[5] „Sobór Watykański II, definiując na nowo relację między wiarą Kościoła a pewnymi istotnymi elementami myśli nowożytnej, dokonał rewizji czy wręcz korekty pewnych decyzji z przeszłości, ale przy tej pozornej nieciągłości zachował i pogłębił rozumienie swej wewnętrznej natury i prawdziwej tożsamości”. Benedykt XVI, mowa do Kurii Rzymskiej, 22 grudnia 2005.

Wychowanie w okresie dorastania

Ks. Herve de la Tour

Wychowanie w okresie dorastania

 

Podczas niniejszej konferencji postaram się przedstawić po krótce treść przeczytanej przeze mnie niedawno książki Rudolfa Allersa Forming Character in Adolescents. Rudolf Allers jest katolickim psychologiem, którego prace inspirowane są filozofią św. Tomasza z Akwinu. Można nie zgadzać się ze wszystkimi jego tezami, z pewnością jednak zasługują one na refleksję. Osobiście uważam, że większość jego konkluzji jest całkowicie słusznych i bardzo pomocnych w procesie wychowania.

Nauka, którą będziemy się dziś zajmować, jest nieco abstrakcyjna, nie sądzę jednak by była to strata czasu. Dlaczego? Ponieważ nie możemy wywierać wpływu na nastolatków nie rozumiejąc ich.

Jeśli rodzice chcą właściwie wychować swe nastoletnie dziecko, muszą znać pewne podstawowe fakty z dziedziny psychologii. Rzeźbiarz musi wiedzieć, na jakim materiale ma pracować. Podobnie jest w przypadku rodziców.

W żadnym wieku dziecko nie jest tak trudne wychowywania i kierowania jak właśnie w okresie dojrzewania, nigdy też nie jest mu bardziej potrzebny wychowawca posiadający dogłębną znajomość osobowości, którą ma formować i kształtować.

„Zrozumienie” oznacza – w najbardziej dosłownym znaczeniu tego słowa – „postawienie się w czyjejś sytuacji”, czyli niesienie jego brzemienia i dzielenie jego punktu widzenia. By zrozumieć umysł nastolatka, musimy być w pełni świadomi sposobu w jaki postrzega on siebie samego oraz rzeczywistość, gdyż dopiero to pozwala nam pojąć jego punkt widzenia.

Okres dorastania to czas niepokoju i licznych problemów. Główny z nich wynika z formowania się i ostatecznego krystalizowania osobowości. Słowo „formowanie” sugeruje coś, co jeszcze nie zostało osiągnięte, coś niestabilnego, coś co dopiero się kształtuje. Jest to więc zasadniczo okres niepokoju i niepewności. W czasie tym dziecko traci zaufanie do otaczających je rzeczy i osób, nie dlatego że rzeczy te i osoby stają się inne, ale dlatego iż zmienia się stosunek nastolatka do nich. Owa zmiana stosunku wynika ze zmiany zachodzącej w samej osobie, albo też raczej w jej samoświadomości. Zanika naiwny stosunek, jaki ma małe dziecko do siebie samego, przyjmując jako coś oczywistego swe własne istnienie, życie i jego uwarunkowania, a także poczucie harmonii ze wszystkim i wszystkimi. To tak jakby dziecko, przechodząc z dzieciństwa do wieku dojrzewania, musiało odkryć na nowo cały świat, a zadanie to jest zdecydowanie trudniejsze niż pierwotne jego odkrywanie, staje się bowiem świadome. Szczęśliwa nieświadomość wczesnego dzieciństwa tracona jest w sposób bezpowrotny.

Nikt nie może mieć nadziei na rozumienie umysłu nastolatka, a tym bardziej na wywieranie na niego wpływu, jeśli nie będzie zdawać sobie sprawy, iż zasadniczą cechą tego wieku jest niepewność.

Nastolatek nie posiada w istocie charakteru, albo raczej sprawia wrażenie jakby go nie posiadał. Wrażenie to wywołane jest w głównej mierze tak charakterystyczną dla tego wieku niestabilnością zachowania, za którą często – niesprawiedliwie – krytykujemy nastoletnie dzieci. W istocie nie ponoszą one za to winy – jest to nieunikniony skutek stanu, w jakim się znajdują.

