Udział obserwatorów protestanckich w pracach nad nowymi katolickimi tekstami liturgicznymi

Michael Davies

Udział obserwatorów protestanckich w pracach nad nowymi katolickimi tekstami liturgicznymi

 

3 maja 1970 r. „La Documentation Catholique” opublikował tekst mowy wygłoszonej przez Pawła VI do członków Consilium, organu odpowiedzialnego za realizację zasad reformy liturgicznej przedstawionych przez Konstytucję Sacrosanctum Concilium. W mej książce Pope John’s Council wykazałem, że reforma ta nie tylko wykroczyła poza ramy przewidziane przez ojców soborowych, ale i sprzeczna była z zaleceniami Konstytucji o liturgii oraz postulatami cieszącego się aprobatą papieską ruchu liturgicznego. Okładka wspomnianego numeru „Documentation Catholique” opatrzona została zdjęciem przedstawiającym Pawła VI w towarzystwie sześciu protestanckich obserwatorów, zaproszonych do udziału w pracach Consilium. Zdjęcie to wywołało zdumienie a nawet zgorszenie u znacznej liczby wiernych, którzy nie mieli pojęcia, iż protestanci odegrali jakąś rolę w kompilacji nowych obrzędów katolickich. Doprowadziło to w wielu krajach do publicznych kontrowersji, których skutkiem były oficjalne zaprzeczenia, jakoby protestanci owi odegrali jakakolwiek rolę w tworzeniu nowych obrzędów liturgicznych. Zaprzeczenia te cytowane były później przez apologetów oficjalnej reformy jako argument obalający tezę, iż obserwatorzy owi brali aktywny udział w tworzeniu nowej liturgii. Zaprzeczenie nie jest jednak równoznaczne z dowodem, nie sposób też nie zauważyć, iż dementi owe sprzeczne są z powszechnie znanymi faktami.

W letnim numerze „Notitiae”, oficjalnego organu Kongregacji Kultu Bożego, abp Bugnini (pełniący funkcję Sekretarza) stwierdzał, iż obserwatorzy ograniczali się do samego tylko przysłuchiwania się dyskusji (ss. 249-250). Oto dokładne jego słowa:

„Jaką rolę odgrywali «obserwatorzy» w pracach Consilium? Nie czynili nic więcej, niż przystoi «obserwatorom». Po pierwsze, uczestniczyli oni jedynie w spotkaniach przygotowawczych. Po drugie, zachowywali się ze wzorową powściągliwością. Nigdy nie interweniowali w dyskusję i nigdy nie prosili o głos”.

25 lutego 1976 roku, w odpowiedzi na zadane przez Georgesa Hubera pytanie, czy protestanccy obserwatorzy uczestniczyli w pracach nad stworzeniem nowej Mszy, Dyrektor Watykańskiego Biura Prasowego powiedział:

„Protestanccy obserwatorzy nie uczestniczyli w opracowywaniu tekstów nowego Mszału”.

Zaprzeczenie to opublikowane zostało w „La Documentation Catholique” z 4 lipca 1976 roku.

Jednak msgr W.W. Baum (obecnie kardynał), zagorzały ekumenista, poczynił w wywiadzie dla „The Detroit News” z 27 czerwca 1967 r. następujące wyznanie:

„Nie byli oni tam jedynie w charakterze obserwatorów, ale również konsultantów i w pełni uczestniczyli w dyskusjach nad katolicką odnową liturgiczną. Mam tu na myśli, iż nie tylko przysłuchiwali się debacie, ale również wnosili do niej własny wkład”.

Należy tu wyjaśnić, że w chwili wypowiadania tych słów msgr Baum był dyrektorem wykonawczym Komisji ds. Ekumenizmu przy Konferencji Episkopatu USA, był też pierwszym katolickim mówcą, jaki kiedykolwiek został poproszony został o wygłoszenie przemówienia podczas Generalnego Synodu Zjednoczonego Kościoła Chrystusa. W trakcie owego przemówienia zdradził delegatom, iż protestanccy uczeni „odegrali rolę” w rewizji katolickiej liturgii. Pragnąc potwierdzić tę rewelację Harold Acharhern, religijny korespondent „Detroit News”, przeprowadził z msgr Baumem wywiad, z którego pochodzi przytoczony wyżej cytat.

Relacja kard. Bauma oraz zaprzeczenia abpa Bugniniego i Watykańskiego Biura Prasowego pozostają ze sobą w sprzeczności. Pragnąc dojść prawdy, napisałem do jednego z owych obserwatorów, kanonika Ronalda Jaspera. Przed przedstawieniem jego odpowiedzi należy przypomnieć pokrótce, w jaki sposób pracowało Consilium. W pierwszym rzędzie odbywały się sesje przygotowawcze, w trakcie których wypracowywane były, dyskutowane i modyfikowane praktyczne szczegóły reformy. Następnie miały miejsce formalne (plenarne) spotkania, podczas których omawiano projekty powstałe w trakcie sesji przygotowawczych – a następnie poddawano je pod głosowanie. W mym liście do kanonika Jaspera wyjaśniałem, iż pracuję nad serią książek poświęconych reformie liturgicznej i bardzo interesuje mnie kwestia, czy protestanccy obserwatorzy zabierali głos w sprawie nowego rytu Mszy i świeceń kapłańskich. W swej odpowiedzi, datowanej na 10 lutego 1977 r., Jasper wyjaśniał, iż obserwatorzy – podobnie jak członkowie Consilium – mieli pełny dostęp do wszystkich tekstów roboczych. Byli obecni podczas dyskusji, gdy dokumenty te przedstawiane były przez ekspertów i dyskutowane przez Consilium, nie pozwalano im jednak włączać się do debaty.

Jednakże popołudniami odbywały się zawsze nieformalne spotkania z periti, którzy przygotowywali szkice obrzędów – i podczas tych spotkań obserwatorom wolno przedstawiać komentarze, sugestie oraz ewentualne zastrzeżenia. Następnie periti decydowali, czy uwzględnić ich opinie po wznowieniu sesji plenarnych. Jak jednak wyjaśniał kanonik Jasper, podczas owych nieformalnych spotkań panowała absolutna swoboda wypowiedzi i bardzo szczera wymiana opinii.

Dokładnie taki sam proces miał miejsce w trakcie II Soboru Watykańskiego. Protestanccy obserwatorzy, którym nie pozwalano zabierać głosu podczas sesji plenarnych, mogli jednak brać aktywny udział w nieformalnych dyskusjach, podczas których decydował się ostateczny kształt dokumentów. Wpływ ich jest widoczny końcowych wersjach tekstów, na co dowody przytaczam w rozdziale IX mej książki Pope John’s Council. W tym miejscu przytoczę kilka innych świadectw.

Archidiakon Pawley, obserwator anglikański, wyjawił iż:

„(…) Na każdym etapie prac soboru obserwatorom zapewniano sposobność do wyrażania opinii – czego ślady odnaleźć można w samych dokumentach”[1].

Z kolei prezbiterianin Robert McAfee Brown zauważył:

„Zwłaszcza w trakcie dyskusji o ekumenizmie (…) wielu biskupów pragnęło poznać reakcje protestantów na zawarte w schemacie stwierdzenia dotyczące protestantyzmu oraz ich sugestie, w jaki sposób teksty te mogłyby zostać poprawione. Tak więc, choć nie mogliśmy zabierać głosu w sposób bezpośredni, wywieraliśmy wpływ pośrednio, poprzez liczne kontakty z ojcami oraz ich nieodłącznymi asystentami, periti[2].

Dr McAfee Brown zdradza również, iż zdarzały się sytuacje, w których obserwatorzy mogli zabierać głos w sposób bezpośredni. Jeden z biskupów zapytał: „Czy jest coś, co obserwatorzy pragnęliby powiedzieć soborowi o dekrecie De Oecumenismo?”[3] Obserwatorzy przedstawili więc swe opinie na piśmie, a dokument ten dołączony został do pisemnych interwencji, przedklładanych przez biskupów.

Tak więc, choć można by twierdzić, iż oficjalnie obserwatorzy nie współpracowali przy tworzeniu dokumentów soborowych, nie mogli bowiem głosować ani zabierać głosu w debatach, nie ulega jednak wątpliwosci, że byli oni w stanie wywierać wpływ na ostateczny kształt tych tekstów. Z analogicznym procesem mieliśmy do czynienia przy tworzeniu nowych obrzędów liturgicznych przez posoborowe Consilium.

tłum. Scriptor

[1] B. & M. Pawley, Rome and Canterbury Through Four Centuries, 1974, s. 343.

[2] R. McAfee Brown, Observer in Rome, 1964, ss. 227-228.

[3] Ibidem, s. 173.

Kazanie na wspomnienie św. Agnieszki

ks. John Jenkins FSSPX

Kazanie na wspomnienie św. Agnieszki, 21 stycznia

 

Drodzy uczniowie, przyjaciele,

Dzisiejsza Msza święta sprawowana jest w intencjach naszej szkoły, by dzięki łasce Bożej mogła ona pozostać wierna swej misji, a także wzrastać w mądrości oraz liczbie uczniów.

Dziś wspominamy również wielką świętą, jedną z niewielu świętych, które wymieniamy każdego dnia w Kanonie Mszy – świętą Agnieszkę. Jest ona jedną z najbardziej czczonych męczenniczek, przede wszystkim ze względu na fakt – jak mówi święty Ambroży – że okazała wielkie męstwo pomimo swego młodego wieku.

Urodziła się w możnej, choć pogańskiej rodzinie rzymskiej około roku 291. Jej mamka była chrześcijanką i to od niej Agnieszka uczyła się prawd wiary katolickiej od swych najmłodszych lat. Wyrosła na dziewczynę równie pobożną co piękną, odczuwała też wielkie pragnienie ofiarowania swego życia Chrystusowi, którego widziała jako swego Oblubieńca – chciała zostać kimś w rodzaju obecnych sióstr zakonnych. Miała zaledwie dwanaście lat, jednak jej pragnienia były absolutnie szczere, gdyż wola jej umacniana była przez łaskę.

Piękność jej sprawiała jednak, że uwagę zwracało na nią wielu bogatych młodzieńców, wśród nich niejaki Phocus, syn prefekta miasta – Semproniusza, prawdopodobnie najpotężniejszego wówczas człowieka w Rzymie. Jak wielu młodych ludzi Phocus mylił miłość z byciem kochanym i obdarowywał młodą Agnieszkę wieloma cennymi prezentami, pragnąc pozyskać jej względy. Agnieszka, choć młoda, była dostatecznie mądra by wiedzieć, że mężczyzna, który daje podarunki aby pozyskać wzajemność nie jest w rzeczywistości  zdolny do obdarzenia prawdziwym uczuciem, zstępując je rzeczami materialnymi – nie jest prawdziwie zdolny do miłości, a jedynie pragnie być kochany. Czym innym jest ofiarować coś jako znak uczucia, a jeszcze innym usiłować kupić to uczucie za pomocą darów. Ofiarowanie czegoś osobie ukochanej jest czymś normalnym, naturalnym i szlachetnym, natomiast całkowicie sprzeczne z istotą miłości jest traktowanie podarków jako środka płatniczego za miłość. Miłość nie jest czymś, co można kupić, może być ona ofiarowana jedynie w sposób wolny. Największą oznaką miłości są nie tyle kosztowne podarunki, ale zdolność do powiedzenia „Przepraszam”. Podobnie najwspanialszym aktem miłości nie jest wydawanie dla kogoś wielkiej ilości pieniędzy, ale raczej zdolność do wybaczenia. Taka właśnie jest miłość Pana Jezusa względem nas, miłość prawdziwa, trwała i nieskończenie cenna. Dlatego też Agnieszka odrzuciła zaloty tego zaślepionego młodzieńca oświadczając, że już ma Ukochanego o wiele możniejszego i bogatszego niż on, czyli Chrystusa Pana, który wybacza nam nasze grzechy.

I jak często bywa, fałszywa miłość szybko zmieniła się w pogardę. Nie odwzajemniona miłość Phocusa zmieniła się w nienawiść. Zadenuncjował ją jako chrześcijankę wobec swego ojca. Semproniusz odnosił się do niej początkowo bardzo uprzejmie i choć był poganinem proponował wiele sposobów wyjścia z kłopotliwej sytuacji – przyznanie się do chrześcijaństwa oznaczało bowiem wówczas wyrok śmierci. Najpierw polecił jej udać się do świątyni Westy by złożyła ofiarę, Agnieszka jednak odmówiła. Być może podzielając jej umiłowanie czystości proponował jej nawet, by została jedną z  westalek. Agnieszka odrzuciła jednak jakiekolwiek kompromisy z pogańskimi praktykami. Widząc, że nic jej nie przekona, Seproniusz przekazał ją sądowi, by była sądzona jako chrześcijanka.

Prawo rzymskie nie pozwalało skazywać na śmierć dziewic, próbowano więc na różne sposoby skalać jej czystość. Została obnażona i przeprowadzona przez ulice do domu o złej sławie. Długie włosy osłoniły jej skromność, a w domu publicznym strzeżona była  przez anioła, który bronił jej kiedy kilku mężczyzn próbowało źle się z nią obejść. Jeden z młodych ludzi, którzy usiłowali ją splugawić został ku zdumieniu wszystkich porażony ślepotą oraz paraliżem. Bóg wysłuchał modlitw Agnieszki i obronił ją od skalania nawet w najbardziej plugawym miejscu Rzymu.

Choć zachowała dziewictwo, została jednak skazana na śmierć jako czarownica, która sprowadziła ślepotę na owego młodzieńca. Wyprowadzoną ją więc i przywiązano do stosu, by ją na nim spalić, zgromadzone drewno nie chciało się jednak zająć ogniem. Ostatecznie dowodzący egzekucją oficer wyciągnął miecz i podciął jej gardło, wskutek czego wykrwawiła się na śmierć. Jej śmierć wstrząsnęła nawet żądnymi krwi poganami, na których silne wrażenie wywarła jej młodość i niewinność. Tak więc brew intencjom sądu, śmierć ta poskutkowała nową falą sympatii dla chrześcijan. Jej heroiczny przykład doprowadził wielu ludzi do wiary.

Jej doczesne szczątki złożono z wielką czcią w grobie niedaleko miejsca, w którym została stracona. Kilka dni po śmierci świętej Agnieszki przy jej grobie zastano modlącą się młodą dziewczynę o imieniu Emerentiana. Gdy odmówiła opuszczenia tego miejsca  i karciła pogan za skazanie Agnieszki została ukamienowana. Tak więc przykład świętej Agnieszki stał się inspiracją dla wielu męczenników, którzy poszli jej śladami.

Święta Agnieszka jest często przedstawiana z barankiem, co też oznacza jej imię w języku łacińskim. Po grecku brzmi ono Hagne, co oznacza „niewinna, czysta i święta”, dlatego jej imię oznacza nie tylko niewinność, ale i czystość. W jej wspomnienie tradycyjnie z opactwa Tre Fontane w Rzymie przyprowadza się do pobłogosławienia przez papieża dwa baranki. W Wielki Czwartek wełnę z tych baranków bierze się do utkania tak zwanego paliusza, który noszony jest przez papieża, a papież ofiaruje takie paliusze arcybiskupom jako symbol ich jurysdykcji oraz jedności z Następcą Świętego Piotra. Tak więc czystość Agnieszki jest również symbolem świętości i czystości doktryny, która musi być głównym przedmiotem troski biskupa.

Dlatego, moi drodzy uczniowie, w życiu świętej Agnieszki znajdujemy wiele do naśladowania, wiele tez możemy uzyskać dzięki jej wstawiennictwu. Świat wokół nas przypomina na wiele sposobów ten, w którym żyła ona. Świat nie rozumie czystości, a co gorsza, ze wszystkich sił zwalcza ją i wyśmiewa, jak to czynili poganie w stosunku do świętej Agnieszki. Świat nie wie, czym jest prawdziwa miłość, gdyż pogrążony jest w egoizmie i usiłuje wykorzystywać innych dla swej własnej przyjemności. Prawdziwa miłość natomiast mierzona jest tym, ile jest się w stanie ofiarować, wyrzeczeniami dla dobra innych. Tak bardzo potrzebujemy dziś przykładu podobnego do życia świętej Agnieszki, by nawracać pogan żyjących wokół nas i z pewnością możemy modlić się niej, aby wyjednała nam potrzebne łaski.

