Udział obserwatorów protestanckich w pracach nad nowymi katolickimi tekstami liturgicznymi

Michael Davies

Udział obserwatorów protestanckich w pracach nad nowymi katolickimi tekstami liturgicznymi

 

3 maja 1970 r. „La Documentation Catholique” opublikował tekst mowy wygłoszonej przez Pawła VI do członków Consilium, organu odpowiedzialnego za realizację zasad reformy liturgicznej przedstawionych przez Konstytucję Sacrosanctum Concilium. W mej książce Pope John’s Council wykazałem, że reforma ta nie tylko wykroczyła poza ramy przewidziane przez ojców soborowych, ale i sprzeczna była z zaleceniami Konstytucji o liturgii oraz postulatami cieszącego się aprobatą papieską ruchu liturgicznego. Okładka wspomnianego numeru „Documentation Catholique” opatrzona została zdjęciem przedstawiającym Pawła VI w towarzystwie sześciu protestanckich obserwatorów, zaproszonych do udziału w pracach Consilium. Zdjęcie to wywołało zdumienie a nawet zgorszenie u znacznej liczby wiernych, którzy nie mieli pojęcia, iż protestanci odegrali jakąś rolę w kompilacji nowych obrzędów katolickich. Doprowadziło to w wielu krajach do publicznych kontrowersji, których skutkiem były oficjalne zaprzeczenia, jakoby protestanci owi odegrali jakakolwiek rolę w tworzeniu nowych obrzędów liturgicznych. Zaprzeczenia te cytowane były później przez apologetów oficjalnej reformy jako argument obalający tezę, iż obserwatorzy owi brali aktywny udział w tworzeniu nowej liturgii. Zaprzeczenie nie jest jednak równoznaczne z dowodem, nie sposób też nie zauważyć, iż dementi owe sprzeczne są z powszechnie znanymi faktami.

W letnim numerze „Notitiae”, oficjalnego organu Kongregacji Kultu Bożego, abp Bugnini (pełniący funkcję Sekretarza) stwierdzał, iż obserwatorzy ograniczali się do samego tylko przysłuchiwania się dyskusji (ss. 249-250). Oto dokładne jego słowa:

„Jaką rolę odgrywali «obserwatorzy» w pracach Consilium? Nie czynili nic więcej, niż przystoi «obserwatorom». Po pierwsze, uczestniczyli oni jedynie w spotkaniach przygotowawczych. Po drugie, zachowywali się ze wzorową powściągliwością. Nigdy nie interweniowali w dyskusję i nigdy nie prosili o głos”.

25 lutego 1976 roku, w odpowiedzi na zadane przez Georgesa Hubera pytanie, czy protestanccy obserwatorzy uczestniczyli w pracach nad stworzeniem nowej Mszy, Dyrektor Watykańskiego Biura Prasowego powiedział:

„Protestanccy obserwatorzy nie uczestniczyli w opracowywaniu tekstów nowego Mszału”.

Zaprzeczenie to opublikowane zostało w „La Documentation Catholique” z 4 lipca 1976 roku.

Jednak msgr W.W. Baum (obecnie kardynał), zagorzały ekumenista, poczynił w wywiadzie dla „The Detroit News” z 27 czerwca 1967 r. następujące wyznanie:

„Nie byli oni tam jedynie w charakterze obserwatorów, ale również konsultantów i w pełni uczestniczyli w dyskusjach nad katolicką odnową liturgiczną. Mam tu na myśli, iż nie tylko przysłuchiwali się debacie, ale również wnosili do niej własny wkład”.

Należy tu wyjaśnić, że w chwili wypowiadania tych słów msgr Baum był dyrektorem wykonawczym Komisji ds. Ekumenizmu przy Konferencji Episkopatu USA, był też pierwszym katolickim mówcą, jaki kiedykolwiek został poproszony został o wygłoszenie przemówienia podczas Generalnego Synodu Zjednoczonego Kościoła Chrystusa. W trakcie owego przemówienia zdradził delegatom, iż protestanccy uczeni „odegrali rolę” w rewizji katolickiej liturgii. Pragnąc potwierdzić tę rewelację Harold Acharhern, religijny korespondent „Detroit News”, przeprowadził z msgr Baumem wywiad, z którego pochodzi przytoczony wyżej cytat.

Relacja kard. Bauma oraz zaprzeczenia abpa Bugniniego i Watykańskiego Biura Prasowego pozostają ze sobą w sprzeczności. Pragnąc dojść prawdy, napisałem do jednego z owych obserwatorów, kanonika Ronalda Jaspera. Przed przedstawieniem jego odpowiedzi należy przypomnieć pokrótce, w jaki sposób pracowało Consilium. W pierwszym rzędzie odbywały się sesje przygotowawcze, w trakcie których wypracowywane były, dyskutowane i modyfikowane praktyczne szczegóły reformy. Następnie miały miejsce formalne (plenarne) spotkania, podczas których omawiano projekty powstałe w trakcie sesji przygotowawczych – a następnie poddawano je pod głosowanie. W mym liście do kanonika Jaspera wyjaśniałem, iż pracuję nad serią książek poświęconych reformie liturgicznej i bardzo interesuje mnie kwestia, czy protestanccy obserwatorzy zabierali głos w sprawie nowego rytu Mszy i świeceń kapłańskich. W swej odpowiedzi, datowanej na 10 lutego 1977 r., Jasper wyjaśniał, iż obserwatorzy – podobnie jak członkowie Consilium – mieli pełny dostęp do wszystkich tekstów roboczych. Byli obecni podczas dyskusji, gdy dokumenty te przedstawiane były przez ekspertów i dyskutowane przez Consilium, nie pozwalano im jednak włączać się do debaty.

Jednakże popołudniami odbywały się zawsze nieformalne spotkania z periti, którzy przygotowywali szkice obrzędów – i podczas tych spotkań obserwatorom wolno przedstawiać komentarze, sugestie oraz ewentualne zastrzeżenia. Następnie periti decydowali, czy uwzględnić ich opinie po wznowieniu sesji plenarnych. Jak jednak wyjaśniał kanonik Jasper, podczas owych nieformalnych spotkań panowała absolutna swoboda wypowiedzi i bardzo szczera wymiana opinii.