Kwestie związane z autorytetem sprawiają problemy już we wczesnym dzieciństwie – tak długo jednak jak istnieje pierwotna, oparta na miłości więź zaufania między rodzicem a dzieckiem, wywieranie na nie wpływu nie jest szczególnie trudne. Jednak w okresie dojrzewania dziecko nie ma już skłonności do polegania na zdaniu innych.

Rosnąca samoświadomość prowadzi do zakwestionowania autorytetu, poczucie zaś własnej siły sprawia, iż młody umysł tęskni za niezależnością. Nastolatek nie posiada jednak jeszcze wystarczającego rozeznania, by był w stanie pojąć konieczność władzy i korzyści z jej istnienia. Prawa jawią mu się jako arbitralne ograniczenia narzucane przez tyranię dorosłych. W zasadzie autorytetu widzi jedynie wykręt, wykorzystywany do utrzymania się przy władzy ludzi, którzy w istocie powinni się jej zrzec. Przeświadczenie, że czas starszego pokolenia przemija, ustępując miejsca erze młodych, jest wspólne dla młodzieży wszystkich epok.

Nastolatkowie, o czym wszyscy doskonale wiemy, mają skłonność do krytykowania wszystkiego. Cokolwiek starsze pokolenie uznaje za słuszne, im wydaje się śmieszne i niedorzeczne. Nastolatek jest przeświadczony, że prawa i reguły powinny zostać zmienione. Pociągają go wszystkiego rodzaju nowe i rewolucyjne idee. Dojmująco świadomy swej budzącej się osobowości oraz jej wyjątkowości, łatwo ulega relatywizmowi, czyniąc „człowieka miarą wszystkich rzeczy”. Podaje w wątpliwość obiektywne i odwieczne prawdy, co więcej, samo istnienie takich prawd staje się dla jego umysłu czymś dyskusyjnym. Jeśli ktoś powołuje się na prawdy lub prawa, które udowodniły swą słuszność na przestrzeni wieków, nie robi to na nim najmniejszego wrażenia. Świat jest dla niego tak nowy i niezrozumiały, jak jego własna osobowość.

Jeśli chcecie zrozumieć nastolatka, musicie zaskarbić sobie jego zaufanie. Wymaga to traktowania jego wyobrażeń i problemów poważnie. Wyśmiewanie ich jako niedojrzałych, lekceważenie jego problemów, powtarzanie mu że trudności takie zdarzają się każdemu i z czasem przeminą, nie wysłuchiwanie jego zwierzeń ponieważ chłopcy i dziewczęta zawsze borykali się z takimi problemami, wszystkie te typowe postawy dorosłych – zrodzone po części z rozczarowania, po części z zazdrości, a częściowo po prostu z lenistwa i unikania odpowiedzialności – są najpewniejszym sposobem na zrażenie młodego człowieka i stworzenie pomiędzy wami głębokiej przepaści, która nigdy już nie będzie mogła być zasypana.

Jeśli to konieczne, sięgajcie po pomoc „z zewnątrz” – kapłana, trenera, drużynowego, starszego brata lub siostrę, którzy będą mogli służyć w tym przypadku waszemu dziecku radą. W większości przypadków konieczne jednak będzie wypracowanie metody powolnego i stopniowego zdobycia jego zaufania. Wymaga to bez wątpienia czasu, czas ten nie jest jednak marnowany. Nawet nie ciesząc się jeszcze zaufaniem naszych dzieci możemy poznać je lepiej, one zaś, nie uświadamiając sobie tego w pełni, zaczynają stopniowo coraz bardziej polegać na naszym zdaniu i poszukiwać naszego towarzystwa. (…)

Wystrzegać się jednak należy prób nakłaniania nastolatka do wynurzeń – zwłaszcza w okolicznościach w których się on tego nie spodziewa. O ile nie jest on już gotowy by nam zaufać i potrzebuje jedynie trochę pomocy by przezwyciężyć ostatnie wahania, nie będzie przejawiał ochoty do zwierzeń – choć może bardzo pragnąć opowiedzieć nam o nurtujących go problemach. Taka nagła próba nawiązania kontaktu może być dla niego szokiem i jedynie go przestraszyć. Lepiej jest postępować powoli i cierpliwie.