Módlmy się więc w sposób szczególny o tę łaskę, drodzy przyjaciele, módlmy się, byśmy stali się przykładem czystości dla ludzi żyjących naszym otoczeniu, byśmy byli dla nich przykładem ofiary i prawdziwej miłości. Jedynie wówczas nasze biedne społeczeństwo i nasza ojczyzna będą mogły powrócić do swych chrześcijańskich korzeni, a gdy odkryją na nowo prawdziwą miłość, odkryją też swa prawdziwą misję, jako obrońcy cywilizacji i wiary, która jako jedyna prowadzić może do szczęścia bez końca. Amen.

tłum. Scriptor

„EXTRA ECCLESIAM SALUS NON EST” W ŚWIETLE NAUKI ŚW. AUGUSTYNA

„EXTRA ECCLESIAM SALUS NON EST” W ŚWIETLE NAUKI ŚW. AUGUSTYNA

Ks. Jan Czuj

Zdanie  to  było  niejednokrotnie  w  ciągu  wieków  kamieniem  obrazy  dla innowierców, a częstokroć  nie rozumieli go i może dziś nie rozumieją katolicy. Jest ono tak starem, jak starym jest  Kościół,  a w  formie podanej w  nagłówku: „Extra Ecclesiam salus non est” datuje się od św. Cypriana, uzasadnienie zaś i pogłębienie jego treści zawdzięczamy św. Augustynowi. Ponieważ Chrystus jeden  założył  Kościół  i  przezeń  jedynie  wskazał  drogę  do  zbawienia,  przeto prosty stąd wypływa wniosek, że Kościół  jest instytucją,  niezbędnie potrzebną do osiągnięcia zbawienia, co uważane negatywnie, pokrywa się z twierdzeniem: Poza Kościołem nie  ma zbawienia – Extra  Ecclesiam salus non est.

Poza  Kościołem  można  mieć  wszelakie  korzyści  doczesne,  a  nawet  w duchownych uczestniczyć obrzędach, lecz do zbawienia to nie wystarczy, gdyż ono  jest  tylko  w  Kościele,  założonym  przez  Chrystusa.  Warunkiem nieodzownym  dostąpienia  zbawienia  jest  tedy  życie  w  Kościele,  lecz  nie  w granicach Kościoła tylko, ale w jedności z nim  i miłości.

Z  tego  przekonania  wypływają  przepiękne  porównania,  jakimi  się Augustyn posługuje. I tak, przyrównuje Kościół do arki Noego, w której znaleźli ocalenie przed wodami potopu tylko ci, którzy się w niej schronili, wszyscy inni poginęli.  –  Po przyjściu na świat Chrystusa zbawić się mogą tylko ci, którzy się znajdą w granicach  Kościoła przezeń założonego.

Kościół  jest  świątynią,  w  której  Bóg  wysłuchuje,  poza  nią  nie  masz wysłuchania  na  żywot  wieczny”;  jest  „ową  świętą  górą,  która  wzrosła  z maleńkiego kamienia, według widzenia Daniela, burząc królestwa ziemi  –  i tak się rozrastająca, że napełnia całą ziemię (Dan. II,  35). Ktokolwiek  by znajdował się  poza  tą  górą,  niech  nie  żywi  nadziei,  iż  będzie  wysłuchany  na  żywot wieczny”.

Najpiękniejsze  bezsprzecznie  jest  porównanie  Kościoła  z  ciałem Chrystusa  –  toteż  Augustyn  w  ślad  za  św.  Pawłem  najżywszych, najwspanialszych  dobiera  barw,  by  odmalować  w  całości  obraz  mistycznego ciała  Chrystusowego  –  jak  nazywa  Kościół.  Chrystus  jest  głową  –  Kościół ciałem.  –  Kto  przyjmuje  chrzest,  staje  się  członkiem  mistycznego  organizmu.

Przynależność ta do Chrystusa i Kościoła jest metafizyczną, fizyczną i prawną  – kto przeto do tej całości nie należy – o zbawieniu marzyć nie może.

Dwie  są  głowy  rodzaju  ludzkiego:  Adam,  praojciec,  fizyczną,  Chrystus duchową –  i jak co do ciała wszyscy ludzie pochodzą o d Adama i na wszystkich przeszedł  grzech  praojca,  tak  przez  Chrystusa  wszyscy  rodzą  się  duchowo  i przezeń tylko dostępują usprawiedliwienia i zbawienia. I jak nie  ma człowieka, któryby co do ciała nie pochodził od Adama, tak nie  może być  nikogo, kto  by się  mógł  duchowo  odrodzić  poza  Chrystusem.  Dwie  również  wszyscy posiadamy  matki:  Ewę,  z  której  wzięliśmy  ciało  i  Kościół,  który  nas  odradza duchowo. A więc dwie mamy pary rodzic ów: Adam i Ewa, dając nam życie doczesne, rodzą  nas  na śmierć; Chrystus  i  Kościół, dając  nam życie duchowe, odradzają nas na życie wieczne. Poza tymi rodzicami nie ma życia w ogóle.  „Non  habebit  Deum  Patrem,  qui  Ecclesiam  noluerit  habere  matrem”  – zdanie,  które  się  stało  hasłem  dla  przyszłych  pokoleń  w  walce  z  heretykami  i schizmatykami, powtarza św. Doktor za Cyprianem.

Tak  zresztą  uczyć  i  wierzyć  musiał  nie  tylko  Augustyn,  ale  każdy,  kto uznawał  Kościół  za  jedyną  instytucję,  powołaną  do  prowadzenia  ludzkości  ku zbawieniu i wyposażoną we wszystkie środki do osiągnięcia tak wzniosłego celu –  przyznać  to  musi  każdy  protestant,  chcący  choć  czasem  uchodzić  za bezstronnego.

Jeżeli  tedy  poza  Kościołem  nie  ma  zbawienia,  to  wszyscy,  którzy  do Kościoła  nie  należą,  muszą  iść  na  potępienie  –  powie  ktoś,  słysząc  tak stanowcze  i  na  pierwszy  rzut  oka  bezwzględne  orzeczenie  Augustyna.  W gruncie rzeczy nie jest tak źle.

Za  genialnym  teologiem  był  Augustyn  i  orlim  swym  wzrokiem  dość daleko sięgał w zbawcze plany i wyroki Boże, by  go można posądzać czy  to o pośpiech,  czy  o  przesadę  w  kwestii  tak  ważnej,  jak  kwestia  zbawienia.  Mimo świadomości swej wartości intelektualnej, Augustyn był człowiekiem pokornym i  chętnie  przyjmował  uwagi,  jak  sam  wyznaje  w  jednym  z  listów  do  św. Hieronima,  a  trudno  przypuścić,  by  się  nie  znalazł  ktoś,  kto  by  się przeciwstawił tej nauce, gdyby ją rozumiano tak, jak wskazują pozory lub gdyby nie uwzględniano motywów, z jakich wypływała.

Że twierdzenie „Extra Ecclesiam salus non est” powtarzane bardzo często w  najrozmaitszych  odcieniach,  wypływało  z  najgłębszego  przekonania Augustyna,  świadczą  o  tym  jego  niestrudzone  wysiłki  celem  przywiedzenia donatystów do upamiętania i skłonienia ich do powrotu na łono Kościoła.

Roznamiętnienie i upór schizmatyków wystawiały cierpliwość wielkiego biskupa Hippony na ciężką próbę i niemal żadnej nie rokowały nadziei. Wobec tego  nie  pozostawało  nic  innego,  jak  odwołać  się  zasadniczo  do  niechybnego sądu Bożego i kary wiecznej, czekającej niepoprawnych grzeszników  –  a więc przede  wszystkim  heretyków  i  schizmatyków.  Postępowanie  tedy błędnowierców,  którzy  poza  Kościołem  szukali  drogi  do  zbawienia,  było powodem,  iż często  i z  naciskiem podkreślał zdanie:  „Poza  Kościołem  nie  ma zbawienia”.

Błędnowiercami  byli  obok  donatystów  różni  heretycy,  występujący  na widownię  w  różnych  epokach  działalności  Augustyna.  Manichejczycy  gardzili Kościołem,  odrzucali  Pismo  św.  i  tradycję,  a  popisywali  się  ezoteryczną filozofią  religii,  powierzchowną,  udaną  ascezą  wywierali  znaczny  wpływ  na ludzi  łatwowiernych,  nieuświadomionych  o  ich  rzeczywistej  wartości.  Ich błędom przeciwstawiał Augustyn jedyną i najpewniejszą drogę przez Chrystusa i Jego Kościół.

Jeszcze  silniejszy wyraz tej myśli, że droga do zbawienia wiedzie jedynie przez Kościół katolicki, dał Doktór w polemice z donatystami, a to dlatego,  iż oni z  pośród ówczesnych sekciarzy najwięcej mieli  pozorów, przemawiających za tym, że w ich łonie jedynie przechowało się nie fałszowane chrześcijaństwo, tym  więcej,  że  w  zasadniczych  rzeczach  zgadzali  się  z  katolikami.  Naiwnych mogła  ujmować rzekoma świętość donatystów, bo przecież wyklinali z pośród siebie  grzeszników,  przynajmniej  w  teorii.  Wielu  z  władców  świeckich sprzyjało  odszczepieństwu,  wszystkich  zaś  prześcignął  w  nienawiści   do Kościoła  Julian  Apostata,  który  usiłował  wyzyskać  błędnowierców  przeciw katolikom, tych poniżając, a tamtych obsypując przywilejami.

Toteż nic dziwnego, jeżeli w takich warunkach biskup katolicki tej miary, co  Augustyn,  na  którego  liczyli  okoliczni  biskup i,  patrząc  na  nieokiełzane niczym  szaleństwa  kacerzy  –  nie  mógł  milczeć  i  musiał  wystąpić  stanowczo, stawiając  kwestię  na  ostrzu  miecza.  Tym  się  tłumaczy  pewnego  rodzaju rygoryzm  u  niego  posunięty  aż  do  zaprzeczenia  możności  zbawienia  poza Kościołem. Zaraz jednak uwzględnić należy to, że Augustyn walczył z herezją i schizmą,  nie  jako  teoretyk,  nie  mający  pojęcia  o  życiu  praktycznym,  ale  jako gorliwy  i  troskliwy  biskup,  który  codziennie  własnymi  oczami  patrzył  na nadużycia  i  wybryki  sekciarzy.  Zastrzega  się  wprawdzie  często,  że  występuje tylko przeciw błędnej nauce, a nie przeciw osobom, ale niemożliwą jest dlań rzeczą ustrzec się zaakcentowania  moralnej nędzy błędnowierców, tym bardziej, że  to  mu  ułatwia  walkę  z  fałszywymi  założeniami.  Augustyn  bowiem  jest mocno  przekonany,  że  nie  ma  kacerza,  któryby  błądził  tylko  w  teorii  przeciw artykułom  wiary,  a  nie  wykraczał  równocześnie  w  praktyce  przeciw  dobrym obyczajom. Manichejczyków znał  Augustyn jak nikt inny, bo przez 9 lat był ich  zwolennikiem;  tu  też  znajomość  znakomicie  mu  posłużyła  do sparaliżowania  zgubnych  wpływów  tych  chełpliwych  i  obłudnych  ascetów, dopuszczających  się  w  rzeczywistości  haniebnych  występków.  By  wykazać różnicę  między obyczajami katolików, a ich obyczajami, napisał w  r. 388 dwie rozprawy:  De  moribus  Ecclesiae  catholicae  i  De  moribus  Manichaeorum.

Zdaniem  Augustyna  z  porównania  tego  każdy  snadnie  wysnuje  wniosek  o moralnej  wartości  jednych  i  drugich.  Manichejczykom  stawia  Augustyn bardzo ciężkie zarzuty, tak co do wiary, jak i co do obyczajów; nawet tak zwani „wybrani”  pośród  nich  dopuszczają  się  czynów  karygodnych,  tak  dalece,  iż trzeba  by  o  tym  pisać  całe  tomy,  by  je  wyliczyć.  Jednym  słowem  całe postępowanie  heretyków  zmuszało  Augustyna  do  stanowczego  potępienia  ich doktryny  i  jej  następstw  –  a  nie  mógł  temu  lepszego  dać  wyrazu,  jak  przez postawienie zasady: Extra Ecclesiam salus non est.

Wiele  również  przyczyniła  się  do  akcentowania  tej  zasady  polemika  z donatystami,  którzy  na  zewnątrz  gorszymi  byli  od  manichejczyków  i  zupełnie nie przebierali w środkach, byle dokuczyć katolikom i szerzyć schizmę choćby pałką i pięścią.

Grozą  i  zemstą  zatrzymywali  zwolenników  w  łonie  sekty,  a  katolikom przeszkadzali  nawet  w  wykonywaniu  praktyk  religijnych.  Urządzali formalne  wyprawy  na  świątynie  i  posiadłości  katolickie,  przy  czym niejednokrotnie  nie obeszło się bez tortur  i krwi rozlewu. Jeden zwłaszcza odłam donatystów, tzw. „circumcelliones”  –  istni rozbójnicy, stanowili przednią straż  i  dopuszczali  się  szalonych  zbrodni  na  rachunek  swych  protektorów, duchownych  sekciarzy,  którzy  tego  wrogiego  ruchu  byli  sprężynami.

Ponieważ donatyści powoływali się często na cechę świętości swej sekty, jako główny  probierz  prawdziwości  ich  kościoła,  przeto  Augustyn  oprócz ogólnikowych  i  sumarycznych  oskarżeń  przytacza  całe  szeregi  konkretnych zarzutów,  świadczących  o  tym,  że  donatyści  nie  tylko  nie  odznaczają  się świętością  życia,  jako  wykwitem  wzniosłych  zasad,  ale  nadto  popełniają  i tolerują u siebie wszelkiego rodzaju nadużycia.

Fatalnym  w  skutkach  zasadom  –  o  ile  je  zasadami  nazwać  można  – heretyków  i  schizmatyków  przeciwstawia  Augustyn  tę  cechę  Kościoła Chrystusowego,  która  najłatwiej  wpada  w  oczy,  tj.  jego  powszechność  czyli katolickość.  Sekciarze oderwali się od całości, zasklepili się w  małym zakątku Afryki, zerwali z tradycją i stanęli do walki z całym katolickim światem  –  a co dziwniejsze  –  i  w  rozterkę  ze  samymi  sobą,  bo  co  innego  głoszą,  a  co  innego czynią. Czy wobec tego może być mowa   o osiągnięciu zbawienia tam gdzie nie  ma odpowiednich  ku temu środków, przede  wszystkim  środków  najszerzej pojętych,  tj.  miłości  i  jedności,  bez  których  nie   ma  ani  odpuszczenia  w  tym życiu, ani zbawienia w przyszłym.

Podaliśmy w  najkrótszych zarysach tło, na jakim się rozgrywała walka  i motywy, jakie skłaniały Augustyna do tak rygorystycznego pojmowania kwestii zbawienia.  Zaznaczyliśmy  jednak  wyżej,  że  rygoryzm  ten  nie  jest  tak bezwzględnym, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. I istotnie tak jest. Augustyn nie  wyklucza  bezwzględnie  możności  zbawienia  poza  Kościołem.  Aby  to twierdzenie  pogodzić  z  poprzednim,  należy  u  św.  Doktora  odróżnić  teorię  od praktyki. W teorii, gdy idzie o zasady, Augustyn głosi nieugięcie zdanie:  Extra Ecclesiam  salus  non  est;  w  praktyce  natomiast,  gdy  wchodzi  w  grę  sprawa zbawienia  jednostek,  okazuje  się  człowiekiem  nader  wyrozumiałym  i wspaniałomyślnym.  Nie  wynika  z  tego  jakaś  chwiejność  czy  niestałość  w zapatrywaniach,  bo  zasady  tej  trzymał  się  od  samego  początku  walki  zdonatystami, o czym świadczy np. ” Psalmus  contra partem Donati” z r. 393, w którym z wielką miłością i słodyczą zwraca się do błędnowierców, wykazując im zgubne skutki odłączenia się od Kościoła, jedynego źródła łaski, i nawołując ich  do  rychłego  powrotu.  Zapewne,  że  silniej  akcentował  teoretyczną  zasadę, gdy  został  biskupem,  bo  jako  pasterz  diecezji  więcej  poczuwał  się  do odpowiedzialności  za  całość  zasad  katolickich.  Mimo  to  jednak  i  wtedy  nigdy nie  zaprzeczał  możności  zbawienia  poza  Kościołem  w  poszczególnych wypadkach. Skąd to wiemy? Wiemy to z oświetlenia przez Augustyna stosunku innowierców  tzn.  heretyków  i  schizmatyków  do  Kościoła.  Heretycy  i schizmatycy,  odłączając  się  od  Kościoła,  nie  zrywają  z  nim  całkowicie,  bo pozostaje wiele rzeczy,  które  ich jeszcze  z nim wiążą, jak  np. chrzest, symbol wiary i inne sakramenty; zrywają zaś w pierwszym rzędzie jedność i zgodę. Augustyn nie zaprzecza przedmiotowej wartości sakramentów i ich ważności po stronie  heretyków  i  schizmatyków  –  owszem,  nawet  wyraźnie  o  niej  mówi; natomiast  jako  główną  przeszkodę  w  oddziaływaniu  sakramentów  poza Kościołem,  podnosi  brak  odpowiedniego  usposobienia  u  tych,  którzy  je przyjmują.