Dokładnie taki sam proces miał miejsce w trakcie II Soboru Watykańskiego. Protestanccy obserwatorzy, którym nie pozwalano zabierać głosu podczas sesji plenarnych, mogli jednak brać aktywny udział w nieformalnych dyskusjach, podczas których decydował się ostateczny kształt dokumentów. Wpływ ich jest widoczny końcowych wersjach tekstów, na co dowody przytaczam w rozdziale IX mej książki Pope John’s Council. W tym miejscu przytoczę kilka innych świadectw.

Archidiakon Pawley, obserwator anglikański, wyjawił iż:

„(…) Na każdym etapie prac soboru obserwatorom zapewniano sposobność do wyrażania opinii – czego ślady odnaleźć można w samych dokumentach”[1].

Z kolei prezbiterianin Robert McAfee Brown zauważył:

„Zwłaszcza w trakcie dyskusji o ekumenizmie (…) wielu biskupów pragnęło poznać reakcje protestantów na zawarte w schemacie stwierdzenia dotyczące protestantyzmu oraz ich sugestie, w jaki sposób teksty te mogłyby zostać poprawione. Tak więc, choć nie mogliśmy zabierać głosu w sposób bezpośredni, wywieraliśmy wpływ pośrednio, poprzez liczne kontakty z ojcami oraz ich nieodłącznymi asystentami, periti[2].

Dr McAfee Brown zdradza również, iż zdarzały się sytuacje, w których obserwatorzy mogli zabierać głos w sposób bezpośredni. Jeden z biskupów zapytał: „Czy jest coś, co obserwatorzy pragnęliby powiedzieć soborowi o dekrecie De Oecumenismo?”[3] Obserwatorzy przedstawili więc swe opinie na piśmie, a dokument ten dołączony został do pisemnych interwencji, przedklładanych przez biskupów.

Tak więc, choć można by twierdzić, iż oficjalnie obserwatorzy nie współpracowali przy tworzeniu dokumentów soborowych, nie mogli bowiem głosować ani zabierać głosu w debatach, nie ulega jednak wątpliwosci, że byli oni w stanie wywierać wpływ na ostateczny kształt tych tekstów. Z analogicznym procesem mieliśmy do czynienia przy tworzeniu nowych obrzędów liturgicznych przez posoborowe Consilium.

tłum. Scriptor

[1] B. & M. Pawley, Rome and Canterbury Through Four Centuries, 1974, s. 343.

[2] R. McAfee Brown, Observer in Rome, 1964, ss. 227-228.

[3] Ibidem, s. 173.

Kazanie na wspomnienie św. Agnieszki

ks. John Jenkins FSSPX

Kazanie na wspomnienie św. Agnieszki, 21 stycznia

 

Drodzy uczniowie, przyjaciele,

Dzisiejsza Msza święta sprawowana jest w intencjach naszej szkoły, by dzięki łasce Bożej mogła ona pozostać wierna swej misji, a także wzrastać w mądrości oraz liczbie uczniów.

Dziś wspominamy również wielką świętą, jedną z niewielu świętych, które wymieniamy każdego dnia w Kanonie Mszy – świętą Agnieszkę. Jest ona jedną z najbardziej czczonych męczenniczek, przede wszystkim ze względu na fakt – jak mówi święty Ambroży – że okazała wielkie męstwo pomimo swego młodego wieku.

Urodziła się w możnej, choć pogańskiej rodzinie rzymskiej około roku 291. Jej mamka była chrześcijanką i to od niej Agnieszka uczyła się prawd wiary katolickiej od swych najmłodszych lat. Wyrosła na dziewczynę równie pobożną co piękną, odczuwała też wielkie pragnienie ofiarowania swego życia Chrystusowi, którego widziała jako swego Oblubieńca – chciała zostać kimś w rodzaju obecnych sióstr zakonnych. Miała zaledwie dwanaście lat, jednak jej pragnienia były absolutnie szczere, gdyż wola jej umacniana była przez łaskę.

Piękność jej sprawiała jednak, że uwagę zwracało na nią wielu bogatych młodzieńców, wśród nich niejaki Phocus, syn prefekta miasta – Semproniusza, prawdopodobnie najpotężniejszego wówczas człowieka w Rzymie. Jak wielu młodych ludzi Phocus mylił miłość z byciem kochanym i obdarowywał młodą Agnieszkę wieloma cennymi prezentami, pragnąc pozyskać jej względy. Agnieszka, choć młoda, była dostatecznie mądra by wiedzieć, że mężczyzna, który daje podarunki aby pozyskać wzajemność nie jest w rzeczywistości  zdolny do obdarzenia prawdziwym uczuciem, zstępując je rzeczami materialnymi – nie jest prawdziwie zdolny do miłości, a jedynie pragnie być kochany. Czym innym jest ofiarować coś jako znak uczucia, a jeszcze innym usiłować kupić to uczucie za pomocą darów. Ofiarowanie czegoś osobie ukochanej jest czymś normalnym, naturalnym i szlachetnym, natomiast całkowicie sprzeczne z istotą miłości jest traktowanie podarków jako środka płatniczego za miłość. Miłość nie jest czymś, co można kupić, może być ona ofiarowana jedynie w sposób wolny. Największą oznaką miłości są nie tyle kosztowne podarunki, ale zdolność do powiedzenia „Przepraszam”. Podobnie najwspanialszym aktem miłości nie jest wydawanie dla kogoś wielkiej ilości pieniędzy, ale raczej zdolność do wybaczenia. Taka właśnie jest miłość Pana Jezusa względem nas, miłość prawdziwa, trwała i nieskończenie cenna. Dlatego też Agnieszka odrzuciła zaloty tego zaślepionego młodzieńca oświadczając, że już ma Ukochanego o wiele możniejszego i bogatszego niż on, czyli Chrystusa Pana, który wybacza nam nasze grzechy.

I jak często bywa, fałszywa miłość szybko zmieniła się w pogardę. Nie odwzajemniona miłość Phocusa zmieniła się w nienawiść. Zadenuncjował ją jako chrześcijankę wobec swego ojca. Semproniusz odnosił się do niej początkowo bardzo uprzejmie i choć był poganinem proponował wiele sposobów wyjścia z kłopotliwej sytuacji – przyznanie się do chrześcijaństwa oznaczało bowiem wówczas wyrok śmierci. Najpierw polecił jej udać się do świątyni Westy by złożyła ofiarę, Agnieszka jednak odmówiła. Być może podzielając jej umiłowanie czystości proponował jej nawet, by została jedną z  westalek. Agnieszka odrzuciła jednak jakiekolwiek kompromisy z pogańskimi praktykami. Widząc, że nic jej nie przekona, Seproniusz przekazał ją sądowi, by była sądzona jako chrześcijanka.