W obcowaniu z młodzieżą najważniejsza jest cierpliwość. Jeśli chcemy być pomocni, musimy poczekać na odpowiednią po temu okazję. Im lepiej nauczymy się czekać, tym pewniej taka sposobność się nadarzy. W międzyczasie możemy jedynie starać się utrzymywać jak najlepsze stosunki z dziećmi i gromadzić wszelkie informacje, które mogą okazać się przydatne. Istotne są wszystkie dane, niezależnie od tego czy pochodzą z naszych własnych obserwacji czy od osób trzecich. Musimy jednak zachowywać je dla siebie i nie ciskać nimi w chłopca czy dziewczynę, nawet jeśli jesteśmy zaszokowani tym, co nam o nich powiedziano. Należy bezwzględnie unikać zadawania pytań w rodzaju „Czego to ja się o tobie dowiaduję?”. Młodzi nie chcą być szpiegowani, nie chcą czuć się kontrolowani i łatwo się płoszą, bardzo pragną bowiem zachować to, co nazywają „niezależnością”.

Autorytet jako taki robi już na nich wrażenia. Samo odwoływanie się do niego sprawia, iż stają się oni bardziej nerwowi i niechętni do słuchania. Nastolatek nie jest już jak dziecko, które darzy rodziców instynktownym zaufaniem i ostatecznie okazuje posłuszeństwo, nawet jeśli początkowo protestuje, albo które uważa, że rodzice zawsze muszą wiedzieć lepiej. Pożyteczne jednak może być wskazanie – nawet małemu dziecku – że musi zrobić co mu się każe nie dlatego że ojciec lub matka tak powiedzieli, ale ponieważ mają oni obowiązek znać się na tym lepiej. Na nastolatku robi zazwyczaj silne wrażenie, jeśli wytłumaczy się mu konieczność istnienia władzy i korzyści z tego płynące. Co do samego autorytetu, zadanie wychowawcy w wieku dojrzewania polega nie tyle na jego utrzymywaniu, co budowaniu.

Żadna władza nie może jednak oczekiwać respektowania praw, które sama ignoruje. Nastolatkowie kwestionują zazwyczaj nie władzę jako taką, ale władzę która uważa się za zwolnioną z obowiązku przestrzegania narzucanych przez siebie reguł. Oczywiście jest wiele rzeczy dozwolonych dla dorosłych, na które nie można pozwolić dzieciom, muszą one jednak wiedzieć, że w stosownym czasie dostępne one będą również dla nich. Zawsze też, o ile to tylko możliwe, trzeba im wyjaśniać dlaczego dorośli mogą mieć lub robić pewne rzeczy, podczas gdy im jest to póki co zabronione. Nawet jeśli nie będą w stanie zrozumieć tego w pełni, dzieci i nastolatkowie odróżniają bardzo dobrze reguły, które stosują się do wszystkich, od tych, które uwarunkowane są od wieku. Prawdą jest, że u nastolatka zdolność do rozróżniania jest nieco zaburzona ze względu na pragnienie, by być traktowanym jak dorosły – jednakże nawet on jest w stanie pojąć te różnice, zwłaszcza jeśli starsi zadadzą sobie trud wyjaśnienia mu dlaczego wciąż musi powstrzymywać się od pewnych rzeczy.

Nastolatkowie potrzebują nade wszystko zachęty. Nie wszyscy sprawiają wrażenie zniechęconych i rzeczywiście nie wszyscy uczuciu temu ulegają, każdy jednak nastolatek  przynajmniej od czasu do czasu popada w przygnębienie. Jest to oczywiście szkodliwe dla jego rozwoju moralnego. Poczucie, że nigdy nie zdoła przezwyciężyć pewnych trudności, że nigdy nie pojmie pewnych idei etc. wywierają na niego bardzo negatywny wpływ. Zachęta jest więc absolutnie niezbędna – ze względu na poczucie zagubienia i niepewność typowe dla tego wieku, a przede wszystkim ze względu na niepewność nastolatka względem własnej osobowości.