Wina błędnowiercy, przyjmującego sakrament, w stopniu swym zależy od stopnia  jego  świadomości,  z  jaką  go  przyjmuje,  nie  zostając  w  łączności  z Kościołem, jedynym prawnym właścicielem sakramentów.

Wielki  Doktor  Kościoła  zachodniego  nie  zaprzecza  możności  dobrego usposobienia  poza  Kościołem,  chociaż  czyni  to  ostrożnie  i  z  pewnymi zastrzeżeniami, które zresztą są całkiem uzasadnione.

Gdzie  nie  ma  prawdziwej  wiary,  tam  żadna  z  cnót  nie  ma  istotnego gruntu, na którym  by się ostać mogła. Z wiary ma wypływać ta najpiękniejsza z cnót –  miłość, bez której nawet wiara nie zbawia; a nie  ma miłości bez jedności i łączności, przede wszystkim duchowej, bo sama zewnętrzna nie wystarcza.

Z  tego  wynika,  jak  Augustyn  wspaniale  z  Kościoła  widzialnego wyprowadza  Kościół  niewidzialny,  czyli  połączenie  (communio)  tych,  którzy czy  to  w  Kościele,  czy  poza  Kościołem  w  dobrej  wierze  żyją,  według najszczerszego swego przekonania.

Z  tego  również  punktu  widzenia  należy  patrzeć  i  na  stosunek błędnowierców  do  Kościoła;  tych  dzieli  Augustyn  na  dwie  kategorie,  tj. formalnych  i  materialnych  czyli  błądzących  świadomie  i  nieświadomie.

Wszystkie  tedy  rygorystyczne  wyrażenia  odnoszące  się  tak  do  możności zbawienia,  jak  i  ważności  sakramentów  poza  Kościołem,  stosują  się  do heretyków i schizmatyków  f o r ma ln y c h , tj. zdających sobie sprawę ze swego postępowania. Posądzanie Augustyna o brak tolerancji   nie  ma najmniejszego uzasadnienia,  jak  również  zarzut  ekskluzywności  katolickiej  moralności  i rygorystycznego  pojmowania  kwestii  zbawienia.  Tak  mogą  sądzić  ci,  którzy albo nie czytali Augustyna, albo czytając, nie chcieli rozumieć.

Jakkolwiek według Augustyna poza Kościołem nie  ma Ducha Świętego, – to  przecież  łaska  Boża  mimo  to  może  oddziaływać  i  na  odszczepieńców  w kierunku  nawrócenia.  Oderwanych  od  Kościoła  przyrównuje  św.  Doktór  do połamanych  gałęzi,  które  mogą  jeszcze  zrosnąć  się  w  jedno  z  życiodajnym pniem.  Dopóki  żyją,  nie  można  zupełnie  wątpić  o  ich  zbawieniu,  bo  i względem  ich  niezmierzonym  jest  miłosierdzie  Boga.  Wielkości  tego miłosierdzia  i  cierpliwości  Bożej  doznał  Augustyn  na  sobie  samym,  jak  mało kto i tyle musiał złamać przeszkód na drodze do nawrócenia, czemu wspaniały wyraz dał w Wyznaniach – że trudno przypuścić, iżby później zapomniał o tym i stał  się  nieubłaganym  dla  błądzących  w  wierze,  zwłaszcza  zrodzonych  i wychowanych  poza  Kościołem.  Augustyn  przyznaje,  że  niejednokrotnie nawet najgorsi heretycy mogą działać w dobrej wierze. Nie może jednak być zbawiony  ani  usprawiedliwiony  ten,  kto  poznawszy  Kościół,  czy  to  z  lektury ksiąg świętych, czy po jego cechach lub w   inny sposób, mimo to zerwał z nim łączność lub zerwanej łączności nie nawiązał.

Według  Augustyna  możliwym  jest  usprawiedliwienie,  zasługujące  na żywot  wieczny,  dokonujące  się  w  duszy  człowieka  bez  zewnętrznej  pomocy, wtedy  mianowicie,  gdy  ta  zewnętrzna  pomoc  i  widzialne  środki  są  dlań niedostępnymi.  Dobre  usposobienie,  „recta  dispositio”  w  wypadku  extremae necessitatis  zastępuje  sakrament  chrztu;  w  ten  sposób  np.  zbawił  się  łotr  na krzyżu.  Przekonywująco  dowodzi  wielki  biskup  Hippony,  że  od  początku rodzaju  ludzkiego,  a  raczej  od  obietnicy  Odkupiciela,  objawiał  się  Chrystus różnymi sposobami ludzkości,  i w każdym czasie  byli tacy, którzy weń wierzyli; byli tacy już w erze patriarchalnej od Adama do Mojżesza; byli zwłaszcza wśród narodu wybranego,  a nie brakło ich  i wśród pogan. Co z tego wynika? Oto, że Bóg  nigdy  nie  skąpił  łaski  swej  i  środków,  wiodących  do  zbawienia  –  a odmawiał ich tylko tym, którzy z własnej woli i winy stali się ich niegodnymi.

Widzimy  tedy  z  tego  krótkiego  przedstawienia  sprawy,  iż  Augustyn bardzo roztropnie pojmuje kwestię zbawienia  –  nie potępia z góry nikogo  –  jest wyrozumiałym na słabości ludzkie –  i zasadę: „Extra Ecclesiam salus non est” w ten sposób  i w tym  znaczeniu  głosi,  iż każdy ze spokojnym sumieniem  na  nią zgodzić się może.

Trwajcie przy Tradycji

Abp Marcel Lefebvre

 

Trwajcie przy Tradycji

Kazanie wygłoszone we Flüe 25 sierpnia 1985 roku

 

W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

 

Podczas objawień w Lourdes i w Fatimie Najświętsza Maryja Panna prosiła nas, za pośrednictwem św. Bernadetty oraz trojga pastuszków, o wytrwałą modlitwę oraz pokutę. I to właśnie czyniliście przez całą minioną noc. To właśnie czyniliście w trakcie całej tej pielgrzymki, modląc się i podejmując umartwienia. Cała minioną noc poświęciliście na modlitwę, uczestnicząc we Mszy św. oraz odmawiając Różaniec. Pielgrzymując tu oddawaliście się wytrwale pokucie i modlitwie, pomimo zmęczenia i złej pogody, odnieść można nawet wrażenie, iż wymaga od nas tego sam św. Mikołaj z Flüe, nie jest to bowiem pierwszy raz, kiedy pielgrzymujemy do jego grobu w strumieniach deszczu. Znośmy więc cierpliwie te umartwienia, mamy bowiem liczne powody do czynienia pokuty, które chciałbym teraz pokrótce przypomnieć.

Pierwszą intencją w jakiej powinniśmy je ofiarować jest synod, synod który rozpocząć ma się w Rzymie pod koniec listopada a zakończyć w Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Oczekujemy na niego zarówno z wielką nadzieją, jak i wielką obawą. Oczekujemy na to wydarzenie z nadzieją, mamy bowiem ufność w Bogu, mamy ufność w Najświętszej Maryi Pannie i wierzymy, że kardynałowie zgromadzeni wokół papieża uświadomią sobie powagę sytuacji, w jakiej znalazł się obecnie Kościół i odkryją na nowo drogę Tradycji. Pomimo jednak iż w sam kard. Ratzinger w swej [opublikowanej niedawno] książce odmalowuje tragiczną sytuację w Kościele, wydaje się on nie dostrzegać drogi, która musi doprowadzić Kościół z powrotem do naszego Pana Jezusa Chrystusa, aby przywrócić mu jego dawną żywotność. Nie ma innej drogi ratunku, jak tylko droga Tradycji. Mamy jednak nadzieję, jako że Bóg jest Wszechmocny, iż dzięki waszym umartwieniom okaże nam On swą łaskę, zachowujemy więc ufność iż niektórzy przynajmniej kardynałowie wypowiedzą się odważnie, mówiąc całemu zgromadzeniu synodalnemu w Rzymie, że konieczny jest powrót do Tradycji.

Czymże jest Tradycja, jeśli nie nauczaniem Kościoła na przestrzeni XX wieków? Nie możemy zmienić doktryny Kościoła, której nauczał on przez całą swą historię. Dlatego właśnie modlimy się całym sercem, błagając Najświętszą Maryję Pannę, aby zechciała wyprosić światło Ducha Świętego dla synodu, który ma się odbyć w Rzymie. Mamy nadzieję iż zgromadzeni na nim zrozumieją, że konieczny jest powrót do Tradycji Kościoła, do Mszy Wszechczasów, do sakramentów wszechczasów, do prawdziwego kultu naszego Pana Jezusa Chrystusa, który jest jedyną drogą zbawienia. Taka jest nasza nadzieja i ufamy, iż dzięki waszym modlitwom i ofiarom Bóg was wysłucha – i również władze Kościoła zrozumieją konieczność powrotu do Tradycji.

Jak jednak powiedziałem, z nadzieją tą łączy się również obawa, albowiem czytając treść przemówień wygłoszonych w Rzymie przez członków sekretariatu synodu, które zostały następnie opublikowane na łamach „L’Osservatore Romano”, odnieść można niestety wrażenie, że ludzie ci pragną dalej postępować drogą wytyczoną przez II Sobór Watykański. Na czym jednak polega ta nowa orientacja? Jak możemy podsumować tę nową orientację Kościoła po Vaticanum II? Jest to ekumenizm, ekumenizm oznaczający całkowicie nowe stanowisko względem wrogów Kościoła, oznaczający że maja być oni obecnie postrzegani jako nasi bracia, że Kościół ma utrzymywać z nimi dobre stosunki i starać się ich zrozumieć, przypodobywać się im, że mamy dialogować z komunistami, z masonami i wyznawcami wszystkich innych religii, fałszywych religii: z muzułmanami, z protestantami i Żydami. [Twierdzi się obecnie, że] Kościół musi utrzymywać dobre stosunki ze wszystkimi tymi ludźmi, którzy zawsze go zwalczali. Muzułmanie oraz Żydzi są zasadniczo antychrześcijańscy, są wrogami naszego Pana Jezusa Chrystusa. Zawsze z Nim walczyli, i to samo powiedzieć można o masonach oraz komunistach. Zawsze walczyli oni z Królestwem naszego Pana Jezusa Chrystusa. Pragną je zniszczyć. Tak więc aby zyskać sobie przychylność wszystkich tych ludzi usunięto z Kościoła wszystko, co mogłoby ich razić, co mogłoby ich drażnić. Z tego właśnie powodu zaproszono do prac nad reformą liturgiczną protestantów i poproszono ich, aby wyrazili swe pragnienia odnośnie potencjalnych zmian w liturgii Mszy. Byli oni obecni podczas prac nad nowym mszałem, w konsekwencji więc po II Soborze Watykańskim dokonała się wielka zmiana, Kościół zaś przyjął całkowicie nową orientację, różniąca się całkowicie od tego, czego nauczał przez XX wieków.

Czegóż bowiem uczył Kościół przez całą swą historię jeśli nie tego, że nasz Pan Jezus Chrystus jest jedynym naszym Królem? Jedynie Chrystus Pan jest drogą do nieba i drogą do zbawienia. Jak sam powiedział: „Ja jestem Drogą i Prawdą i Życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie. Ego sum ostium. Ja jestem bramą owiec”. I tego właśnie Kościół zawsze nauczał. Z tego właśnie powodu wysyłał misjonarzy na cały świat, aby głosili muzułmanom, protestantom, poganom i wszystkim, którzy nie znają Zbawiciela oraz walczą z Jezusem Chrystusem: jest tylko jedna droga do zbawienia – nasz Pan Jezus Chrystus. Tak więc przywódcy tych religii więzili misjonarzy i mordowali ich, przelewali krew Apostołów i misjonarzy. Wszyscy niemal Apostołowie ponieśli śmierć męczeńską. Dlaczego? Ponieważ głosili naszego Pana Jezusa Chrystusa, pragnęli wykorzenić religie które niewoliły dusze i prowadziły je do piekła. Tak więc Apostołowie mówili: „Nie, nie wolno wam już wierzyć we wszystkich tych fałszywych bożków, przyjdźcie do naszego Pana Jezusa Chrystusa a będziecie zbawieni. Tylko On jest Zbawicielem, tylko On jest zbawieniem”. Tu solus altissimus, Tu solus Dominus, Jesu Christe. Tylko Tyś Najwyższy, tylko Tyś jest Panem, Jezu Chryste. Śpiewamy to podczas Gloria. Taka właśnie jest prawdziwa orientacja Kościoła.

Obecnie jednak przekonuje się nas, iż powinniśmy przemilczeć to wszystko aby nie sprawiać przykrości wyznawcom innych religii. Nie możemy już mówić o naszym Panu Jezusie Chrystusie, możemy mówić o Bogu, o prawach człowieka, o działalności dobroczynnej, nie możemy jednak mówić o prawach naszego Pana Jezusa Chrystusa, o Jego władzy królewskiej. A przecież taki właśnie jest cel chrześcijan – mamy szerzyć panowanie Jezusa Chrystusa nie tylko w niebie, ale i na ziemi. Przyjdź Królestwo Twoje, Bądź wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi – wola naszego Pana Jezusa Chrystusa. Tak więc przemówienia owe napawają mnie obawą. Obawiam się, że ludzie zgromadzeni na synodzie zdecydują się kontynuować ową orientację która niszczy Kościół, niszczy go dogłębnie, ponieważ w istocie chodzi o samą  naszą wiarę. Nie możemy milczeć o tym, że Jezus Chrystus jest naszym Królem, że jest On naszym Bogiem, że jest On jedyną drogą do zbawienia. Nie możemy o tym milczeć, nawet gdybyśmy musieli przelać swą krew aby potwierdzić naszą wiarę w Chrystusa. Musimy więc modlić się, aby Rzym powrócił do prawdziwej orientacji Kościoła, by nie zmieniał orientacji Kościoła, by nie schodził z drogi Apostołów, papieży, soborów, świętych i wszystkich tych, którzy kroczyli nią przez XX wieków, abyśmy pozostali na tej drodze.