Prawo rzymskie nie pozwalało skazywać na śmierć dziewic, próbowano więc na różne sposoby skalać jej czystość. Została obnażona i przeprowadzona przez ulice do domu o złej sławie. Długie włosy osłoniły jej skromność, a w domu publicznym strzeżona była  przez anioła, który bronił jej kiedy kilku mężczyzn próbowało źle się z nią obejść. Jeden z młodych ludzi, którzy usiłowali ją splugawić został ku zdumieniu wszystkich porażony ślepotą oraz paraliżem. Bóg wysłuchał modlitw Agnieszki i obronił ją od skalania nawet w najbardziej plugawym miejscu Rzymu.

Choć zachowała dziewictwo, została jednak skazana na śmierć jako czarownica, która sprowadziła ślepotę na owego młodzieńca. Wyprowadzoną ją więc i przywiązano do stosu, by ją na nim spalić, zgromadzone drewno nie chciało się jednak zająć ogniem. Ostatecznie dowodzący egzekucją oficer wyciągnął miecz i podciął jej gardło, wskutek czego wykrwawiła się na śmierć. Jej śmierć wstrząsnęła nawet żądnymi krwi poganami, na których silne wrażenie wywarła jej młodość i niewinność. Tak więc brew intencjom sądu, śmierć ta poskutkowała nową falą sympatii dla chrześcijan. Jej heroiczny przykład doprowadził wielu ludzi do wiary.

Jej doczesne szczątki złożono z wielką czcią w grobie niedaleko miejsca, w którym została stracona. Kilka dni po śmierci świętej Agnieszki przy jej grobie zastano modlącą się młodą dziewczynę o imieniu Emerentiana. Gdy odmówiła opuszczenia tego miejsca  i karciła pogan za skazanie Agnieszki została ukamienowana. Tak więc przykład świętej Agnieszki stał się inspiracją dla wielu męczenników, którzy poszli jej śladami.

Święta Agnieszka jest często przedstawiana z barankiem, co też oznacza jej imię w języku łacińskim. Po grecku brzmi ono Hagne, co oznacza „niewinna, czysta i święta”, dlatego jej imię oznacza nie tylko niewinność, ale i czystość. W jej wspomnienie tradycyjnie z opactwa Tre Fontane w Rzymie przyprowadza się do pobłogosławienia przez papieża dwa baranki. W Wielki Czwartek wełnę z tych baranków bierze się do utkania tak zwanego paliusza, który noszony jest przez papieża, a papież ofiaruje takie paliusze arcybiskupom jako symbol ich jurysdykcji oraz jedności z Następcą Świętego Piotra. Tak więc czystość Agnieszki jest również symbolem świętości i czystości doktryny, która musi być głównym przedmiotem troski biskupa.

Dlatego, moi drodzy uczniowie, w życiu świętej Agnieszki znajdujemy wiele do naśladowania, wiele tez możemy uzyskać dzięki jej wstawiennictwu. Świat wokół nas przypomina na wiele sposobów ten, w którym żyła ona. Świat nie rozumie czystości, a co gorsza, ze wszystkich sił zwalcza ją i wyśmiewa, jak to czynili poganie w stosunku do świętej Agnieszki. Świat nie wie, czym jest prawdziwa miłość, gdyż pogrążony jest w egoizmie i usiłuje wykorzystywać innych dla swej własnej przyjemności. Prawdziwa miłość natomiast mierzona jest tym, ile jest się w stanie ofiarować, wyrzeczeniami dla dobra innych. Tak bardzo potrzebujemy dziś przykładu podobnego do życia świętej Agnieszki, by nawracać pogan żyjących wokół nas i z pewnością możemy modlić się niej, aby wyjednała nam potrzebne łaski.

Módlmy się więc w sposób szczególny o tę łaskę, drodzy przyjaciele, módlmy się, byśmy stali się przykładem czystości dla ludzi żyjących naszym otoczeniu, byśmy byli dla nich przykładem ofiary i prawdziwej miłości. Jedynie wówczas nasze biedne społeczeństwo i nasza ojczyzna będą mogły powrócić do swych chrześcijańskich korzeni, a gdy odkryją na nowo prawdziwą miłość, odkryją też swa prawdziwą misję, jako obrońcy cywilizacji i wiary, która jako jedyna prowadzić może do szczęścia bez końca. Amen.

tłum. Scriptor

„EXTRA ECCLESIAM SALUS NON EST” W ŚWIETLE NAUKI ŚW. AUGUSTYNA

„EXTRA ECCLESIAM SALUS NON EST” W ŚWIETLE NAUKI ŚW. AUGUSTYNA

Ks. Jan Czuj

Zdanie  to  było  niejednokrotnie  w  ciągu  wieków  kamieniem  obrazy  dla innowierców, a częstokroć  nie rozumieli go i może dziś nie rozumieją katolicy. Jest ono tak starem, jak starym jest  Kościół,  a w  formie podanej w  nagłówku: „Extra Ecclesiam salus non est” datuje się od św. Cypriana, uzasadnienie zaś i pogłębienie jego treści zawdzięczamy św. Augustynowi. Ponieważ Chrystus jeden  założył  Kościół  i  przezeń  jedynie  wskazał  drogę  do  zbawienia,  przeto prosty stąd wypływa wniosek, że Kościół  jest instytucją,  niezbędnie potrzebną do osiągnięcia zbawienia, co uważane negatywnie, pokrywa się z twierdzeniem: Poza Kościołem nie  ma zbawienia – Extra  Ecclesiam salus non est.

Poza  Kościołem  można  mieć  wszelakie  korzyści  doczesne,  a  nawet  w duchownych uczestniczyć obrzędach, lecz do zbawienia to nie wystarczy, gdyż ono  jest  tylko  w  Kościele,  założonym  przez  Chrystusa.  Warunkiem nieodzownym  dostąpienia  zbawienia  jest  tedy  życie  w  Kościele,  lecz  nie  w granicach Kościoła tylko, ale w jedności z nim  i miłości.

Z  tego  przekonania  wypływają  przepiękne  porównania,  jakimi  się Augustyn posługuje. I tak, przyrównuje Kościół do arki Noego, w której znaleźli ocalenie przed wodami potopu tylko ci, którzy się w niej schronili, wszyscy inni poginęli.  –  Po przyjściu na świat Chrystusa zbawić się mogą tylko ci, którzy się znajdą w granicach  Kościoła przezeń założonego.