Nawet jeśli jesteśmy przekonani, że mamy do czynienia z niezwykle utalentowanym dzieckiem, powinniśmy być ostrożni w wyrażaniu naszego uznania dla jego dokonań. Również w tym względzie musimy zachować umiar, ani nie zniechęcając dziecka mówiąc mu że jego osiągnięcia są nic nie warte, ani nie pozwalając mu wierzyć, że już osiągnęło doskonałość.

Najmądrzejsza postawa polega na wpajaniu dzieciom przekonania, że powinny zadowolić się najpierw skromniejszymi osiągnięciami. Jeśli jednak będzie się im to mówić w sposób dosadny, podkreślając że ich czas dopiero nadejdzie, łatwo mogą popaść w zniechęcenie. Nastolatkowie chcą być wspaniali, ważni i doskonali już teraz.   Nie chcą czekać na przyszłość, o której mają bardzo mgliste wyobrażenie i która przeraża ich w równej mierze co pociąga. Jak można od nich oczekiwać, by mieli jasne wyobrażenie o przyszłości, kiedy nawet o teraźniejszości mają bardzo mgliste pojęcie? Tak więc by być skuteczną, zachęta musi odwoływać się do teraźniejszości.

Zachęta posiada dwa aspekty, pozytywny i negatywny. Nade wszystko trzeba wystrzegać się zniechęcania nastolatków. Nie powinno się więc nigdy ganić ich za złe zachowanie, nie dając im równocześnie odczuć, że wierzymy iż potrafią postępować inaczej. Szczególnie ostrożnym trzeba być z młodszymi dziećmi, które dopiero co zaczęły odczuwać zwątpienie i zniechęcenie.

Myślę, że nie od rzeczy będzie tu przypomnienie pewnych typowych dla rodziców błędów, przyczyniających się do zniechęcenia u ich nastoletnich dzieci. Bardzo często rodzice zwykli są – upominając nastolatka za jego niestosowne zachowanie – powoływać się na swą własną młodość i mówić, że oni nigdy nie postąpiliby w ten sposób. Tego typu uwagi są całkowicie nieskuteczne. Nastolatkowie nie wierzą w te zapewnienia – i w większości przypadków mają słuszność. Gdy pewien ojciec karcił swego dziesięcioletniego syna słowami: „Czy widziałeś bym ja kiedykolwiek siadł do stołu z brudnymi rękoma?”, chłopiec odpowiedział: „Przecież nie znałem cię, gdy miałeś dziesięć lat!”

Inny często popełniany błąd polega na traktowaniu autorytetu rodzicielskiego jako czegoś oczywistego, jako że jest on obiektywnie uzasadniony. To jednak, co jest obiektywnie prawdziwe, nie zawsze uznawane jest za takie – nawet przez dorosłych. Jeśli przyjmować będziemy za pewne to, czemu nasz oponent zaprzecza, nie wyniknie z tego żadna owocna dyskusja. Jeśli pragniemy kogoś przekonać, musimy wyjść od jego punktu widzenia i starać się stopniowo doprowadzić go do uświadomienia sobie błędu.

Przede wszystkim musimy uznać fakt, że problemy w relacjach pomiędzy dwoma ludźmi rzadko są skutkiem postawy tylko jednego z nich. W większości przypadków wina leży po obu stronach, choć być może nie w równym stopniu. Jednak nieporozumienia, tak częste miedzy rodzicami a ich nastoletnimi dziećmi, są najczęściej skutkiem postawy tych pierwszych. Nie ulega wątpliwości, że również nastolatkowie popełniają błędy lub dopuszczają się różnego rodzaju występków, niekiedy nawet poważnych. Winy ich jednak, choć materialnie poważne, nie zawsze są takimi formalnie, jako że nastolatek pozostaje nieświadomy wielu rzeczy, zwłaszcza związanych z jego własną osobowością – nie można więc od niego oczekiwać by zachowywał się zgodnie z obiektywnymi regułami, które stosowałyby się albo do bardzo małych dzieci albo do dorosłych. Zamiast obarczać młodych ludzi wyłączną odpowiedzialnością, lepiej byłoby gdyby ich rodzice, przynajmniej raz na jakiś czas, zastanowili się czy oni sami nie popełnili w przeszłości jakichś błędów wychowawczych  i czy nadal ich nie popełniają. Jeśli będą wobec siebie samych dostatecznie szczerzy odkryją bez wątpienia, że oni sami popełnili wiele gaf – i obecnie zbierają po prostu tego owoce. Stanu, który został utrwalony przez długi czas, nie da się zmienić poprzez kilka godzin wyjaśnień.