Druga intencja związana jest z pierwszą: módlcie się za naszych kapłanów, za naszych seminarzystów, ponieważ obecnie to właśnie oni muszą przejąć pochodnię wiary, wiary którą Apostołowie, święci oraz papieże przekazywali nam na przestrzeni wieków.  To właśnie ci młodzi kapłani, ci młodzi seminarzyści, ci zakonnicy, muszą szerzyć dalej panowanie naszego Pana Jezusa Chrystusa, urzeczywistniać je na tym świecie. Potrzebują oni dziś w tych trudnych czasach szczególnych łask. Oby wytrwali we wierze i mogli przekazywać ją również wam. Oby przekazywali waszym dzieciom i rodzinom prawdziwą religię naszego Pana Jezusa Chrystusa. Proszę was wszystkich o żarliwą modlitwę w tej intencji. Wiecie, iż od czasu gdy założyłem Bractwo Św. Piusa X, wyświęciłem około 250 księży. 162 z nich jest członkami Bractwa. Mamy też 250 seminarzystów. 50 innych zostało zakonnikami, w Barroux u Dom Gerarda, franciszkanami u Dom Eugene, kapłanami Bractwa Przemienienia Pańskiego ks. Lecareux, dominikanami; także tych kapłanów wyświęciłem i należą oni obecnie do tych różnych zgromadzeń. Tak więc myślę, że to na nich spoczywa obecnie obowiązek głoszenia orędzia Kościoła, orędzia Zbawiciela, to od nich zależy ciągłość Kościoła – pracują oni obecnie na całym świecie: w Ameryce Południowej, w Ameryce Północnej, w Kanadzie, w Europie, w Australii, w Południowej Afryce, a niebawem być może posługiwać będą również w Afryce Równikowej. Pomagajcie wszystkim tym kapłanom, naszym kapłanom, którzy rozproszeni są po całym świecie, przez wasze modlitwy, aby mogli oni pozostać wierni nauczaniu które otrzymali, wierni Tradycji Kościoła, wierni temu, czego Kościół nauczał przez XX wieków  – i jeśli byłoby to konieczne, by byli gotowi przelać swą krew za naszego Pana Jezusa Chrystusa, za Jego panowanie. Proście Najświętszą Maryję Pannę, by otaczała ich szczególną opieką, by zachowała ich we wierze katolickiej, by nie odstąpili od doktryny Kościoła, i mogli kiedyś powiedzieć za św. Pawłem: „Tradidi quod et accepi” „Przekazałem to, co otrzymałem”, podobnie jak ja sam chciałbym móc powiedzieć w godzinie mej śmierci: „Przekazałem wam to, co otrzymałem, przekazałem wam orędzie [Ewangelii], przekazałem wam sakramenty, przekazałem wam Najświętszą Ofiarę Mszy, takimi jakie je sam otrzymałem”. Oby ci młodzi kapłani również byli w stanie powtarzać to przez całe swe życie. Dajemy wam to, co sami otrzymaliśmy i co pochodzi od Apostołów oraz od naszego Pana Jezusa Chrystusa. Tak więc polecam ich waszym modlitwom, ze względu na ich własne oraz wasze dobro, ponieważ potrzebujecie tych kapłanów, tych prawdziwych kapłanów, którzy sprawują prawdziwą Mszę, prawdziwą Ofiarę Mszy. Potrzebujecie ich, ponieważ potrzebujecie łask Chrystusa aby osiągnąć zbawienie, aby wskazać waszym dzieciom drogę do zbawienia, co nie jest dziś rzeczą łatwą. Bardzo liczę więc na wasze modlitwy, byśmy zawsze mogli mieć dobre powołania.

W roku bieżącym liczba powołań będzie prawdopodobnie jeszcze wyższa. Zazwyczaj każdego roku przyjmujemy około 60 nowych seminarzystów, jednakże na przestrzeni kolejnych lat połowa z nich rezygnuje, co oznacza że możemy wyświęcać każdego roku mniej więcej 30 nowych kapłanów. Polecam ich waszym modlitwom oraz opiece Najświętszej Maryi Panny, aby zachowali wiarę, którą im przekazaliśmy.

Trzecia intencja dotyczy w szczególny sposób was, drodzy obywatele Szwajcarii. Myślę, że wyrażam w ten sposób pragnienie samego św. Mikołaja z Flüe. Gdyby tylko mógł on dziś powstać z grobu i przemówić do swych rodaków, tak jak czynił to za życia i kiedy założył konfederację szwajcarską! Jako, że pamięć o nim pozostaje wśród nas wciąż żywa, jako że gromadzimy się dziś wokół jego grobu i modlimy się do niego – Msza którą dziś sprawujemy odprawiana jest właśnie ku jego czci – pragnąłbym wystąpić wobec was niejako w jego imieniu. Drodzy Przyjaciele, wiecie prawdopodobnie o najnowszej inicjatywie ustawodawczej dotyczącej rodziny, inicjatywie niszczącej sam jej fundament, na którym zbudował ją Bóg. Jest to projekt prawdziwie szatański. Czy to możliwe, by w kraju tak konserwatywnym jak Szwajcaria zarządzono kiedykolwiek referendum, które – z tego co słyszeliśmy – może zakończyć się przyjęciem owego projektu, niszczącego całkowicie rodzinę? Jeśli projekt ów przejdzie, ojciec rodziny nie będzie już posiadał żadnej władzy. Taki jest właśnie cel owego nowego prawa: pozbawi ono ojca jakiejkolwiek władzy nad żoną oraz dziećmi. Podobnie jak odrzucono autorytet Boga proklamując prawa człowieka, podobnie jak doprowadzono do paraliżu władzy Kościoła przez wszystkie te nowinki: te synody, konferencje, które pozbawiły realnej władzy biskupów, tak też obecnie pragnie się zniszczyć władzę ojca rodziny, która jest fundamentem społeczeństwa – i całkowicie zniszczyć tę instytucję. Tak więc pragnę uwiadomić wam konsekwencje przyjęcia tego projektu. Musicie na to reagować, nie wolno wam pozwolić zamordować szwajcarskiej rodziny, instytucji ustanowionej przez samego Boga, uświęconej przez sakrament małżeństwa, w którym Bóg daje nam w swej dobroci – że tak powiem – pewien posmak nieba. Czyż jest na ziemi coś piękniejszego? Ojciec, opiekun rodziny; matka będąca w pewnym sensie jej sercem, podlagająca władzy ojca, oraz dzieci, które radują serca ojca oraz matki. Każdy ma swe własne miejsce: ojciec i matka troszczą się o wychowanie swych dzieci, o ich formację, o przekazanie im wiary, o ich postęp w praktykowaniu cnót  – wypełniając przypisane sobie odrębne role. Obecnie jednak stara się to zniszczyć, niszcząc władzę ojca rodziny. Odtąd żona będzie mogła wybrać inne miejsce zamieszkania. Jeśli tylko pojawi się najmniejszy problem, będzie mogła odwołać się do sądu przeciwko swemu mężowi. Będzie mogła zażądać od niego płacy za pracę, jaką wykonuje w domu. Czy ktoś słyszał kiedyś o czymś podobnym? Zastanówcie się jednak przez chwilę nad konsekwencjami takiego prawa. Musi ono doprowadzić do zniszczenia samego serca rodziny. O jakiej miłości między małżonkami można by wówczas mówić? I co stanie się z dziećmi w rodzinie, w której rodzice mogą żyć osobno, matka nie zachowując już nazwiska męża, ale wracając do panieńskiego? Wszystko to ma na celu zniszczenie tej fundamentalnej instytucji społecznej. Tak więc Drodzy Przyjaciele, zwracam wam uwagę na ten problem, który jest bardzo, bardzo poważny. Nie dajcie sobie zamydlić oczu, to właśnie usiłuje się obecnie urzeczywistnić w Szwajcarii. Następnie pojawią się kolejne inicjatywy ustawodawcze legalizujące aborcję, antykoncepcję i rozwody, wszystkie te zamachy masonów na instytucję rodziny rodzinie zaczynały się  zawsze od jednego kraju, a następnie, stopniowo,  zło to rozprzestrzeniało się po całym świecie. Jest to element planu Szatana walczącego z naszym Panem Jezusem Chrystusem, który jest naszym Stwórcą, który stworzył rodzinę. To On stworzył rodzinę. Jest naszym Bogiem, jest Stwórcą rodziny. Aby obalić władzę naszego Pana Jezusa Chrystusa usiłuje się obecnie zniszczyć prawa, jakie nadał On naturze oraz pozbawić nas łask, które przypisane są do sakramentu małżeństwa. Zachęcam was do refleksji nad tym, jako że głosowanie to ma odbyć się już w przyszłym miesiącu.

Co jednak najbardziej zdumiewające, wręcz niewyobrażalne – przeczytałem niedawno list biskupów szwajcarskich na ten właśnie temat, list w którym aprobują oni tę inicjatywę – katoliccy biskupi Szwajcarii popierają inicjatywę, której konsekwencją musi być zniszczenie rodziny. Jak to możliwe? Czy zastanowili się oni nad tym choćby przez chwilę? Doszliśmy do sytuacji, w której sami biskupi nie patrzą na rzeczy z perspektywy Wiary, chcą bowiem za wszelką cenę dostosować się do świata, który nie jest już katolicki. Tracą całkowicie sensus catholicus. Pragnę wam to uświadomić. Nie mógłbym tego przemilczeć, jest to moim obowiązkiem jako biskupa. Przeczytałem ten list z prawdziwym przerażeniem. Błagajmy Boga, błagajmy Najświętszą Maryję Pannę, by prawo to nie zostało uchwalone, przyjęcie go oznaczałoby bowiem koniec tego kraju. Co pozostanie,  gdy rodzina nie będzie już fundamentem społeczeństwa? Nic. Ileż rodzin zostało już zniszczonych wskutek rozwodów! Rodzice porzucają swe dzieci, pozbawione odtąd ojca lub matki, skazując je na ciągłą tułaczkę. Nie mają już domu, tak więc sięgają po narkotyki, stają się przestępcami i zaczynają kraść. Taki jest skutek rozwodów. Jaki więc będzie rezultat wprowadzenia tych nowych praw, które są czymś jeszcze gorszym, które instytucjonalizują niejako rozdział pomiędzy mężem a żoną?

Błagajmy więc Boga, aby uchronił nas od tego, i jeśli macie sposobność napisania do waszych biskupów, uczyńcie to i nalegajcie na nich, by byli obrońcami katolickiej rodziny i całego życia rodzinnego. Oby zastanowili się nad tym, co robią. List ten jest czymś absolutnie niewiarygodnym. Czy uwierzyliście, że nie posługują się już oni nawet terminem „małżeństwo”? W liście ich nie ma już kwestii małżeństwa. Znacie termin jakim się posługują – używam go po francusku, nie wiem bowiem jak tłumaczy się go na niemiecki, chodzi jednak o to samo, partenariat [partnerstwo]. Nie mówią już o małżeństwie, ale o partnerstwie. Co to oznacza? Oznacza to, że mąż i żona są równorzędnymi partnerami, że nie już pomiędzy nimi różnic, podobnie jak w przypadku dwóch partnerów którzy podejmują decyzję o utworzeniu spółki. Zwróćcie uwagę iż partnerstwo to oznacza, że w powstałej w tej sposób wspólnocie nie istnieje hierarchia – obrzydliwość, która sprzeczna jest z wolą Bożą. Tak więc proszę was o modlitwę i akty pokuty, aby projekty te nie przeszły i byście zachowali tradycyjne instytucje, katolickie rodziny, które są gwarancją wielkości waszego kraju. Z rodzin tych wyszły dziesiątki tysięcy powołań kapłańskich, zakonnych i misyjnych – które niosły światło wiary na cały świat. Kiedy byłem biskupem Senegalu, miałem tam wiele powołań pochodzących właśnie ze Szwajcarii, kapłanów i misjonarzy, ponieważ w Szwajcarii były dobre katolickie rodziny. Dzień, w którym chrześcijańskie rodziny znikną, lub też sama rodzina zostanie zniszczona – oznaczać będzie koniec tego wszystkiego. Łaska Boża nie będzie już obecna w tych rodzinach, oznacza to kompletną ruinę kraju. Oby więc Bóg pozwolił wam uświadomić sobie katastrofalne konsekwencje tych projektów i obyście wy sami uczynili wszystko co w waszej mocy, aby nie dopuścić do ich urzeczywistnienia: po pierwsze poprzez modlitwę, poza tym zaś poprzez wszystko co jesteście w stanie zrobić, aby nie dopuścić do ich przyjęcia. Co musimy czynić w tym celu? Musimy zwrócić się do Najświętszej Maryi Panny. Naszą bronią jest Różaniec. To właśnie Różaniec, to Najświętsza Maryja Panna powstrzymała inwazję islamu na Europę. To Najświętsza Maryja Panna udaremniła komunistyczny przewrót w Brazylii, a ostatnio również w Chile. Dokonało się to dzięki odmawianiu Różańca – to dzięki temu wrogowie Kościoła zostali powstrzymani. Cóż, obecnie wróg jest u naszych drzwi. Pragnie całkowicie unicestwić panowanie Zbawiciela nad nami.

Weźmy więc do rąk nasz Różaniec i równocześnie róbmy co w naszej mocy, wspomagani przez łaskę Bożą, aby powstrzymać wrogów Kościoła, wrogów naszych dusz – i doprowadzić do tryumfu naszego Pana Jezusa Chrystusa i Jego Najświętszej Matki.

W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

tłum. Scriptor

Prawo do oporu w przypadku nadużycia władzy

Michael Davies

Prawo do oporu w przypadku nadużycia władzy

 

W Rozdziale II oraz Dodatku II wykazałem, że nawet jeśli bulla Quo primum została zniesiona lub unieważniona, każdy kapłan ma w dalszym ciągu prawo do odprawiania Mszy Trydenckiej na mocy odwiecznego zwyczaju. Prawo to zachowuje niezależnie od tego, jakie stanowisko w tej sprawie zajęliby biskupi diecezjalni czy kongregacje rzymskie. Zachowałby je nawet wówczas, jeśli sam papież jasno dałby do zrozumienia, że nie życzy sobie celebracji Mszy Trydenckiej. Co jednak stałoby się, gdyby papież wykorzystał swą władzę do uchylenia tego prawa poprzez wyraźne unieważnienie owego odwiecznego zwyczaju w sposób formalny? Nie ma wątpliwości, iż miałby władzę to uczynić. Dzięki Bożej Opatrzności jak do tej pory żaden Następca św. Piotra nie posunął się do wydania tak katastrofalnej w skutkach decyzji. Gdyby jednak – przed czym niech Bóg broni – papież rzeczywiście anulował prawo każdego kapłana do odprawiania Mszy Trydenckiej w formie, która nie pozostawiałaby wątpliwości, czy oznaczałoby to, że tradycyjni kapłani nie mieliby wyjścia i musieliby celebrować Novus Ordo Missae? Wniosek taki nie jest bynajmniej oczywisty. Sam fakt, że dany akt jest legalny, nie czyni go jeszcze sprawiedliwym. Osoba piastująca władzę, nawet papież, może działać ultra vires, czyli nadużywać swej władzy. W takim przypadku wierni mieliby prawo odmówić posłuszeństwa.

Omawiałem tę kwestię szczegółowo w mej książce Apologia pro Marcel Lefebvre i wszystkich czytelników pragnących zapoznać się z nią szczegółowo odsyłam do Dodatku II tej pozycji. Składa się on z dwóch części: pierwsza dotyczy sprawy Roberta Grosseteste, XIII-wiecznego biskupa Lincoln (i prawdopodobnie najwybitniejszego katolika, jakiego wydał Kościół angielski), który wszedł w konflikt z papieżem odmawiając mianowania bratanka Innocentego IV kanonikiem katedry w Lincoln. Człowiek ów nie zamierzał nawet pojawić się w Anglii, urząd kanonika miał stanowić dla niego jedynie źródło dochodu. Biskup Grosseteste zwrócił papieżowi uwagę, że celem tego urzędu jest zapewnienie wiernym opieki duszpasterskiej, a nie dochodu jego krewnym. Choć papież był władny uczynić swego bratanka kanonikiem, biskup stwierdził, że nie miał po temu moralnego prawa, nie wykorzystywał bowiem w tym przypadku władzy otrzymanej od Jezusa Chrystusa do celu, dla jakiego została mu ona powierzona, tj. do budowania Mistycznego Ciała Chrystusa. Odmówił więc papieżowi posłuszeństwa– i nie ulega wątpliwości, iż miał w tym wypadku słuszność.

Dietrich von Hildebrand był zdania, że nic nie powinno być zakazywane, o ile nie jest ewidentnie szkodliwe lub złe. Nie sposób wyobrazić sobie, na jakiej podstawie celebracja Mszy Trydenckiej mogłaby być sprawiedliwie zakazana. Należy pamiętać, że zajmuje ona wyjątkowe miejsce w historii Kościoła Zachodniego, a w swych zasadniczych elementach sięga czasów św. Grzegorza Wielkiego i odleglejszej jeszcze przeszłości. Co najważniejsze, została ona w swej ostatecznej formie promulgowana przez św. Piusa V jako akt posłuszeństwa Soborowi Trydenckiemu i przyjąć należy, że tak jak nauczanie tego soboru o Eucharystii miało mieć charakter definitywny, to samo powiedzieć należy również o rycie, który jest doskonałym wyrazem liturgicznym tego nauczania. Ponieważ władza papieża powierzona została mu dla budowania Mistycznego Ciała Chrystusa, trudno byłoby utrzymywać, że realizowałby on ten cel znosząc ryt Mszy, stanowiący najwspanialsze dziedzictwo Kościoła Zachodniego.

Jeśli przyjmie się, że wprowadzony przez papieża zakaz celebracji Mszy Trydenckiej stanowiłby nadużycie władzy, wówczas każdy kapłan byłby usprawiedliwiony odprawiając ją pomimo tego papieskiego zakazu. By lepiej to wyjaśnić, przytoczę tu kilka fragmentów drugiej części Dodatku II z mej książki Apologia pro Marcel Lefebvre.