Kościół  jest  świątynią,  w  której  Bóg  wysłuchuje,  poza  nią  nie  masz wysłuchania  na  żywot  wieczny”;  jest  „ową  świętą  górą,  która  wzrosła  z maleńkiego kamienia, według widzenia Daniela, burząc królestwa ziemi  –  i tak się rozrastająca, że napełnia całą ziemię (Dan. II,  35). Ktokolwiek  by znajdował się  poza  tą  górą,  niech  nie  żywi  nadziei,  iż  będzie  wysłuchany  na  żywot wieczny”.

Najpiękniejsze  bezsprzecznie  jest  porównanie  Kościoła  z  ciałem Chrystusa  –  toteż  Augustyn  w  ślad  za  św.  Pawłem  najżywszych, najwspanialszych  dobiera  barw,  by  odmalować  w  całości  obraz  mistycznego ciała  Chrystusowego  –  jak  nazywa  Kościół.  Chrystus  jest  głową  –  Kościół ciałem.  –  Kto  przyjmuje  chrzest,  staje  się  członkiem  mistycznego  organizmu.

Przynależność ta do Chrystusa i Kościoła jest metafizyczną, fizyczną i prawną  – kto przeto do tej całości nie należy – o zbawieniu marzyć nie może.

Dwie  są  głowy  rodzaju  ludzkiego:  Adam,  praojciec,  fizyczną,  Chrystus duchową –  i jak co do ciała wszyscy ludzie pochodzą o d Adama i na wszystkich przeszedł  grzech  praojca,  tak  przez  Chrystusa  wszyscy  rodzą  się  duchowo  i przezeń tylko dostępują usprawiedliwienia i zbawienia. I jak nie  ma człowieka, któryby co do ciała nie pochodził od Adama, tak nie  może być  nikogo, kto  by się  mógł  duchowo  odrodzić  poza  Chrystusem.  Dwie  również  wszyscy posiadamy  matki:  Ewę,  z  której  wzięliśmy  ciało  i  Kościół,  który  nas  odradza duchowo. A więc dwie mamy pary rodzic ów: Adam i Ewa, dając nam życie doczesne, rodzą  nas  na śmierć; Chrystus  i  Kościół, dając  nam życie duchowe, odradzają nas na życie wieczne. Poza tymi rodzicami nie ma życia w ogóle.  „Non  habebit  Deum  Patrem,  qui  Ecclesiam  noluerit  habere  matrem”  – zdanie,  które  się  stało  hasłem  dla  przyszłych  pokoleń  w  walce  z  heretykami  i schizmatykami, powtarza św. Doktor za Cyprianem.

Tak  zresztą  uczyć  i  wierzyć  musiał  nie  tylko  Augustyn,  ale  każdy,  kto uznawał  Kościół  za  jedyną  instytucję,  powołaną  do  prowadzenia  ludzkości  ku zbawieniu i wyposażoną we wszystkie środki do osiągnięcia tak wzniosłego celu –  przyznać  to  musi  każdy  protestant,  chcący  choć  czasem  uchodzić  za bezstronnego.

Jeżeli  tedy  poza  Kościołem  nie  ma  zbawienia,  to  wszyscy,  którzy  do Kościoła  nie  należą,  muszą  iść  na  potępienie  –  powie  ktoś,  słysząc  tak stanowcze  i  na  pierwszy  rzut  oka  bezwzględne  orzeczenie  Augustyna.  W gruncie rzeczy nie jest tak źle.

Za  genialnym  teologiem  był  Augustyn  i  orlim  swym  wzrokiem  dość daleko sięgał w zbawcze plany i wyroki Boże, by  go można posądzać czy  to o pośpiech,  czy  o  przesadę  w  kwestii  tak  ważnej,  jak  kwestia  zbawienia.  Mimo świadomości swej wartości intelektualnej, Augustyn był człowiekiem pokornym i  chętnie  przyjmował  uwagi,  jak  sam  wyznaje  w  jednym  z  listów  do  św. Hieronima,  a  trudno  przypuścić,  by  się  nie  znalazł  ktoś,  kto  by  się przeciwstawił tej nauce, gdyby ją rozumiano tak, jak wskazują pozory lub gdyby nie uwzględniano motywów, z jakich wypływała.

Że twierdzenie „Extra Ecclesiam salus non est” powtarzane bardzo często w  najrozmaitszych  odcieniach,  wypływało  z  najgłębszego  przekonania Augustyna,  świadczą  o  tym  jego  niestrudzone  wysiłki  celem  przywiedzenia donatystów do upamiętania i skłonienia ich do powrotu na łono Kościoła.

Roznamiętnienie i upór schizmatyków wystawiały cierpliwość wielkiego biskupa Hippony na ciężką próbę i niemal żadnej nie rokowały nadziei. Wobec tego  nie  pozostawało  nic  innego,  jak  odwołać  się  zasadniczo  do  niechybnego sądu Bożego i kary wiecznej, czekającej niepoprawnych grzeszników  –  a więc przede  wszystkim  heretyków  i  schizmatyków.  Postępowanie  tedy błędnowierców,  którzy  poza  Kościołem  szukali  drogi  do  zbawienia,  było powodem,  iż często  i z  naciskiem podkreślał zdanie:  „Poza  Kościołem  nie  ma zbawienia”.

Błędnowiercami  byli  obok  donatystów  różni  heretycy,  występujący  na widownię  w  różnych  epokach  działalności  Augustyna.  Manichejczycy  gardzili Kościołem,  odrzucali  Pismo  św.  i  tradycję,  a  popisywali  się  ezoteryczną filozofią  religii,  powierzchowną,  udaną  ascezą  wywierali  znaczny  wpływ  na ludzi  łatwowiernych,  nieuświadomionych  o  ich  rzeczywistej  wartości.  Ich błędom przeciwstawiał Augustyn jedyną i najpewniejszą drogę przez Chrystusa i Jego Kościół.