Wielu dorosłych żali się, że w młodości zaniedbano ich formację intelektualną i że obecnie nie są już w stanie tego naprawić, nie mając ani dość czasu ani odwagi. Natura ludzka posiada skłonność do tego, by „iść po linii najmniejszego oporu”. Życie w świadomej ignorancji jawi się wielu jako łatwiejsze. Trzeba też pamiętać, że  – z powodów o których już mówiliśmy – nastolatkowie mają jeszcze silniejszą skłonność do zniechęcania się w obliczu trudności. Nie trzeba wielkiego wysiłku intelektualnego by chodzić do kina, czytać ekscytujące powieści czy śledzić najnowsze doniesienia z rozgrywek baseballu lub tenisa. Nawet powszechnego dziś zainteresowania sprawami techniki nie można nazwać intelektualnym w prawdziwym sensie tego słowa. To fakt, prawdziwe rozumienie kwestii technicznych wymaga znacznego wyrobienia intelektu, jednak powierzchowne zainteresowanie, jakie wykazuje współczesna młodzież nowinkami ze świata technologii jest równie płytkie, jak reszta ich upodobań.

Zamiast utrwalać w naszych dzieciach tę tendencję do powierzchownego i płytkiego traktowania rzeczywistości, powinniśmy rozbudzać w nich zainteresowanie kwestiami intelektualnymi. Zadanie to jest trudne, jako że dominująca obecnie mentalność popycha je w kierunku przeciwnym. Chłopiec, który nie przejawia zwykłego zainteresowania wydarzeniami sportowymi albo nie wie nic o życiu gwiazd filmowych, postrzegany jest dziś jako dziwak, zarozumialec albo opóźniony w rozwoju.

Ta dominująca obecnie mentalność, w połączeniu z charakterystyczną dla nastolatków niepewnością oraz typową dla natury ludzkiej tendencją, by iść po linii najmniejszego oporu sprawiają, iż młodzież zaczyna postrzegać wiele stojących przed nią wyzwań, zwłaszcza intelektualnych, za całkowicie ją przerastających.

Wychowywanie nastolatków i wywieranie na nich pożądanego wpływu nie jest zadaniem łatwym. Nie są to jednak przedsięwzięcia niewykonalne, o ile tylko świadomi będziemy dobrze cech osobowości, jaką mamy formować. Istnieją pewne zachowania, niektóre z nich powszechnie postrzegane jako wady, które więcej mówią o głębszej strukturze osobowości, niż nam się powszechnie sądzi. Wychowawca powinien się jednak roztropnie wystrzegać zajmowania postawy sędziego. Jego głównym zadaniem nie jest potępiać, ale zrozumieć. Napominanie może być skutecznym środkiem wywierania wpływu, o ile tylko stosowane jest z rozwagą. Podobnie jest z karą. Stosowanie obu tych środków zakłada jednak uprzednie gruntowne zrozumienie [osobowości dziecka – przyp. tłum.].

By lepiej zilustrować tę zasadę pozwolę sobie przytoczyć przykład z życia św. Anzelma. Pewnego dnia odwiedził go pewien opat, który w rozmowie z nim uskarżał się na problemy z wychowywanymi w klasztorze dziećmi. „Błagam cię, powiedz co mam z nimi zrobić? – pytał – Są uparte i niepoprawne. Nie przestaję chłostać ich w dzień i w nocy, a one stają się jeszcze gorsze”.

Św. Anzelm zdumiał się na to i odpowiedział: „Nie przestajesz ich chłostać?  Na jakich więc ludzi wyrosną? Staną się bezrozumnymi bestiami”.

„Po co więc wydawać pieniądze na ich utrzymanie – odrzekł opat – jeśli zmieniamy ludzi w bestie. Staramy się trzymać ich tak krótko, jak to tylko możliwe, nic jednak nie osiągamy”.