Nauczanie św. Tomasza z Akwinu

Według katolickich teologów i kanonistów prałat może nadużyć swej władzy na wiele sposobów, w tym również poprzez narzucenie niesprawiedliwego prawa oraz zaniedbanie obowiązku strzeżenia i przekazywania Depozytu Wiary, czy to poprzez milczenie w obliczu herezji, czy nawet jej nauczanie. W pierwszym z tych przypadków katolik ma prawo odmówić posłuszeństwa, w drugim natomiast ma wręcz obowiązek stawiania oporu. Według powszechnej opinii teologów i kanonistów legislator powinien nie tylko wystrzegać się narzucania  prawa, którego jego poddani nie byliby w stanie wykonać, ale również tego, by prawa nie były dla nich zbyt uciążliwe i bolesne. Św. Tomasz wyjaśnia, że aby prawo było sprawiedliwe, musi ono odpowiadać wymogom rozumu i przynosić korzyść tym, do których ma się odnosić. Prawo może przestać być wiążące nawet bez odwołania go przez legislatora, kiedy jest w oczywisty sposób szkodliwe, niemożliwe do wypełnienia czy nierozumne[1]. Jest to szczególnie prawdziwe, gdy prałat nakazuje coś sprzecznego z Bożym prawem (Praelato non est obediendum contra praeceptum divinum). Na poparcie swego nauczania św. Tomasz przytacza ustęp z Dziejów Apostolskich 5, 29: „Trzeba bardziej słuchać Boga, niż ludzi”.  Naucza, że w przypadku takiego rozporządzenia grzech popełniałby nie tylko ów prałat, ale też ci, którzy okazywaliby mu posłuszeństwo, podobnie jak popełniałby go nie będąc posłuszni prawu Bożemu (ipse peccaret praecipiens, et ei obediens, quasi contra praeceptum Domini agens)[2].

W kwestii, czy podwładni mają obowiązek być posłuszni swym przełożonym we wszystkich rzeczach, św. Tomasz wyjaśnia: „Nie wolno być posłusznym wobec przełożonego, jeśli to jest sprzeczne z przykazaniem Bożym”[3]. Normalnie podwładni maja obowiązek okazywać posłuszeństwo prawu Kościoła oraz państwa, wolno im jednak opierać się surowym i szkodliwym prawom, które nie przyczyniają się do dobra wspólnego. Pod żadnym pozorem nie wolno im narażać na szwank wiary zasłaniając się posłuszeństwem. Biorąc pod uwagę zakres, w jakim nauczanie eucharystyczne Soboru Trydenckiego zostało w tekstach liturgicznych Novus Ordo Missae zbagatelizowane i pamiętając, że nowy ryt spotkał się z aprobatą przedstawicieli licznych sekt protestanckich, katolicki kapłan słusznie mógłby powiedzieć, iż celebrując Novus Ordo Missae nie pozostawałby wierny nauczaniu Soboru Trydenckiego. Tak więc kapłani pragnący celebrować tradycyjną Mszę mogą argumentować, że zaakceptowanie Novus Ordo pod pozorem posłuszeństwa oznaczałoby wystawienie na szwank wiary.

Jednak, o ile tradycjonaliści słusznie mogliby argumentować, że tacy kapłani mają prawo domagać się poszanowania swego sumienia, powinni również akceptować fakt, iż inni kapłani nie uważają bynajmniej, by narażali wiarę na szwank posługując się Novus Ordo Missae, ponieważ ortodoksja tego rytu zagwarantowana została przez samego papieża. Byłoby niesprawiedliwością podważać ortodoksję kapłana jedynie dlatego, iż celebruje on Mszę według nowego rytu.

Kluczowe znaczenie ma tu rozróżnienie pomiędzy schizmą a nieposłuszeństwem. Kwestia ta omówiona została w Dictionnaire de Theologie Catholique przez samego o. Yvesa Congara OP, nieubłaganego krytyka abpa Marcela Lefebvre’a i ruchu tradycjonalistycznego[4]. O. Congar wyjaśnia, że akt schizmatycki polega na odrzuceniu autorytetu prawomocnej władzy – jak to było np. w przypadku Marcina Lutra. Wykazuje też, że odmowa zaakceptowania decyzji legalnej władzy w konkretnym przypadku nie stanowi aktu schizmy, ale nieposłuszeństwa. Katolik, który bez słusznego powodu opuszcza Msze niedzielne jest nieposłuszny, ale nie jest schizmatykiem – choć jego nieposłuszeństwo stanowi grzech ciężki. Jednak nieposłuszeństwo bezprawnemu nakazowi, odmowa podporządkowania się nadużyciu władzy, mogą być aktem cnoty. To nie bp Grosseteste popełnił grzech odmawiając mianowania bratanka papieża kanonikiem katedry w Lincoln, ale papież, który chciał wykorzystać urząd przeznaczony do pracy duszpasterskiej dla zapewnienia dochodu swemu krewniakowi. Jak jednak pogląd taki pogodzić można z nauczaniem Konstytucji dogmatycznej I Soboru Watykańskiego Pastor aeternus?

„Dlatego nauczamy i wyjaśniamy, że Kościół rzymski, z rozporządzenia Pana posiada nad wszystkimi innymi [Kościołami] pierwszeństwo zwyczajnej władzy, oraz że ta jurysdykcyjna władza biskupa Rzymu, która jest rzeczywiście biskupia, jest bezpośrednia: wobec niej obowiązani są zachować hierarchiczne podporządkowanie i prawdziwe posłuszeństwo pasterze i wierni wszelkiego obrządku i godności, każdy z osobna i wszyscy razem, i to nie tylko w sprawach wiary i moralności, ale także w kwestiach dotyczących dyscypliny i kierowania Kościołem rozproszonym po całym świecie; w ten sposób, żeby – przez zachowanie jedności zarówno wspólnoty, jak i wyznawania tej samej wiary z biskupem Rzymu – Kościół Chrystusa był jedną owczarnią wokół jednego najwyższego pasterza. To jest nauka prawdy katolickiej, od której nikt nie może odstąpić bez utraty wiary i zbawienia”[5].

W żarliwej obronie prerogatyw papieskich niektórzy katolicy interpretują te słowa w ten sposób, jak gdyby wyposażały one papieża we władzę, której w rzeczywistości nigdy on nie posiadał i nigdy nie mógłby posiadać. Nie zdając sobie często z tego sprawy, sugerują oni, wprost lub pośrednio, iż papież posiada władzę absolutną czy też arbitralną, tj. że może on rządzić Kościołem w sposób całkowicie nieskrępowany. Jednak władza papieża nie jest ani arbitralna ani absolutna – sama myśl, że słowa Pastor aeternus mogłaby być interpretowane w ten sposób była uważana [przez ojców soborowych] za absurdalną, zaś postulaty, by dołączyć do Konstytucji klauzule mające interpretacje takie wykluczać, traktowane były jako śmieszne. Gdy pochodzący z Ameryki biskup Verot z Savannaah zaproponował przyjęcie kanonu: „Gdyby ktoś powiedział, że władza papieża w Kościele jest tak absolutna, że może on rozporządzać wszystkim wedle swych zachcianek, niech będzie wyklęty” ojcowie odpowiedzieli, że biskupi nie przyjechali do Rzymu po to, by „słuchać błazenad”[6].

Biskup Freppel z Angers, wykładowca teologii na Sorbonie, należący do grupy teologów, którzy wezwani zostali do Rzymu w celu przygotowania soboru,  podczas dyskusji nad władzą jurysdykcyjną papieża powiedział:

„Absolutyzm rzymski jest systemem opartym o tezę Ulpiana, wedle której wola władcy stanowi prawo. Czy ktoś twierdził jednak kiedykolwiek, że papież rzymski powinien rządzić Kościołem wedle własnego upodobania, swych kaprysów i fantazji, w sposób całkowicie arbitralny, jednym słowem bez praw i kanonów? Wszyscy odrzucamy władzę czysto arbitralną, bronimy jednak władzy pełnej i doskonałej. Czy władza jest arbitralna dlatego tylko, iż jest najwyższa? Czy rządy świeckie są arbitralne, ponieważ są władzą najwyższą? Czy arbitralnym jest sobór powszechny zatwierdzony przez papieża? Połóżmy kres temu pomieszaniu pojęć! Niech doktryna przedstawiona w schemacie[7] przyjmowana będzie w jej autentycznym, właściwym sensie, bez absurdalnych interpretacji”[8].

Biskup Zinelli był członkiem ciała odpowiedzialnego za wyjaśnianie sensu schematu ojcom soborowym. W odpowiedzi melchickiemu Patriarsze Antiochii wyjaśnił on, że władza papieska nie jest monarchią absolutną, ponieważ forma rządów Kościoła ustanowiona została przez Chrystusa i nie mogłaby być zmieniona nawet przez sobór powszechny. „I nikt przy zdrowych zmysłach nie może twierdzić, że papież czy sobór powszechny mogą zniszczyć urząd biskupi czy inne elementy określone przez prawo Boskie”[9].

Jeśli władza papieża nie jest ani absolutna ani arbitralna, w sposób oczywisty musi być ona ograniczona. Najbardziej oczywistym i najważniejszym ograniczeniem pełni władzy papieskiej (plenitudo potestatis), wspomnianą przy wielu okazjach w trakcie dyskusji podczas I Soboru Watykańskiego, jest właśnie zasada, na mocy której bo Grosseteste odmówił posłuszeństwa Innocentemu IV:

„Jak powiedziałem, Stolica Apostolska w swej świętości nie może niszczyć, może jedynie budować. To właśnie oznacza pełnia władzy, może ona czynić wszystko ku zbudowaniu. Jednak owe tak zwane prowizje nie budują, ale niszczą”.

To właśnie miał na myśli inny członek tego ciała, bp d’Avanzo z Calvi:

„Tak więc Piotr posiada tyle władzy, ile dał mu jej Pan, nie do niszczenia, ale do budowania Ciała Chrystusa, którym jest Kościół”[10].

W swym dziele Dialogus de potestate papae (1517) dominikanin Sylwester Prierias dopuszczał sytuację, w której papież mógłby nadużyć swej władzy i – powtarzając niejako argumentację bpa Grosseteste – podkreślał, że posiadane przez niego prerogatywy i przywileje dane mu zostały jedynie do budowania, a nie do niszczenia:

„Tak więc, gdyby zechciał on rozdać majątek Kościoła lub Patrymonium św. Piotra swym własnym krewnym, gdyby chciał zniszczyć Kościół albo popełnić podobny czyn, istniałby obowiązek powstrzymania go, sprzeciwiania się mu i stawiania mu oporu. Powód tego jest taki, iż nie posiada on władzy by niszczyć, z czego z kolei wynika, iż jeśli postępowałby taki sposób, dozwolone byłoby okazywanie mu nieposłuszeństwa”.

Widzimy więc jasno, iż Pastor aeternus nie obliguje katolików do wiary, iż papież posiada władzę absolutną czy arbitralną, ani że zaprowadzane przez niego prawa nie podlegają żadnej krytyce. Osobną kategorię stanowi nauczanie doktrynalne, przy którym papież angażuje swą nieomylność – każdy katolik ma obowiązek przyjąć je wewnętrznie oraz wyznawać publicznie.

Odnosząc się do możliwości konfliktu między sumieniem a nakazem papieskim, kard. Newman wyjaśnia:

„Co do konieczności kierowania się głosem sumienia, konflikt między nim oraz władzą papieża możliwy jest jedynie wówczas, gdy papież promulguje prawo lub wydaje konkretny nakaz etc. (…) [Jest tak ponieważ] papież nie jest nieomylny w swych prawach, ani w swych rozporządzeniach, w aktach wykonywanych jako głowa państwa, w administracji czy polityce”[11].

Decyzja o nieposłuszeństwie woli papieża jest jednak sprawą bardzo poważną. Bez wątpienia lepiej byłoby ulec błędowi bezmyślnego i absolutnego posłuszeństwa, niż przyjąć modernistyczną zasadę poddawania każdej decyzji papieża osobistemu osądowi. Kard. Newman ostrzega:

„Jeśli w konkretnym przypadku [głos sumienia] miałby być traktowany jako święty i nadrzędny, aby przeważył on nad decyzją papieża konieczne jest zachowanie wielkiej rozwagi, poprzedzenie decyzji modlitwą i dołożenie wszelkich starań, by wyrobić sobie w danej kwestii słuszny osąd. Co więcej, papież posiada prawo do naszego posłuszeństwa, co oznacza, iż onus probandi spoczywa, jak w przypadku wszelkich wyjątków od reguły, na sumieniu danego człowieka. O ile człowiek nie jest w stanie stwierdzić wobec Boga, że nie wolno mu działać zgodnie z intencją papieża, ma obowiązek być mu posłusznym i sprzeciwiając się mu popełniałby ciężki grzech. Sam zmysł lojalności każe mu wierzyć w słuszność postanowienia papieża i stosownie do niego postępować”[12].

Jest to rzecz, o której tradycjonaliści nie powinni nigdy zapominać. Nic nie powinno przejmować katolika większym lękiem i obawą, niż nieposłuszeństwo nakazowi papieża. Akt taki mógłby być dozwolony jedynie przy pewności, że posłuszeństwo papieżowi oznaczałoby nieposłuszeństwo wobec Boga („Powinniśmy bardziej słuchać Boga, niż ludzi” Dz 5, 29).

Kard. Newman podkreśla, że jeśli człowiek jest szczerze przekonany, że „to co nakazuje przełożony jest niemiłe Bogu, nie jest zobowiązany do posłuszeństwa[13]. Jak dodaje:

„Słowo «przełożony» z pewnością obejmuje papieża, kard. Jacobatius jasno wykłada ten punkt w swym dziele o soborach, które znajduje się w zborach Labbe, wymieniając papieża imiennie: «W przypadku wątpliwości, czy posłuszeństwo nakazowi (papieża) byłoby grzechem czy nie, musimy stosować się do następującej zasady: jeśli osoba, do której odnosi się nakaz przekonana jest, że posłuszeństwo byłoby grzechem i niesprawiedliwością, pierwszym jej obowiązkiem jest rozwianie tych wątpliwości, gdyby jednak okazało się to niemożliwe, ma obowiązek postępować wedle nakazu sumienia i cierpliwie znosić nałożone kary” Lib. IV s. 241[14].

W tym właśnie kontekście kard. Newman zauważył:

„Gdybym został zmuszony do włączenia religii do toastów wznoszonych po obiedzie (co nie jest obecnie zbyt popularne), będę je wznosił w pierwszym rzędzie za Sumienie, a potem za Papieża”[15].

Posłuszeństwo prawu a normy moralne

Powyższy podtytuł pojawia się na stronie 394 książki Karla Rahnera Studies in Modern Theology, która opublikowana została po angielsku w roku 1965. Rahner czyni w niej ważne rozróżnienie pomiędzy tym, co jest legalne pod względem prawnym oraz tym, co jest dopuszczalne moralnie. Przytacza też przykład aktu papieskiego, który byłby ważny pod względem legalności, jednak moralnie niedopuszczalny, a który przypomina konflikt pomiędzy bpem Grosseteste a Innocentym IV:

„Wyobraźmy sobie że papież składa z urzędu kompetentnego i pobożnego biskupa bez żadnej obiektywnej przyczyny, jedynie po to, by powierzyć jego stanowisko jednemu ze swych krewnych. Nie da się udowodnić, że akt taki byłby nieważny pod względem prawnym. Nie ma sądu, do którego można by się odwołać od takiej decyzji papieża. Jedynie papież posiada stosowne kompetencje i on sam jest ostateczną instancją mogącą osądzić, czy wykonując ów akt stosował się do norm, pozwalających uznać go za usprawiedliwiony. Jednak przy całej niepodważalnej ważności takiego aktu, byłby on bez wątpienia niemoralny i stanowił de facto wykroczenie przeciwko boskiemu prawu biskupa, choć nie dotyczyłoby to sfery doktryny”.

Sto lat temu, w maju roku 1879 r., wspólnie z  Johnem Henrym Newmanem do godności kardynalskiej wyniesiony został bp Joseph Hergenrother. Jako jeden z najwybitniejszych teologów swego czasu, wezwany został do Rzymu, by pomóc w pracach przygotowawczych do I Soboru Watykańskiego. W późniejszym okresie stał się jednym z najwybitniejszych apologetów i interpretatorów soboru, wielkim poważaniem darzył go sam Pius IX. W pismach swych jasno dawał on do zrozumienia, że władza jurysdykcyjna przypisana przez sobór papieżowi żadną miarą nie może być postrzegana jako arbitralna czy nieograniczona:

„Papież jest ograniczony przez konieczność czynienia właściwego i dobroczynnego użytku ze swych przywilejów (…) Jest również ograniczony przez szacunek należny soborom powszechnym oraz starożytnym statutom i zwyczajom, przez prawa biskupów, przez stosunki z władzą świecką, przez tradycyjne umiarkowany charakter swych rządów, na jaki wskazuje sam cel ustanowienia urzędu papieskiego – czyli «umacnianie» – i na koniec poprzez konieczność uwzględniania ducha i charakteru narodów”[16].