Jeszcze  silniejszy wyraz tej myśli, że droga do zbawienia wiedzie jedynie przez Kościół katolicki, dał Doktór w polemice z donatystami, a to dlatego,  iż oni z  pośród ówczesnych sekciarzy najwięcej mieli  pozorów, przemawiających za tym, że w ich łonie jedynie przechowało się nie fałszowane chrześcijaństwo, tym  więcej,  że  w  zasadniczych  rzeczach  zgadzali  się  z  katolikami.  Naiwnych mogła  ujmować rzekoma świętość donatystów, bo przecież wyklinali z pośród siebie  grzeszników,  przynajmniej  w  teorii.  Wielu  z  władców  świeckich sprzyjało  odszczepieństwu,  wszystkich  zaś  prześcignął  w  nienawiści   do Kościoła  Julian  Apostata,  który  usiłował  wyzyskać  błędnowierców  przeciw katolikom, tych poniżając, a tamtych obsypując przywilejami.

Toteż nic dziwnego, jeżeli w takich warunkach biskup katolicki tej miary, co  Augustyn,  na  którego  liczyli  okoliczni  biskup i,  patrząc  na  nieokiełzane niczym  szaleństwa  kacerzy  –  nie  mógł  milczeć  i  musiał  wystąpić  stanowczo, stawiając  kwestię  na  ostrzu  miecza.  Tym  się  tłumaczy  pewnego  rodzaju rygoryzm  u  niego  posunięty  aż  do  zaprzeczenia  możności  zbawienia  poza Kościołem. Zaraz jednak uwzględnić należy to, że Augustyn walczył z herezją i schizmą,  nie  jako  teoretyk,  nie  mający  pojęcia  o  życiu  praktycznym,  ale  jako gorliwy  i  troskliwy  biskup,  który  codziennie  własnymi  oczami  patrzył  na nadużycia  i  wybryki  sekciarzy.  Zastrzega  się  wprawdzie  często,  że  występuje tylko przeciw błędnej nauce, a nie przeciw osobom, ale niemożliwą jest dlań rzeczą ustrzec się zaakcentowania  moralnej nędzy błędnowierców, tym bardziej, że  to  mu  ułatwia  walkę  z  fałszywymi  założeniami.  Augustyn  bowiem  jest mocno  przekonany,  że  nie  ma  kacerza,  któryby  błądził  tylko  w  teorii  przeciw artykułom  wiary,  a  nie  wykraczał  równocześnie  w  praktyce  przeciw  dobrym obyczajom. Manichejczyków znał  Augustyn jak nikt inny, bo przez 9 lat był ich  zwolennikiem;  tu  też  znajomość  znakomicie  mu  posłużyła  do sparaliżowania  zgubnych  wpływów  tych  chełpliwych  i  obłudnych  ascetów, dopuszczających  się  w  rzeczywistości  haniebnych  występków.  By  wykazać różnicę  między obyczajami katolików, a ich obyczajami, napisał w  r. 388 dwie rozprawy:  De  moribus  Ecclesiae  catholicae  i  De  moribus  Manichaeorum.

Zdaniem  Augustyna  z  porównania  tego  każdy  snadnie  wysnuje  wniosek  o moralnej  wartości  jednych  i  drugich.  Manichejczykom  stawia  Augustyn bardzo ciężkie zarzuty, tak co do wiary, jak i co do obyczajów; nawet tak zwani „wybrani”  pośród  nich  dopuszczają  się  czynów  karygodnych,  tak  dalece,  iż trzeba  by  o  tym  pisać  całe  tomy,  by  je  wyliczyć.  Jednym  słowem  całe postępowanie  heretyków  zmuszało  Augustyna  do  stanowczego  potępienia  ich doktryny  i  jej  następstw  –  a  nie  mógł  temu  lepszego  dać  wyrazu,  jak  przez postawienie zasady: Extra Ecclesiam salus non est.

Wiele  również  przyczyniła  się  do  akcentowania  tej  zasady  polemika  z donatystami,  którzy  na  zewnątrz  gorszymi  byli  od  manichejczyków  i  zupełnie nie przebierali w środkach, byle dokuczyć katolikom i szerzyć schizmę choćby pałką i pięścią.

Grozą  i  zemstą  zatrzymywali  zwolenników  w  łonie  sekty,  a  katolikom przeszkadzali  nawet  w  wykonywaniu  praktyk  religijnych.  Urządzali formalne  wyprawy  na  świątynie  i  posiadłości  katolickie,  przy  czym niejednokrotnie  nie obeszło się bez tortur  i krwi rozlewu. Jeden zwłaszcza odłam donatystów, tzw. „circumcelliones”  –  istni rozbójnicy, stanowili przednią straż  i  dopuszczali  się  szalonych  zbrodni  na  rachunek  swych  protektorów, duchownych  sekciarzy,  którzy  tego  wrogiego  ruchu  byli  sprężynami.

Ponieważ donatyści powoływali się często na cechę świętości swej sekty, jako główny  probierz  prawdziwości  ich  kościoła,  przeto  Augustyn  oprócz ogólnikowych  i  sumarycznych  oskarżeń  przytacza  całe  szeregi  konkretnych zarzutów,  świadczących  o  tym,  że  donatyści  nie  tylko  nie  odznaczają  się świętością  życia,  jako  wykwitem  wzniosłych  zasad,  ale  nadto  popełniają  i tolerują u siebie wszelkiego rodzaju nadużycia.

Fatalnym  w  skutkach  zasadom  –  o  ile  je  zasadami  nazwać  można  – heretyków  i  schizmatyków  przeciwstawia  Augustyn  tę  cechę  Kościoła Chrystusowego,  która  najłatwiej  wpada  w  oczy,  tj.  jego  powszechność  czyli katolickość.  Sekciarze oderwali się od całości, zasklepili się w  małym zakątku Afryki, zerwali z tradycją i stanęli do walki z całym katolickim światem  –  a co dziwniejsze  –  i  w  rozterkę  ze  samymi  sobą,  bo  co  innego  głoszą,  a  co  innego czynią. Czy wobec tego może być mowa   o osiągnięciu zbawienia tam gdzie nie  ma odpowiednich  ku temu środków, przede  wszystkim  środków  najszerzej pojętych,  tj.  miłości  i  jedności,  bez  których  nie   ma  ani  odpuszczenia  w  tym życiu, ani zbawienia w przyszłym.