„Trzymacie ich krótko! – powiedział św. Anzelm – Powiedzcie mi opacie, jeśli będziecie chcieli zasadzić młode drzewo w waszym ogrodzie i zwiążecie je ze wszystkich stron tak, że nie będzie mogło wypuścić żadnej gałęzi, jakim drzewem będzie po latach, gdy je rozwiążecie? Ze swymi zdeformowanymi gałęziami będzie bez wątpienia całkowicie bezużyteczne. A czyjaż by to była wina jeśli nie wasza, którzy obwiązaliście je tak ciasno? To właśnie czynicie z waszymi chłopcami. Posadzeni oni zostali przez ofiarę [ich rodziców – przyp. tłum.] w ogrodzie Kościoła, by mogli wzrastać i przynieść owoce Bogu. Wy jednak strasząc ich, grożąc im i chłoszcząc spętaliście ich tak zupełnie, że nie pozostawiliście im niemal żadnej swobody”.

Następnie św. Anzelm wyjaśnił, że rzeźbiarz nadaje kształt swemu dziełu raczej delikatnymi pociągnięciami dłuta niż potężnymi uderzeniami młota, podobnie dziecko musi być karmione mlekiem, a nie mięsem czy chlebem. Silna dusza zdolna jest przyjąć karę i czerpać korzyść duchową z upokorzenia i cierpienia – dziecko jednak potrzebuje mleka, tj. „delikatnego wsparcia ze strony innych, łagodności, miłosierdzia, przyjacielskich rad, wsparcia i wielu rzeczy tego rodzaju”.

Również św. Jan Bosko pozostawił nam wiele rad, które można by w tym miejscu przytoczyć. Ograniczymy się do kilku akapitów:

„Jesteśmy przyjaciółmi naszych chłopców (…) Uzyskacie od nich wszystko, jeśli tylko zdadzą sobie sprawę, że poszukujecie ich własnego dobra (…) Nawiązujcie przyjacielskie stosunki z chłopcami, zwłaszcza podczas rekreacji. Bez tych przyjacielskich stosunków nie może być mowy o przywiązaniu, zaufanie zaś istnieć może jedynie tam, gdzie jest przywiązanie. Ten, kto chce być kochany, musi najpierw okazać swą własną miłość. Zbawiciel zniżył się do maluczkich i nosił nasze słabości (…) Pamiętajcie, że wychowanie jest trudną sztuką i jedynie sam Bóg jest jej prawdziwym mistrzem”.

Kończąc, zachęcam was gorąco do modlitwy za wasze dzieci oraz za wszystkie dzieci, zwłaszcza te dorastające, które zmagają się w ciężkimi pokusami i potrzebują wielu łask by oprzeć się powabom świata:

„Panie Boże, Ty powołałeś nas do świętego stanu małżeńskiego i zechciałeś uczynić nas rodzicami. Polecamy Ci nasze drogie dzieci. Powierzamy je Twej ojcowskiej opiece. Oby stały się źródłem pociechy, nie tylko dla nas, ale przede wszystkim dla Ciebie, który jesteś ich Stwórcą. Czuwaj nad nimi, wspomagaj je i broń.

Udziel nam swej łaski, byśmy mogli nauczyć je Twoich Przykazań. Czynić to będziemy przestrzegając wiernie praw Twoich oraz praw Świętej Matki Kościoła. Daj nam świadomość naszych obowiązków względem Ciebie i pobłogosław nasze pragnienia, byśmy mogli jak najlepiej Ci służyć. Pokornie i z głębi serc naszych prosimy o to błogosławieństwo, dla nas samych oraz dla dzieci, którymi raczyłeś nas obdarzyć.

Polecamy je Tobie, o Panie. Strzeż ich jak źrenicy Twego oka i chroń je w cieniu Twych skrzydeł. Daj, byśmy kiedyś razem z nimi dostąpić mogli chwały nieba, w którym dziękować  będziemy Tobie, naszemu Ojcu, za pełną miłości opiekę nad całą naszą rodziną i wychwalać Cię wspólnie z nimi na wieki wieków. Amen”.

tłum. Scriptor