Uwaga kard. Hergenrothera o konieczności respektowania starożytnych zwyczajów ma szczególne znaczenie w kontekście odmowy zaakceptowania nowej Mszy przez abpa Lefebvre’a oraz tradycjonalistów. Jednym z najwybitniejszych szermierzy prymatu papieskiego w XV wieku był kard. Juan de Torquemada, który w swym traktacie o Kościele Summa de Ecclesia (1489) nieugięcie bronił nieomylności i pełni władzy papieskiej. Z dzieła tego czerpali swe argumenty najsłynniejsi obrońcy prymatu Piotra z czasów poprzedzających I Sobór Watykański –Domenico Jacobazzi, Kajetan, Melchior Cano, Suarez, Grzegorz z Walencji i Bellarmine. Kard. Torquemada nauczał, że papież mógłby stać się schizmatykiem zrywając z tradycją, zwłaszcza w sferze kultu:

„Papież może odłączyć wskutek swej samowoli od ciała Kościoła i od kolegium kapłańskiego, odstępując od tego, co zachowuje Kościół powszechny na mocy tradycji apostolskiej (…) albo od tego, co nakazane zostało przez sobory powszechne lub Stolicę Apostolską, zwłaszcza w kwestii kultu Bożego – jeśli nie chciałby przestrzegać tego, co dotyczy obowiązujących powszechnie obrzędów Kościoła”[17].

Również Francisco de Suarez (1548-1617) twierdził, iż papież mógłby stać się schizmatykiem usiłując obalić tradycyjne zwyczaje i obrzędy Kościoła. Suarez uważany jest powszechnie za najwybitniejszego teologa jezuickiego, a sam Paweł V nazywał go „doctor eximius et pius”. Dla Suareza schizma, w sensie ściśle teologicznym, polega na rozbiciu jedności Kościoła. Nie wymaga ona głoszenia formalnej herezji i dotyczyć może osoby, która zachowuje co prawda wiarę, jednak w swym postępowaniu i zachowaniu okazuje niechęć do zachowywania jedności z Kościołem. Jak pisał:

„Papież może być schizmatykiem jeśli nie chce zachować jedności i więzi z całym ciałem Kościoła, jeśli usiłuje ekskomunikować cały Kościół albo – jak pisze Kajetan – jeśli usiłuje znieść wszystkie obrzędy kościelne, które potwierdzone są przez tradycję apostolską”[18].

Jest faktem bezspornym, że nigdy w historii Kościoła żaden papież nie przeprowadził tak całościowego zniesienia tradycyjnych zwyczajów i obrzędów jak Paweł VI. Jedynym porównaniem, jakie się tu nasuwa, jest reformacja protestancka – została ona jednak przeprowadzona przez ludzi, którzy otwarcie stawiali się poza jednością Kościoła.

Podobny przykład moralnie niedozwolonego aktu papieskiego podaje również ks. Rahner:

„Wyobraźmy sobie że papież, działający jako najwyższy pasterz Kościoła, wydał dziś dekret wymagający, by wszystkie unickie Kościoły Bliskiego Wschodu porzuciły swe wschodnie liturgie i przyjęły ryt łaciński (…) Nie przekroczyłby kompetencji prymatu jurysdykcyjnego i dekret taki były ważny pod względem prawnym.

Możemy jednak postawić inne pytanie: czy dekret taki byłby dopuszczalny pod względem moralnym? Każdy człowiek rozumny i każdy prawdziwy chrześcijanin odpowiedziałby na to pytanie: «nie». Każdy spowiednik papieża powiedziałby mu, że w konkretnej sytuacji dzisiejszego Kościoła dekret taki, pomimo jego legalności, byłby zarówno subiektywnie jak i obiektywnie nadzwyczaj poważnym wykroczeniem przeciwko miłości, przeciwko dobrze rozumianej jedności Kościoła (która nie wymaga jednolitości), że stanowiłby przeszkodę dla ponownego połączenia się prawosławia z Kościołem rzymskim etc, że byłby ciężkim grzechem, z którego papież mógłby być rozgrzeszony jedynie wówczas, gdyby dekret ów odwołał.

Przykład ten oddaje istotę kwestii. Można ją oczywiście przedstawić w sposób bardziej ogólny i abstrakcyjny w dowodzeniu teologicznym:

  1. Wykonywanie prymatu jurysdykcyjnego przez papieża – nawet kiedy pozostaje ono w zgodzie z normami prawnymi – podlega normom moralnym, które nie muszą być spełnione z tego tylko względu, że dany akt jest legalny. Nawet akt jurysdykcji, który legalnie wiąże poddanych, może stanowić wykroczenie przeciwko normom moralnym.
  2. Protest przeciwko naruszeniu norm moralnych przez akt, który normy te ma obowiązek respektować, nie oznacza negowania ani kwestionowania kompetencji legislacyjnych osoby posiadającej władzę jurysdykcyjną”[19].

Ks. Rahner stwierdza dalej, że „może istnieć prawo a nawet obowiązek protestowania” przeciwko aktowi moralnie niedopuszczalnemu, „nawet wówczas, gdyby jego legalność była bezdyskusyjna”[20]. Uchylając się od odpowiedzi na pytanie, jaką formę miałby przybrać taki protest, potępia jednak w najsurowszych słowach tych, którzy twierdziliby, iż każdy akt władzy kościelnej, w tym samego papieża, nie może być kwestionowany, o ile tylko ważny jest pod względem prawnym (zauważmy, że pisał to w roku 1965). Słowa jego można by odnieść do tych konserwatywnych katolików, którzy atakują tradycjonalistów  z tego jedynie powodu, iż kwestionują oni ważny akt legislacji papieskiej. Co innego, gdyby kwestionowali oni podstawy, na jakich opiera się protest tradycjonalistów, można bowiem dyskutować nad tym, czy Novus Ordo stanowi zerwanie z Tradycją, czy narusza prawdziwe nauczanie eucharystyczne, prowadzi do nadużyć liturgicznych etc. Ponieważ jednak negują oni, by katolicy posiadali jakiekolwiek prawo do kwestionowania ważnego pod względem prawnym aktu papieskiego, wszelka dalsza dyskusja staje się niemożliwa.

Czy znamy z historii przypadki interwencji papieży w zwyczaje liturgiczne, które odpowiadałyby przykładom podanym przez Rahnera i Suareza? Odpowiedź brzmi: «tak» i to w przynajmniej dwóch przypadkach. Za pontyfikatu św. Wiktora (189-198) kontrowersję wywołał fakt, iż niektórzy azjatyccy chrześcijanie nie dostosowali swego systemu obliczania daty Wielkanocy do zwyczaju rzymskiego, wskutek czego Wielkanoc świętowana była w różne dni w różnych częściach Kościoła.

„Wiktor nakazał Kościołom Azji dostosować się do zwyczaju reszty Kościoła, napotkał jednak na zdecydowany opór ze strony Polikratesa z Efezu który twierdził, że ich zwyczaj wywodzi się od samego św. Jana. Wiktor odpowiedział ekskomuniką. W tej sytuacji interweniował jednak św. Ireneusz, wzywając Wiktora by nie odcinał [od jedności] całych Kościołów z powodu, który nie należał do sfery wiary. Przyznawał, że papież ma prawo przeprowadzić swą wolę, nalegał jednak, by tego nie czynił. Stawiający opór biskupi Azji nie kwestionowali bynajmniej zwierzchnictwa Rzymu – uważali po prostu, iż Wiktor nadużył swej władzy nakazując im porzucić zwyczaj, który opierał się na autorytecie apostolskim (…) Widząc, że z jego uporu wynikłoby więcej szkody niż pożytku, św. Wiktor zrezygnował z nałożenia kary”[21].

Liczni papieże, w tym Mikołaj II, św. Grzegorz VII i Eugeniusz IV próbowali narzucić ryt rzymski katolikom Mediolanu. Mediolańczycy posunęli się nawet do chwycenia za broń w obronie swej tradycyjnej liturgii (rytu ambrozjańskiego) i ostatecznie odnieśli zwycięstwo[22]. Ich ryt, posiadający tradycję dłuższą niż 200 lat, nie został zniesiony przez promulgację bulli Quo primum (1570).

Skarcenie św. Piotra

Nagana, jakiej udzielił św. Paweł św. Piotrowi w Antiochii (Gal 2) stanowi klasyczny przykład sytuacji, w której sam papież wymagał napomnienia. Postępowanie Piotra, który nie spożywał posiłków z konwertytami z pogaństwa sprzeczne było z jego własnymi przekonaniami oraz z prawdą Ewangelii. Mógł podważyć w ten sposób wolność pogan oraz Żydów od nakazów prawa mojżeszowego i choć nie był winny błędu doktrynalnego, postępowaniem swym udzielał wsparcia judaizantom. Św. Tomasz wyjaśnia:

„(…) w wypadku zagrożenia dla wiary, podwładni powinni upominać przełożonych nawet publicznie. I tak nawet Paweł, który był podwładnym Piotra, strofował go publicznie, a powodem tego było grożące zaburzenie w sprawach wiary. I tak to rozumie Glossa Augustyna do listu do Galatów (2,14) mówiąc: «sam Piotr dał przykład przełożonym, by w wypadku zejścia z prostej drogi nie oburzali się na upomnienia podwładnych».”[23].

Cytując raz jeszcze Suareza:

„Gdy [papież] wydaje polecenie sprzeczne z dobrym obyczajem, nie trzeba być mu posłusznym; jeśli próbuje czynić coś jawnie sprzecznego ze sprawiedliwością i wspólnym dobrem, dozwolone jest przeciwstawiać się mu; jeśli atakuje siłą, siłą powinien być odparty, z umiarkowaniem wymaganym w sytuacji usprawiedliwionej obrony”[24].

Św. Robert Bellarmine naucza:

„Jak jest dozwolone sprzeciwiać się papieżowi, gdy atakuje ciało, tak też dozwolone jest przeciwstawić się mu, gdy niepokoi dusze albo stwarza zamieszanie w państwie, a tym bardziej jeśli działa ku zniszczeniu Kościoła. Jest dozwolone – powiadam – stawić mu opór nie wypełniając jego nakazów i przeszkadzając w spełnieniu się jego woli, nie jest jednak dozwolone sądzić go, karać czy składać z urzędu, gdyż akty te zastrzeżone są dla władzy zwierzchniej”[25].

Jasno więc widzimy, że prawo do opierania się papieżowi posiada solidną podstawę w teologii katolickiej, choć okoliczności, które usprawiedliwiałyby takie postępowanie, musiałyby być nadzwyczaj poważne. Przypomnijmy raz jeszcze słowa kard. Newmana: „O ile człowiek nie jest w stanie stwierdzić wobec Boga, że nie wolno mu działać zgodnie z intencją papieża, ma obowiązek być mu posłusznym”. Celem niniejszego dodatku jest jedynie dowiedzenie, że w nadzwyczajnych okolicznościach katolik może mieć nie tylko prawo, ale i obowiązek okazania nieposłuszeństwa papieżowi.

tłum. Scriptor

[1] Patrz ks. Raymond Dulac, “Courrier de Rome”, nr 15.

[2] Tomasz z Akwinu, ST, II-II, Q.XXXIII, art. VII, Odp. 5.

[3] Tomasz z Akwinu, ST, II-II, Q.CIV, art. 5, Odp. 3.

[4] Dictionnaire de Theologie Catholique, t. XIV, s. 1303, kol. 2.

[5] D, 1827.

[6] C. Butler, The Vatican Council, 1930, t. II, s. 80.

[7] Tj. schemacie przygotowawczym Konstytucji.

[8] Ibidem, ss. 84-85.

[9] J.D. Mansi, Sacrorum conciliorum nova et amplissima collectio, 1957-1927, t. 52, s. 715.

[10] Ibidem.

[11] Difficulties of Anglicans, 1876, s. 256.

[12] Ibidem, ss. 257-258.

[13] Ibidem, ss. 260-261.

[14] Ibidem, s. 261.

[15] Ibidem.

[16] Catholic Encyclopedia, 1913, t. XII, ss. 269-270.

[17] Summa de Ecclesia, 1560, ks. IV, cz. 2, rozdz. 11.

[18] De Charitate, Disputatio XII de schismate, sectio I, 1959, 12733 ff.

[19] K. Rahner, Studies in Modern Theology, 1965, ss. 394-395.

[20] Ibidem, s. 397.

[21] Catholic Encyclopedia, 1913, t.12, s. 263.

[22] Ibidem, t. 1, s. 395.

[23]Tomasz z Akwinu, ST, II-II, Q.XXXIII, art. IV, Odp. 2.

[24] De Fide, Disp. X, sect. VI, n. 16.

[25] De summo pontifice, 1870, ks. II, rozdz. 29.

Pismo święte nie wystarcza do zbawienia

Ks. John Jenkins

 

Pismo święte nie wystarcza do zbawienia

 

Drodzy wierni, szanowni państwo

Chciałbym dziś mówić o kontrowersji, która rozstrzygnięta została już dawno temu, choć  odnoszące się do niej orzeczenia zostały dziś niemal powszechnie zapomniane. Błędy, o których mam zamiar dziś mówić, zostały już dawno potępione, a jednak podobnie jak diabeł nie przestają one powracać wciąż na nowo, zgodnie ze słowami Pisma: „jak pies do wymiotów powraca, tak głupi powtarza szaleństwa” (Prz 226,11; 2P 2,22). Herezja zwana Sola Scriptura, o której mówić będziemy za chwilę, pozostaje w naszych czasach bardzo rozpowszechnionym błędem.

Pomiędzy modernizmem i protestantyzmem istnieją bardzo realne związki, zwłaszcza w tym, co dotyczy głównych zasad, stanowiących niejako ich siłę napędową. Więź ową dostrzec można zwłaszcza pewnych aspektach doktrynalnych, wspólnych dla obu wspomnianych błędów. Niedawno wygłosiłem konferencję poświęconą nowej Mszy, podczas której wykazałem, że nowy ryt Mszy nie jest zgodny z doktryną eucharystyczną Soboru Trydenckiego. Można nawet powiedzieć, że nowa Msza, stworzona przez reformatorów po II Soborze Watykańskim, jest protestancka zarówno w swej inspiracji, jak i owocach.

Jednym ze skutków tak zwanych reform Vaticanum II oraz heretyckiego ekumenizmu, praktykowanego w Kościele przez ostatnich 40 lat, jest destrukcyjny wpływ protestanckich idei i praktyk na życie Kościoła, nawet wśród duchowieństwa. Usłyszałem na przykład niedawno od pewnego  – rzekomo katolickiego – kapłana, że obecność Zbawiciela na ołtarzu nie jest tak ważna, jak Jego obecność w Piśmie świętym, że lektura Ewangelii przynosi duszy większą korzyść niż Komunia święta. Inny kapłan napisał do mnie, że jednym z dobrych owoców II Soboru Watykańskiego było, cytuję: „odkrycie Pisma świętego”, które było przedtem zaniedbywane przez katolików. Podróżując środkami komunikacji publicznej spotykam często ludzi uważających, że ich wiara opiera się na samej tylko Biblii, nieświadomych w znacznej mierze istnienia Tradycji i tego, czym ona jest.

Obecnie, ze względu na wielką łatwość w przemieszczaniu się, mamy w Polsce do czynienia z rosnącymi wpływami protestantów, przede wszystkim wskutek wielkiego oddziaływania ekonomicznego państw protestanckich, takich jak Stany Zjednoczone. Wielu ludzi zmuszonych jest do pracy w krajach protestanckich. Niezliczone sekty rozpowszechniają wszędzie swe broszury i ulotki, nie mówiąc już o wpływie filmu i telewizji, przesiąkniętych protestanckimi ideami i wartościami. Wszystko to oznacza, że jako katolicy musimy zachować czujność i nie pozwolić zwieść się tym wpływom, a podstawową bronią w walce z herezją jest dobra znajomość przeciwnika.