Podaliśmy w  najkrótszych zarysach tło, na jakim się rozgrywała walka  i motywy, jakie skłaniały Augustyna do tak rygorystycznego pojmowania kwestii zbawienia.  Zaznaczyliśmy  jednak  wyżej,  że  rygoryzm  ten  nie  jest  tak bezwzględnym, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. I istotnie tak jest. Augustyn nie  wyklucza  bezwzględnie  możności  zbawienia  poza  Kościołem.  Aby  to twierdzenie  pogodzić  z  poprzednim,  należy  u  św.  Doktora  odróżnić  teorię  od praktyki. W teorii, gdy idzie o zasady, Augustyn głosi nieugięcie zdanie:  Extra Ecclesiam  salus  non  est;  w  praktyce  natomiast,  gdy  wchodzi  w  grę  sprawa zbawienia  jednostek,  okazuje  się  człowiekiem  nader  wyrozumiałym  i wspaniałomyślnym.  Nie  wynika  z  tego  jakaś  chwiejność  czy  niestałość  w zapatrywaniach,  bo  zasady  tej  trzymał  się  od  samego  początku  walki  zdonatystami, o czym świadczy np. ” Psalmus  contra partem Donati” z r. 393, w którym z wielką miłością i słodyczą zwraca się do błędnowierców, wykazując im zgubne skutki odłączenia się od Kościoła, jedynego źródła łaski, i nawołując ich  do  rychłego  powrotu.  Zapewne,  że  silniej  akcentował  teoretyczną  zasadę, gdy  został  biskupem,  bo  jako  pasterz  diecezji  więcej  poczuwał  się  do odpowiedzialności  za  całość  zasad  katolickich.  Mimo  to  jednak  i  wtedy  nigdy nie  zaprzeczał  możności  zbawienia  poza  Kościołem  w  poszczególnych wypadkach. Skąd to wiemy? Wiemy to z oświetlenia przez Augustyna stosunku innowierców  tzn.  heretyków  i  schizmatyków  do  Kościoła.  Heretycy  i schizmatycy,  odłączając  się  od  Kościoła,  nie  zrywają  z  nim  całkowicie,  bo pozostaje wiele rzeczy,  które  ich jeszcze  z nim wiążą, jak  np. chrzest, symbol wiary i inne sakramenty; zrywają zaś w pierwszym rzędzie jedność i zgodę. Augustyn nie zaprzecza przedmiotowej wartości sakramentów i ich ważności po stronie  heretyków  i  schizmatyków  –  owszem,  nawet  wyraźnie  o  niej  mówi; natomiast  jako  główną  przeszkodę  w  oddziaływaniu  sakramentów  poza Kościołem,  podnosi  brak  odpowiedniego  usposobienia  u  tych,  którzy  je przyjmują.

Wina błędnowiercy, przyjmującego sakrament, w stopniu swym zależy od stopnia  jego  świadomości,  z  jaką  go  przyjmuje,  nie  zostając  w  łączności  z Kościołem, jedynym prawnym właścicielem sakramentów.

Wielki  Doktor  Kościoła  zachodniego  nie  zaprzecza  możności  dobrego usposobienia  poza  Kościołem,  chociaż  czyni  to  ostrożnie  i  z  pewnymi zastrzeżeniami, które zresztą są całkiem uzasadnione.

Gdzie  nie  ma  prawdziwej  wiary,  tam  żadna  z  cnót  nie  ma  istotnego gruntu, na którym  by się ostać mogła. Z wiary ma wypływać ta najpiękniejsza z cnót –  miłość, bez której nawet wiara nie zbawia; a nie  ma miłości bez jedności i łączności, przede wszystkim duchowej, bo sama zewnętrzna nie wystarcza.

Z  tego  wynika,  jak  Augustyn  wspaniale  z  Kościoła  widzialnego wyprowadza  Kościół  niewidzialny,  czyli  połączenie  (communio)  tych,  którzy czy  to  w  Kościele,  czy  poza  Kościołem  w  dobrej  wierze  żyją,  według najszczerszego swego przekonania.

Z  tego  również  punktu  widzenia  należy  patrzeć  i  na  stosunek błędnowierców  do  Kościoła;  tych  dzieli  Augustyn  na  dwie  kategorie,  tj. formalnych  i  materialnych  czyli  błądzących  świadomie  i  nieświadomie.

Wszystkie  tedy  rygorystyczne  wyrażenia  odnoszące  się  tak  do  możności zbawienia,  jak  i  ważności  sakramentów  poza  Kościołem,  stosują  się  do heretyków i schizmatyków  f o r ma ln y c h , tj. zdających sobie sprawę ze swego postępowania. Posądzanie Augustyna o brak tolerancji   nie  ma najmniejszego uzasadnienia,  jak  również  zarzut  ekskluzywności  katolickiej  moralności  i rygorystycznego  pojmowania  kwestii  zbawienia.  Tak  mogą  sądzić  ci,  którzy albo nie czytali Augustyna, albo czytając, nie chcieli rozumieć.

Jakkolwiek według Augustyna poza Kościołem nie  ma Ducha Świętego, – to  przecież  łaska  Boża  mimo  to  może  oddziaływać  i  na  odszczepieńców  w kierunku  nawrócenia.  Oderwanych  od  Kościoła  przyrównuje  św.  Doktór  do połamanych  gałęzi,  które  mogą  jeszcze  zrosnąć  się  w  jedno  z  życiodajnym pniem.  Dopóki  żyją,  nie  można  zupełnie  wątpić  o  ich  zbawieniu,  bo  i względem  ich  niezmierzonym  jest  miłosierdzie  Boga.  Wielkości  tego miłosierdzia  i  cierpliwości  Bożej  doznał  Augustyn  na  sobie  samym,  jak  mało kto i tyle musiał złamać przeszkód na drodze do nawrócenia, czemu wspaniały wyraz dał w Wyznaniach – że trudno przypuścić, iżby później zapomniał o tym i stał  się  nieubłaganym  dla  błądzących  w  wierze,  zwłaszcza  zrodzonych  i wychowanych  poza  Kościołem.  Augustyn  przyznaje,  że  niejednokrotnie nawet najgorsi heretycy mogą działać w dobrej wierze. Nie może jednak być zbawiony  ani  usprawiedliwiony  ten,  kto  poznawszy  Kościół,  czy  to  z  lektury ksiąg świętych, czy po jego cechach lub w   inny sposób, mimo to zerwał z nim łączność lub zerwanej łączności nie nawiązał.