 

Znaczenie Sola Scriptura

Co więc oznacza Sola Scriptura? Te dwa łacińskie słowa są niejako sztandarowym sloganem reformy protestanckiej – sola – czyli samo, oraz scriptura, czyli pismo, co odnosi się konkretnie do świętych ksiąg, które nazywamy Biblią. Główny sens tego sloganu jest taki, że wszystko, co Bóg nam objawił, zawarte jest w Biblii i że niczego nie wolno do tego dodawać, czy też że sama tylko Biblia zawiera całość Bożego Objawienia. Zasadniczo oznacza to, że aby dostąpić zbawienia, wystarczy żyć zgodnie z naukami zawartymi w samej tylko Biblii. Oznacza to również, że wszelkie nauki, których nie można znaleźć w Biblii, są podejrzane, albo przynajmniej nie pochodzą z Bożego natchnienia. Protestanci argumentowali, że Kościół zbłądził przypisując zbyt wiele znaczenia naukom i praktykom nie wspominanym przez Pismo, które jako jedyne powinno stanowić punkt odniesienia dla wiary.

Podobnie jak w przypadku wszystkich innych błędów, również ta koncepcja interpretowana jest w sposób mniej lub bardziej rygorystyczny, zwłaszcza w kwestii, jak należy odnosić się do nauk, których nie można znaleźć w Biblii. Niektórzy będą je tolerować, inni natomiast, jak Marcin Luter, nazywać będą Mszę świętą czy spowiedź wynalazkami diabelskimi (List do szlachty, Rozmowy stołowe). W ujęciu bardziej umiarkowanym oznacza ona, że rdzeń czy też źródło wierzeń chrześcijańskich znajduje się w Biblii i że przestrzeganie nakazów w niej zawartych wystarcza do zbawienia, a domaganie się czegoś ponad to nie jest w istocie chrześcijańskie.

Jak jednak zobaczymy, znajomość samego tylko Pisma nie wystarcza bynajmniej do zbawienia, co więcej – sama Biblia potępia w istocie takie twierdzenie. Aby wykazać fałszywość twierdzenia, że Pismo święte jest jedynym źródłem Objawienia, czy też że samo tylko wystarcza do zbawienia, podzielimy nasz wywód na trzy części. Po pierwsze, przyjrzymy się samemu Pismu i zbadamy, czy naucza ono takiej doktryny. Następnie prześledzimy historię chrześcijaństwa i zobaczymy, czego nauczali autorzy chrześcijańscy i Ojcowie Kościoła minionych wieków. Ostatecznie przejdziemy do konkluzji, że koncepcja Sola Scriptura nie tylko nie ma oparcia w Piśmie, ale też jest ahistoryczna i całkowicie nie do obrony.

  1. Samo Pismo święte obala koncepcję Sola Scriptura

Jeśli skupimy się naukach samego Pisma, tak jak chcą tego protestanci, uderzy nas od razu fakt, że nigdzie w Biblii nie znajdujemy sformułowania Sola Scriptura, ani nawet idei, że samo tylko Pismo powinno być postrzegane jako wyłączna reguła wiary. Ponieważ ludzie, którzy wyznają zasadę Sola Scriptura twierdzą, że są chrześcijanami i uznają autorytet Nowego Testamentu, zacznijmy od pierwszych ksiąg Nowego Testamentu i zobaczmy, czego naprawdę wymaga się od uczniów Jezusa Chrystusa.

  1. Nie wszystkie nauki Chrystusa Pana zawarte są w Biblii

W Ewangelii św. Mateusza czytamy: „Idąc tedy, nauczajcie wszystkie narody, chrzcząc je w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, nauczając je zachowywać wszystko, cokolwiek wam przykazałem” (Mt 28, 19-20). Zauważmy, że Zbawiciel nakazuje tu swym Apostołom nauczać i zachowywać to, co im przekazał, nie wspominając nic o konieczności spisywania tych nauk. Chrystus Pan mówi ponadto „wszystkiego”, a nie jedynie części. Samo Pismo św. zaświadcza jednak, że nie wszystko co Chrystus Pan czynił i czego nauczał znajduje się w Biblii. Św. Jan Ewangelista pisze nawet: „I wiele też innych znaków uczynił Jezus, które nie są zapisane w tej księdze” (J 20, 30), oraz „Jest też wiele innych rzeczy, które uczynił Jezus, które gdyby z osobna opisywać, mniemam że sam świat nie mógłby pomieścić ksiąg, które by trzeba napisać” (J 21, 25).

Niektóre z tych nauk Zbawiciela, które nie zostały zapisane w Ewangeliach, znaleźć możemy w Dziejach Apostolskich, gdzie św. Paweł mówi do wiernych w Efezie: „Wszystko wam pokazałem, że tak pracując, trzeba podejmować chorych i pamiętać na słowa Pana Jezusa, który powiedział: Szczęśliwa to rzecz raczej dawać, aniżeli brać”. Zwróćmy uwagę, że tych słów „Szczęśliwa to rzecz raczej dawać, aniżeli brać” nie znajdujemy nigdzie w Ewangeliach. Tak więc, jak mówi św. Jan, nie wszystkie słowa Chrystusa Pana znaleźć można w Ewangelii.

Można również zauważyć, że większość Apostołów w ogóle nie pisała, a jednak ich nauki posiadają autorytet nie mniejszy niż tych, którzy to czynili. Pan Jezus powiedział do nich wszystkich, nie tylko do Ewangelistów: „Kto was słucha, mnie słucha, a kto wami gardzi, mną gardzi, a kto mną gardzi, gardzi tym, który mnie posłał” (Łk 10, 16). Chrystus nie powiedział: kto wasze słowa czyta, moje słowa czyta… Sam nie napisał ani jednego słowa.

  1. Chrześcijanie pierwszych wieków posiadali jedynie nauczanie ustne

Na początku Ewangelii św. Łukasza czytamy: „Ponieważ wielu starało się ułożyć opowiadanie o rzeczach, które się wśród nas dokonały, jak nam podali ci, którzy się im od początku sami przypatrywali i byli sługami słowa; postanowiłem i ja, zbadawszy wszystko dokładnie od początku, spisać ci po kolei, dostojny Teofilu, abyś poznał prawdę tych słów, których cię nauczono” (Łk 1, 1-4). Widzimy więc, że wierni, do których św. Łukasz pisał, otrzymali już nauczanie Chrystusa i że on sam pisał w celu potwierdzenia słów, które już uprzednio otrzymali. Nauki Chrystusa poprzedzały spisanie Ewangelii św. Łukasza o cały szereg lat. Nasuwa się więc pytanie: co z wiernymi, którzy żyli w latach poprzedzających spisanie Ewangelii? Czy byli oni chrześcijanami i czy mogli dostąpić zbawienia? W rzeczywistości wiara ich nie mogła być oceniana w odniesieniu do Biblii, ponieważ nie istniała ona jeszcze – i według słów św. Łukasza, jego Ewangelia była jedynie autorytatywnym potwierdzeniem nauk, które już otrzymali i w które wierzyli.

Podobnie św. Paweł w Liście do Tesaloniczan pisze: „Dlatego i my dziękujemy Bogu nieustannie, że przyjąwszy głoszone przez nas słowo Boże, przyjęliście je nie jako słowa ludzkie, ale jak jest prawdziwie, jako słowo Boga” (1Tes 2, 13). Słowa te pochodzą jednak z pierwszego listu do Tesaloniczan co oznacza, że w przeszłości nigdy on do nich nie pisał – słowo Boże było im jedynie „głoszone”. Chrześcijanie pierwszych wieków nie posiadali nawet Biblii, a jednak wierzyli w Jezusa Chrystusa na szereg lat przed napisaniem niniejszego listu.

Co więcej, w tym samym liście św. Paweł chwali Tesaloniczan nie za to, że uwierzyli w nauki Biblii czy też je praktykowali, ale za to, że „staliście się naśladowcami naszymi i Pana, przyjąwszy słowo w wielkim utrapieniu z weselem Ducha Świętego, tak że staliście się wzorem wszystkim wierzącym w Macedonii i Achai” (1Tes 1,6). Mieszkańcy Tesalii przedstawiani są więc jako wzór dla wiernych nie dlatego, że czytali jego listy czy Ewangelię, ale dzięki faktowi, ze przyjęli jego ustne pouczenia i postępowali za jego przykładem. Św. Paweł powtarza tę opinię w innych swych listach, miedzy innymi w liście skierowanym do Filipian: Czegoście się i nauczyli i coście przyjęli i słyszeli i widzieli we mnie, to czyńcie, a Bóg pokoju będzie z wami” (Fil 4, 9). Wierni maja więc postępować zgodnie z tym, co od niego usłyszeli, a sam św. Paweł wolał w rzeczywistości pouczać ich osobiście, jak to czytamy pod koniec pierwszego Listu do Tesaloniczan: „modląc się coraz usilniej, abyśmy mogli oglądać oblicze wasze i dopełnić tego, czego brakuje wierze waszej” (1Tes 3, 10). Oznacza to, że nawet sam jego list do nich skierowany nie wystarcza i musi być uzupełniony przez jego osobiste nauczanie. W oczywisty więc sposób list ten nie obejmuje wszystkiego, o czym pragnął ich pouczyć.

  1. Istnienie innych listów, nie należących do kanonu Pisma świętego

Co najciekawsze, w Nowym Testamencie spotykamy wiele odniesień do pism, których nie znajdujemy w Biblii. Na przykład św. Paweł w pierwszym liście do Koryntian pisze: „Napisałem wam w liście, abyście nie przestawali z rozpustnikami” (1Kor 5, 9-11). Przypomina im następnie, o czym do nich napisał i kończy praktyczną konkluzją: „Wyrzućcie złego spośród siebie”. Ów pierwszy napisany do nich list był więc na tyle ważny, że czuł się zmuszony przypomnieć im jego treść i pouczyć, że mają obowiązek przestrzegać jego zaleceń w nim zawartych. W Biblii nie znajdujemy jednak księgi zatytułowanej „Przedpierwszy list do Koryntian”. Co stało się z tym listem? W sposób oczywisty zawierał on nauki i nakazy konieczne do zbawienia, w Biblii jednak nie ma po nim śladu.

Podobnie w Liście do Kolosan czytamy: „A gdy ten list u was będzie odczytany, postarajcie się, aby był odczytany i w kościele Laodynenów, a ten, który jest do Laodycenów, żebyście wy odczytali” (Kol 4, 16). Widzimy wiec, że istniał również inny list, napisany do wiernych w Laodycei, równie ważny, jak list napisany przez św. Pawła do Kolosan. W Biblii nie znajdujemy jednak żadnego listu do mieszkańców Laodycei. Dlaczego go w niej nie ma? Jest to przecież list, którego odczytanie zaleca sam Apostoł, nie ma go jednak w Piśmie świętym. Możemy więc wyciągnąć z tego taki przynajmniej wniosek, że nie wszystkie nauki Apostołów zawarte są w Piśmie świętym.

  1. Rozstrzyganie kwestii dogmatycznych bez odniesienia do Pisma świętego

Gdyby Pismo święte było jedynym źródłem Objawienia, bylibyśmy w stanie udowodnić to na podstawie tego, w jaki sposób sami Apostołowie uzasadniali prawdziwość dogmatów wiary. W sytuacji, gdyby istniał wśród wiernych czy nauczycieli brak zgody w jakiejś kwestii czy też błąd, Apostołowie powinni się wówczas powoływać na Pismo święte, jako na ostateczny autorytet w tej kwestii. Z sytuacją taka mieliśmy do czynienia podczas pierwszego soboru w Jerozolimie, który miał rozstrzygnąć kwestię przestrzegania żydowskich przepisów obrzędowych. W piętnastym rozdziale Dziejów Apostolskich czytamy: „Gdy zaś przyszli do Jeruzalem zostali przyjęci przez Kościół, apostołów i starszych, i opowiedzieli jak wielkie sprawy Bóg z nimi uczynił. I powstali niektórzy z sekty faryzeuszów, którzy uwierzyli, mówiąc: że potrzeba ich obrzezać, rozkazać też, żeby zachowywali Zakon Mojżeszowy. I zebrali się apostołowie i starsi, aby tę sprawę rozpatrzeć”.

I Pismo mówi, że powstał wielki spór. Jak jednak czytamy dalej, św. Piotr powstał i odpowiedział im: „Ale wierzymy, że przez łaskę Pana Jezusa Chrystusa będziemy zbawieni, tak jak i oni”. I Pismo mówi dalej: „I umilkło całe zgromadzenie”. Po słowach Piotra zapadła cisza, co jest bardzo wymowne – nawet dziś istnieje powiedzenie: Piotr przemówił, sprawa zamknięta. Dopiero wówczas głos zabiera św. Jakub, który potwierdza słowa św. Piotra cytatami z Pisma świętego – z księgi proroka Amosa – nie dotyczącymi jednak kwestii obrzędów żydowskich, ale zapowiedzianego w proroctwie nawrócenia pogan. W konsekwencji ogłoszony zostaje dekret dyscyplinarny całego kolegium apostolskiego, który przesłany zostaje do wszystkich Kościołów – bez jednego nawet odwołania do Pisma. By stał się on wiążący dla wiernych wystarczyło, że Apostołowie orzekli, iż pozostaje on w zgodzie z wiarą w łaskę Jezusa Chrystusa.

Nawiasem mówiąc, św. Paweł wielokrotnie przeciwstawia „ducha” Pisma jego „literze”, odnosząc się do różnicy między  Starym a Nowym Testamentem. Na przykład w drugim liście do Koryntian pisze: „[Bóg] który też uczynił nas odpowiednimi sługami Nowego Testamentu, nie literą, ale duchem, bo litera zabija, a duch ożywia” (2Kor 3, 6). W swym sporze z judaizantami jako główną różnicę między Starym a Nowym Przymierzem ukazuje fakt, że Stare „wyrażone zostało literami na kamieniach”, podczas gdy Nowe Przymierze oznaczało „posługiwanie Ducha” – i nie zostało spisane na tablicach, ale wyryte w sercach wiernych przez łaskę.

Co również ciekawe, sami Apostołowie nauczają o Bogu odwołując się nawet do źródeł nie znajdujących się w Biblii, na przykład w Atenach św. Paweł cytuje pogańskich poetów by pouczyć Greków o Bogu, którego nie znali (Dz 17, 28). Oczywiście Apostoł nie twierdzi, że pogański poeta natchniony był przez Boga, nie waha się jednak odwołać do źródeł pozabiblijnych, by nauczać pogan o Bogu i prowadzić ich do zbawienia.

  1. Pismo św. jest w wielu miejscach niejasne i jak samo stwierdza, musi być we właściwy sposób tłumaczone

Gdybyśmy mieli przyjąć tezę, że Pismo święte wystarcza do zbawienia, oznaczałoby to, że samo czytanie Pisma wystarcza do poznania wszystkiego, czego Bóg od nas żąda. Napotykamy jednak w Biblii szereg wzmianek o ludziach, którzy czytali co prawda Pismo, a jednak czegoś im jeszcze brakowało. Na przykład w ósmym rozdziale Dziejów Apostolskich czytamy o pewnym Etiopczyku „możnym urzędniku Kandaki, królowej Etiopii”, który powracał z Jerozolimy. Czytał on po drodze proroctwa Izajasza (Iz 53, 2). Filip zapytał go: „Czy sądzisz, że rozumiesz, co czytasz?” (Dz 8, 30). Etiopczyk ten, pomimo faktu, że był człowiekiem sprawiedliwym, odpowiedzialnym za skarb królewski (Dz 8, 27), odpowiada: „I jakżebym mógł, jeśli mi nikt nie wyjaśni?”. Jest więc oczywiste, że sama lektura Pisma nie wystarcza, konieczny jest również ktoś, kto by je właściwie objaśniał.

Samo Pismo św. mówi, że jest w nim wiele miejsc „trudnych do wyjaśnienia” (Żyd 5, 11), zwłaszcza dla tych, którzy „stali się niepodatnymi do słuchania” (Ibidem). Św. Piotr stwierdza to wprost w drugim ze swych listów: „to najpierw rozumiejąc, że żadnego z proroctw Pisma nie wykłada się własnym tłumaczeniem. Gdyż proroctwo nie przez wolę ludzką zostało kiedyś przyniesione, ale ludzie święci boży mówili natchnieni Duchem Świętym” (2P 1, 20-21). Tak więc sama Biblia uczy, że Pismo święte nie może być przedmiotem prywatnej interpretacji i że nie zawiera ono objaśnienia przedstawianych nauk. Jest więc oczywiste, że do właściwego objaśniania Słowa Bożego konieczne jest istnienie natchnionego interpretatora.

Św. Piotr stwierdza nie tylko, że są w Piśmie miejsca trudne i niejasne i że konieczny jest ich kompetentny interpretator, ale nawet że prywatna interpretacja Biblii doprowadzić może duszę do zguby. Oznacza to, że lektura Pisma świętego nie tylko nie wystarcza do zbawienia, ale nawet stać się może powodem potępienia. Św. Piotr pisze więc w swym drugim liście: „I nieskwapliwość Pana naszego uważajcie za zbawienie, jak i najmilszy brat nasz Paweł według danej sobie mądrości do was napisał, jak i we wszystkich listach, w których o tym mówi; są w nich niektóre rzeczy trudne do zrozumienia, co nieuczeni i niestateczni przekręcają, jak i inne Pisma, na swoją własną zgubę” (2P 3, 15-16).

W ustępie tym ciekawe jest zwłaszcza to, że św. Piotr odnosi się w nim bezpośrednio do natchnienia czy też mądrości danej św. Pawłowi dla napisania tych listów. Choć św. Piotr nie wspomina, które listy natchnione są mądrością, jasne jest niemniej, że św. Paweł był autorem natchnionym i że natchnienie to miało taką samą wartość, jak natchnienie innych świętych ksiąg [jak i inne Pisma]. A jednak pomimo tego natchnienia do pisania czytamy, że „są w nich niektóre rzeczy trudne do zrozumienia, co nieuczeni i niestateczni przekręcają (…) na swoją własną zgubę”. Moglibyśmy tu dodać, że do owych ludzi „niestałych”, którzy całkowicie wypaczali nauczanie św. Pawła ku swej własnej zgubie, należał również Marcin Luter. Musimy więc zrozumieć, że samo Pismo święte nie wystarcza do zbawienia, w rzeczywistości jest dokładnie przeciwnie: lektura pisma jest sama w sobie niebezpieczna i może ono być z łatwością błędnie interpretowane.

  1. Tradycja, wspominana wyraźnie przez Pismo święte, jest absolutnie konieczna do zbawienia

Kończąc tę pierwszą cześć naszej konferencji wykażemy, że sama Biblia odnosi się do innego jeszcze źródła Objawienia, które posiada równą mu, jeśli nie większą wagę dla naszego zbawienia. Św. Paweł pisze do Tesaloniczan: „Tak więc bracia stójcie, a trzymajcie się podań, których się nauczyliście, czy to przez mowę, czy przez list nasz” (2Tes 2, 15). Nawołuje wiernych, by trzymali się wiernie jego nauk, zarówno spisanych jak i przekazanych ustnie. Te ustne nauki nazywa dalej „tradycjami” (traditiones) „secundum traditionem quo acceperant a nobis” (2Tes 3, 6). Tak więc samo Pismo święte napomina nas, byśmy trzymali się Tradycji Apostolskiej.

Św. Paweł przedkłada nawet swe ustne nauczanie nad własne pisma – w istocie pisze jedynie dlatego, że nie może być obecny w danym miejscu osobiście. W liście do Tymoteusza stwierdza: „Piszę ci to, spodziewając się, że wkrótce do ciebie przybędę, a jeśli się opóźnię, żebyś wiedział jak się masz sprawować w domu bożym, który jest Kościołem Boga żywego, filarem i utwierdzeniem prawdy” (1Tym 3,14). Pod tym względem szedł on za przykładem samego Zbawiciela, który nie napisał ani jednego słowa, ale – jak mówi Biblia – „czynił i uczył” (Dz 1, 1). W Nowym Testamencie wielokrotnie napotykamy na opisy nauczania przez Chrystusa, a jednak treść tego nauczania przedstawiana jest w sposób dość ogólny. Na przykład na początku Dziejów Apostolskich czytamy: „Im też [Jezus] okazał się sam żywy po swej Męce w licznych dowodach, przez czterdzieści dni ukazując się im i mówiąc o królestwie Bożym”. Z nauczania tego nie zostało przytoczone nawet jedno słowo – a wiemy przecież, że znajomość nauki Chrystusa konieczna jest do naszego zbawienia.

Owe słowa Zbawiciela, czy to zapisane w Ewangeliach, czy też znane dzięki Tradycji Apostolskiej, św. Paweł nazywa „depositum”, depozytem wiary. W liście do Tymoteusza pisze: „O Tymoteuszu, strzeż powierzonego skarbu, unikaj światowych nowości słów i sprzeciwów rzekomej wiedzy; niektórzy wyznając ją, odpadli od wiary” (1Tym 6, 20). Zwróćmy uwagę, że Tymoteusz w sposób oczywisty posiadł ten depozyt jeszcze przed otrzymaniem listu od św. Pawła – co pokazuje, że depozyt ów nie tylko obszerniejszy jest niż Pismo święte, ale nawet jest od niego wcześniejszy.

Konkluzja mniejsza

Tak więc, drodzy wierni, w oparciu o samo Pismo święte przekonać się możemy, że nie ma czegoś takiego jak Sola Scriptura. Pojęcia tego nie tylko nie można znaleźć w Biblii, ale nawet przestrzega nas ona sama przed takim do niej podejściem. Koncepcja, że znajomość samego tylko Pisma wystarcza do zbawienia, jest w rzeczywistości abiblijna.

Ktoś mógłby się jednak zastanawiać, czy w przeszłości chrześcijanie nie wyznawali doktryny zbliżonej do Sola Scriptura. Jak za chwilę wykażemy, analiza pism najwcześniejszych autorów chrześcijańskich dowodzi nieodparcie, że koncepcja taka była im całkowicie obca.

  1. Nauczanie Magisterium Kościoła

Dwaj spośród najbardziej starożytnych autorów chrześcijańskich, Tertulian i Orygenes, obaj urodzeni w II wieku, czyli około 50 lat po śmierci św. Jana Apostoła, piszą w tej kwestii bardzo jasno: „Otóż jedyną, wyłączną przyczyną fałszywych wyobrażeń ich wszystkich na temat wyżej przedstawionych spraw jest fakt, że pojmują oni Pismo święte nie w sensie duchowym, lecz dosłownie. Dlatego tym wszystkim, którzy wierzą, że Pismo święte nie zostało ułożone ludzkimi słowami, lecz zostało napisane pod natchnieniem Ducha Świętego, i że z woli Boga Ojca zostało nam przekazane i powierzone przez Jego jednorodzonego Syna, Jezusa Chrystusa, spróbuję, w miarę słabych sił mojego umysłu, wskazać, jaką drogę do zrozumienia Pisma uważam za odpowiednią dla tych, którzy zachowują przekazaną w dziedzictwie przez apostołów swoim następcom, nauczycielom Kościoła niebieskiego, regułę i naukę, którą dał im Jezus Chrystus” (Orygenes, O zasadach, 4,1:9) (AD 230).

Orygenes stwierdza więc, że regułą wiary jest raczej Tradycja przekazana przez Apostołów, nawet wbrew literalnemu znaczeniu Pisma. Tertulian jest jeszcze bardziej kategoryczny:

Wobec tego, ze prawda jest przy nas, którzy się trzymamy tej samej reguły wiary, jaką Kościołowi przekazali Apostołowie, Apostołom Chrystus, a Chrystusowi Bóg, jasną jest rzeczą, aby nie dopuszczać heretyków do powoływania się na Pismo święte. Bez Pisma świętego udowodniliśmy bowiem, że nie posiadają kompetencji w sprawach biblijnych. Jeśli więc są heretykami, nie mogą być chrześcijanami, bo nie od Chrystusa, ale sami, samowolnie stworzyli sobie naukę z racji której noszą miano heretyków. Stąd też nie będąc chrześcijanami, nie posiadają żadnego prawa do Pism Chrześcijańskich. Śmiało możemy ich zapytać: Kim właściwie jesteście? Kiedy i skąd przybyliście?” (Tertulian, Preskrypcja przeciw heretykom, 37) (AD 200).

Współcześni ekumeniści lubią powtarzać, że nasi tak zwani „bracia odłączeni” posiadają środki zbawienia. Na przykład II Sobór Watykański stwierdził:

Same te Kościoły i odłączone Wspólnoty, choć w naszym przekonaniu podlegają brakom, wcale nie są pozbawione znaczenia i wagi w tajemnicy zbawienia. Duch Chrystusa nie wzbrania się przecież posługiwać nimi jako środkami zbawienia, których moc pochodzi z samej pełni łaski i prawdy, powierzonej Kościołowi katolickiemu” (Unitatis Redintegratio, par. 3).

Jest to jednak całkowicie przeciwne temu, co pisze św. Cyprian:

Oblubienicą będąc Chrystusa, nie może być splamiona cudzołóstwem; jest nienaruszona i wstydliwa. Jeden zna dom; jednego łoża świętobliwości czystym strzeże wstydem. Zachowuje nas Bogu; ona synów swoich, których porodziła, królestwu przekazuje. Ktokolwiek, będąc odłączonym od Kościoła, łączy się z cudzołożnicą, sam się wyklucza od obietnic Kościoła. Nie osiągnie nagrody od Chrystusa, kto opuścił Kościół Chrystusowy, obcy jest, niegodny, jest jego nieprzyjacielem. Nie może już mieć Boga za Ojca, kto Kościoła nie ma za matkę. Jak nie zdołał się nikt ocalić od potopu, kto się nie znajdował w arce Noego, tak też nie ocali się, kto nie jest w połączeniu z Kościołem. Upomina Pan i mówi: Kto nie jest ze mną, przeciwko mnie jest: a kto nie zbiera ze mną, rozprasza” (O jedności Kościoła, 6) (AD 256).

Wspomniany dokument II Soboru Watykańskiego stwierdza nawet, że dzięki posiadaniu Pisma protestanci nie są pozbawieni środków zbawienia. Jednak Ojcowie Kościoła uczą czegoś wręcz przeciwnego:

Ci, którzy znajdują się poza Kościołem, nie mogą dojść do żadnego zrozumienia Bożego słowa. Arka wyobraża bowiem Kościół, który strzeże i naucza słowa życia,  którego nie mogą zrozumieć ci, którzy są poza nim, na podobieństwo jałowych i bezużytecznych piasków” (Hilary z Poitiers, Kazanie o Ewangelii św. Mateusza 13, 1) (AD 355).

Tak więc, powracając do głównego tematu naszych rozważań, widzimy, że samo tylko posiadanie Biblii nie wystarcza do zbawienia. W rzeczywistości Ojcowie Kościoła nauczali czegoś wręcz przeciwnego: że do zbawienia wystarcza znajomość nie Pisma świętego, a Tradycji. Tradycja posiada wartość sama w sobie, poprzez fakt pochodzenia od Apostołów:

«Tak więc bracia stójcie, a trzymajcie się podań, których się nauczyliście, czy to przez mowę, czy przez list nasz». Jest więc oczywiste, że nie otrzymali oni wszystkiego poprzez list, ale i przez wiele nauk niespisanych, stąd zarówno jedne jak i drugie zasługują na wiarę. Dlatego również i my uważajmy tradycję Kościoła za godną zaufania. Jest to tradycją – i to niech nam wystarczy” (Jan Chryzostom, Kazanie o 2 Liście do Tesaloniczan, 4, 2 )(AD 404).

Nie sposób tu przedstawić wszystkich cytatów odnoszących się do Tradycji Kościoła, przytoczmy jednak na zakończenie słowa Ojca Kościoła z IV wieku, podającego nam bardzo zwięzłą zasadę postępowania, a streszczającą w sobie niejako je wszystkie:

Na to powie ktoś: Jeżeli Bożymi słowami, wyrokami i obietnicami szermuje i szatan i uczniowie jego, z których jedni są fałszywymi apostołami, drudzy fałszywymi prorokami i nauczycielami, a wszyscy razem heretykami – to cóż począć mają katolicy, synowie Matki-Kościoła? Jak odróżnią przy wykładzie Pism świętych prawdę od fałszu? Oczywista rzecz, że będą się usilnie starali postępować według wyłuszczonych na początku tego pamiętnika wskazówek świętych i uczonych mężów: będą Pismo święte wykładali według podania Kościoła powszechnego i prawideł dogmatu katolickiego, w obrębie zaś tego katolickiego i apostolskiego Kościoła trzymać się muszą powszechności, starożytności i jednomyślności”.

Nauczanie chrześcijan pierwszych wieków w odniesieniu do Pisma świętego jest jednomyślne – nie ma czegoś takiego jak Sola Scriptura. Wiemy ponadto z Biblii, że  sam diabeł potrafi posługiwać się cytatami z Pisma dla swych własnych celów, jak to widzimy na przykładzie kuszenia Zbawiciela. Jeśli więc diabeł i heretycy mogą cytować Pismo dla swych własnych celów, potrzebujemy czegoś więcej, czegoś co pozwoliłoby nam ustrzec się przed diabłem oraz błędem – i tę właśnie pomoc nazywamy Świętą Tradycją i Magisterium Kościoła.

III. Konkluzja

Tak więc, drodzy wierni, na podstawie wszystkiego, co do tej pory powiedzieliśmy, widać wyraźnie, że znajomość samego tylko Pisma nie wystarcza do zbawienia. Regułą wiary nie jest zdolność do czytania czy tłumaczenia, ale przyjmowanie nauki Chrystusa, przekazanej przez Niego Apostołom i głoszonej nieprzerwanie przez Magisterium Kościoła. Święta Tradycja jest nieskończenie ważniejsza niż Pismo, przede wszystkim dlatego, że sama Biblia musi być interpretowana zgodnie z Tradycją. Nawet to, które księgi należą do kanonu Pisma świętego, wiemy właśnie dzięki Tradycji.

O koncepcji Sola Scriptura powiedzieć musimy coś wręcz przeciwnego: znajomość samej tylko Biblii nie tylko nie jest wystarczająca do zbawienia, ale nawet odwoływanie się jedynie do niej stanowić może poważne dla niego zagrożenie. Ponieważ Pismo nie zawsze jest jasne i zrozumiałe, wynika z tego, że musi być właściwie interpretowane. Ci, którzy odwołują się do zasady Sola Scriptura nie odwołują się w istocie do samego Pisma, ale do własnej jego interpretacji, która różni się od interpretacji naszych przodków we wierze. W rzeczywistości protestanci nie mają po prostu Biblii, mają własnych doktorów, komentatorów, swoje własne sposoby interpretacji pewnych ustępów Pisma. Ponieważ zasady Sola Scriptura nie można znaleźć w samej Biblii, potrzebują oni innego narzędzia, pozwalającego na interpretację Pisma zgodnie z tą przyjętą  z góry zasadą. A jednak poprzez odrzucenie kryterium Świętej Tradycji niszczą oni sam fundament Pisma i ostatecznie kończą jako „dom podzielony” – w samej tylko Ameryce naliczyć można przynajmniej 600 sekt protestanckich.

Od czasu II Soboru Watykańskiego jesteśmy świadkami dokładnie tego samego zjawiska, mnożą się podziały, a powody tego są bardzo podobne. Wskutek odrzucenia tradycji Kościoła, poprzez zmienianie wszystkiego i ignorowanie Tradycji, dzisiejszy Kościół katolicki zmienia się stopniowo w sektę protestancką, do tego stopnia, że można śmiało powiedzieć, że obecny Kościół ma bardzo mało wspólnego z tym, czym był zaledwie 50 lat temu. Jeśli doszliśmy do punktu, w którym dziadek nie może pokazać zdjęcia ze swej Pierwszej Komunii nie będąc przy tym zmuszony wyjaśniać, czemu Msza wygląda na nim zupełnie inaczej, słusznie możemy zadawać sobie pytanie, czy członkowie rodziny wyznają jeszcze tę samą religię.

Tak naprawdę, gdy mówi się o II Soborze Watykańskim jako „odkrywającym Pismo święte”, oznacza to w istocie „ignorowanie Tradycji”. Obecnie, bardziej niż kiedykolwiek, musimy odrzucić koncepcję Sola Scriptura i powrócić do tradycji naszych przodków we wierze – zaś najlepszym sposobem obrony świętości Biblii jest właśnie przylgniecie do Tradycji. Zmiany wprowadzone przez II Sobór Watykański są innowacjami – i już przez ten fakt powinniśmy odnosić się do nich z podejrzliwością. Powinniśmy je „badać”, jak nam to zaleca Pismo, przede wszystkim jednak musimy, wedle słów św. Pawła „trzymać się tego, co prawdziwe” (1Tes 5, 21).

Dziękuję bardzo za uwagę, postaram się teraz odpowiedzieć na wszystkie Państwa pytania.

 

tłum. Scriptor