Według  Augustyna  możliwym  jest  usprawiedliwienie,  zasługujące  na żywot  wieczny,  dokonujące  się  w  duszy  człowieka  bez  zewnętrznej  pomocy, wtedy  mianowicie,  gdy  ta  zewnętrzna  pomoc  i  widzialne  środki  są  dlań niedostępnymi.  Dobre  usposobienie,  „recta  dispositio”  w  wypadku  extremae necessitatis  zastępuje  sakrament  chrztu;  w  ten  sposób  np.  zbawił  się  łotr  na krzyżu.  Przekonywująco  dowodzi  wielki  biskup  Hippony,  że  od  początku rodzaju  ludzkiego,  a  raczej  od  obietnicy  Odkupiciela,  objawiał  się  Chrystus różnymi sposobami ludzkości,  i w każdym czasie  byli tacy, którzy weń wierzyli; byli tacy już w erze patriarchalnej od Adama do Mojżesza; byli zwłaszcza wśród narodu wybranego,  a nie brakło ich  i wśród pogan. Co z tego wynika? Oto, że Bóg  nigdy  nie  skąpił  łaski  swej  i  środków,  wiodących  do  zbawienia  –  a odmawiał ich tylko tym, którzy z własnej woli i winy stali się ich niegodnymi.

Widzimy  tedy  z  tego  krótkiego  przedstawienia  sprawy,  iż  Augustyn bardzo roztropnie pojmuje kwestię zbawienia  –  nie potępia z góry nikogo  –  jest wyrozumiałym na słabości ludzkie –  i zasadę: „Extra Ecclesiam salus non est” w ten sposób  i w tym  znaczeniu  głosi,  iż każdy ze spokojnym sumieniem  na  nią zgodzić się może.

Trwajcie przy Tradycji

Abp Marcel Lefebvre

 

Trwajcie przy Tradycji

Kazanie wygłoszone we Flüe 25 sierpnia 1985 roku

 

W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

 

Podczas objawień w Lourdes i w Fatimie Najświętsza Maryja Panna prosiła nas, za pośrednictwem św. Bernadetty oraz trojga pastuszków, o wytrwałą modlitwę oraz pokutę. I to właśnie czyniliście przez całą minioną noc. To właśnie czyniliście w trakcie całej tej pielgrzymki, modląc się i podejmując umartwienia. Cała minioną noc poświęciliście na modlitwę, uczestnicząc we Mszy św. oraz odmawiając Różaniec. Pielgrzymując tu oddawaliście się wytrwale pokucie i modlitwie, pomimo zmęczenia i złej pogody, odnieść można nawet wrażenie, iż wymaga od nas tego sam św. Mikołaj z Flüe, nie jest to bowiem pierwszy raz, kiedy pielgrzymujemy do jego grobu w strumieniach deszczu. Znośmy więc cierpliwie te umartwienia, mamy bowiem liczne powody do czynienia pokuty, które chciałbym teraz pokrótce przypomnieć.

Pierwszą intencją w jakiej powinniśmy je ofiarować jest synod, synod który rozpocząć ma się w Rzymie pod koniec listopada a zakończyć w Uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Oczekujemy na niego zarówno z wielką nadzieją, jak i wielką obawą. Oczekujemy na to wydarzenie z nadzieją, mamy bowiem ufność w Bogu, mamy ufność w Najświętszej Maryi Pannie i wierzymy, że kardynałowie zgromadzeni wokół papieża uświadomią sobie powagę sytuacji, w jakiej znalazł się obecnie Kościół i odkryją na nowo drogę Tradycji. Pomimo jednak iż w sam kard. Ratzinger w swej [opublikowanej niedawno] książce odmalowuje tragiczną sytuację w Kościele, wydaje się on nie dostrzegać drogi, która musi doprowadzić Kościół z powrotem do naszego Pana Jezusa Chrystusa, aby przywrócić mu jego dawną żywotność. Nie ma innej drogi ratunku, jak tylko droga Tradycji. Mamy jednak nadzieję, jako że Bóg jest Wszechmocny, iż dzięki waszym umartwieniom okaże nam On swą łaskę, zachowujemy więc ufność iż niektórzy przynajmniej kardynałowie wypowiedzą się odważnie, mówiąc całemu zgromadzeniu synodalnemu w Rzymie, że konieczny jest powrót do Tradycji.

Czymże jest Tradycja, jeśli nie nauczaniem Kościoła na przestrzeni XX wieków? Nie możemy zmienić doktryny Kościoła, której nauczał on przez całą swą historię. Dlatego właśnie modlimy się całym sercem, błagając Najświętszą Maryję Pannę, aby zechciała wyprosić światło Ducha Świętego dla synodu, który ma się odbyć w Rzymie. Mamy nadzieję iż zgromadzeni na nim zrozumieją, że konieczny jest powrót do Tradycji Kościoła, do Mszy Wszechczasów, do sakramentów wszechczasów, do prawdziwego kultu naszego Pana Jezusa Chrystusa, który jest jedyną drogą zbawienia. Taka jest nasza nadzieja i ufamy, iż dzięki waszym modlitwom i ofiarom Bóg was wysłucha – i również władze Kościoła zrozumieją konieczność powrotu do Tradycji.

Jak jednak powiedziałem, z nadzieją tą łączy się również obawa, albowiem czytając treść przemówień wygłoszonych w Rzymie przez członków sekretariatu synodu, które zostały następnie opublikowane na łamach „L’Osservatore Romano”, odnieść można niestety wrażenie, że ludzie ci pragną dalej postępować drogą wytyczoną przez II Sobór Watykański. Na czym jednak polega ta nowa orientacja? Jak możemy podsumować tę nową orientację Kościoła po Vaticanum II? Jest to ekumenizm, ekumenizm oznaczający całkowicie nowe stanowisko względem wrogów Kościoła, oznaczający że maja być oni obecnie postrzegani jako nasi bracia, że Kościół ma utrzymywać z nimi dobre stosunki i starać się ich zrozumieć, przypodobywać się im, że mamy dialogować z komunistami, z masonami i wyznawcami wszystkich innych religii, fałszywych religii: z muzułmanami, z protestantami i Żydami. [Twierdzi się obecnie, że] Kościół musi utrzymywać dobre stosunki ze wszystkimi tymi ludźmi, którzy zawsze go zwalczali. Muzułmanie oraz Żydzi są zasadniczo antychrześcijańscy, są wrogami naszego Pana Jezusa Chrystusa. Zawsze z Nim walczyli, i to samo powiedzieć można o masonach oraz komunistach. Zawsze walczyli oni z Królestwem naszego Pana Jezusa Chrystusa. Pragną je zniszczyć. Tak więc aby zyskać sobie przychylność wszystkich tych ludzi usunięto z Kościoła wszystko, co mogłoby ich razić, co mogłoby ich drażnić. Z tego właśnie powodu zaproszono do prac nad reformą liturgiczną protestantów i poproszono ich, aby wyrazili swe pragnienia odnośnie potencjalnych zmian w liturgii Mszy. Byli oni obecni podczas prac nad nowym mszałem, w konsekwencji więc po II Soborze Watykańskim dokonała się wielka zmiana, Kościół zaś przyjął całkowicie nową orientację, różniąca się całkowicie od tego, czego nauczał przez XX wieków.

Czegóż bowiem uczył Kościół przez całą swą historię jeśli nie tego, że nasz Pan Jezus Chrystus jest jedynym naszym Królem? Jedynie Chrystus Pan jest drogą do nieba i drogą do zbawienia. Jak sam powiedział: „Ja jestem Drogą i Prawdą i Życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie. Ego sum ostium. Ja jestem bramą owiec”. I tego właśnie Kościół zawsze nauczał. Z tego właśnie powodu wysyłał misjonarzy na cały świat, aby głosili muzułmanom, protestantom, poganom i wszystkim, którzy nie znają Zbawiciela oraz walczą z Jezusem Chrystusem: jest tylko jedna droga do zbawienia – nasz Pan Jezus Chrystus. Tak więc przywódcy tych religii więzili misjonarzy i mordowali ich, przelewali krew Apostołów i misjonarzy. Wszyscy niemal Apostołowie ponieśli śmierć męczeńską. Dlaczego? Ponieważ głosili naszego Pana Jezusa Chrystusa, pragnęli wykorzenić religie które niewoliły dusze i prowadziły je do piekła. Tak więc Apostołowie mówili: „Nie, nie wolno wam już wierzyć we wszystkich tych fałszywych bożków, przyjdźcie do naszego Pana Jezusa Chrystusa a będziecie zbawieni. Tylko On jest Zbawicielem, tylko On jest zbawieniem”. Tu solus altissimus, Tu solus Dominus, Jesu Christe. Tylko Tyś Najwyższy, tylko Tyś jest Panem, Jezu Chryste. Śpiewamy to podczas Gloria. Taka właśnie jest prawdziwa orientacja Kościoła.

Obecnie jednak przekonuje się nas, iż powinniśmy przemilczeć to wszystko aby nie sprawiać przykrości wyznawcom innych religii. Nie możemy już mówić o naszym Panu Jezusie Chrystusie, możemy mówić o Bogu, o prawach człowieka, o działalności dobroczynnej, nie możemy jednak mówić o prawach naszego Pana Jezusa Chrystusa, o Jego władzy królewskiej. A przecież taki właśnie jest cel chrześcijan – mamy szerzyć panowanie Jezusa Chrystusa nie tylko w niebie, ale i na ziemi. Przyjdź Królestwo Twoje, Bądź wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi – wola naszego Pana Jezusa Chrystusa. Tak więc przemówienia owe napawają mnie obawą. Obawiam się, że ludzie zgromadzeni na synodzie zdecydują się kontynuować ową orientację która niszczy Kościół, niszczy go dogłębnie, ponieważ w istocie chodzi o samą  naszą wiarę. Nie możemy milczeć o tym, że Jezus Chrystus jest naszym Królem, że jest On naszym Bogiem, że jest On jedyną drogą do zbawienia. Nie możemy o tym milczeć, nawet gdybyśmy musieli przelać swą krew aby potwierdzić naszą wiarę w Chrystusa. Musimy więc modlić się, aby Rzym powrócił do prawdziwej orientacji Kościoła, by nie zmieniał orientacji Kościoła, by nie schodził z drogi Apostołów, papieży, soborów, świętych i wszystkich tych, którzy kroczyli nią przez XX wieków, abyśmy pozostali na tej drodze.

Druga intencja związana jest z pierwszą: módlcie się za naszych kapłanów, za naszych seminarzystów, ponieważ obecnie to właśnie oni muszą przejąć pochodnię wiary, wiary którą Apostołowie, święci oraz papieże przekazywali nam na przestrzeni wieków.  To właśnie ci młodzi kapłani, ci młodzi seminarzyści, ci zakonnicy, muszą szerzyć dalej panowanie naszego Pana Jezusa Chrystusa, urzeczywistniać je na tym świecie. Potrzebują oni dziś w tych trudnych czasach szczególnych łask. Oby wytrwali we wierze i mogli przekazywać ją również wam. Oby przekazywali waszym dzieciom i rodzinom prawdziwą religię naszego Pana Jezusa Chrystusa. Proszę was wszystkich o żarliwą modlitwę w tej intencji. Wiecie, iż od czasu gdy założyłem Bractwo Św. Piusa X, wyświęciłem około 250 księży. 162 z nich jest członkami Bractwa. Mamy też 250 seminarzystów. 50 innych zostało zakonnikami, w Barroux u Dom Gerarda, franciszkanami u Dom Eugene, kapłanami Bractwa Przemienienia Pańskiego ks. Lecareux, dominikanami; także tych kapłanów wyświęciłem i należą oni obecnie do tych różnych zgromadzeń. Tak więc myślę, że to na nich spoczywa obecnie obowiązek głoszenia orędzia Kościoła, orędzia Zbawiciela, to od nich zależy ciągłość Kościoła – pracują oni obecnie na całym świecie: w Ameryce Południowej, w Ameryce Północnej, w Kanadzie, w Europie, w Australii, w Południowej Afryce, a niebawem być może posługiwać będą również w Afryce Równikowej. Pomagajcie wszystkim tym kapłanom, naszym kapłanom, którzy rozproszeni są po całym świecie, przez wasze modlitwy, aby mogli oni pozostać wierni nauczaniu które otrzymali, wierni Tradycji Kościoła, wierni temu, czego Kościół nauczał przez XX wieków  – i jeśli byłoby to konieczne, by byli gotowi przelać swą krew za naszego Pana Jezusa Chrystusa, za Jego panowanie. Proście Najświętszą Maryję Pannę, by otaczała ich szczególną opieką, by zachowała ich we wierze katolickiej, by nie odstąpili od doktryny Kościoła, i mogli kiedyś powiedzieć za św. Pawłem: „Tradidi quod et accepi” „Przekazałem to, co otrzymałem”, podobnie jak ja sam chciałbym móc powiedzieć w godzinie mej śmierci: „Przekazałem wam to, co otrzymałem, przekazałem wam orędzie [Ewangelii], przekazałem wam sakramenty, przekazałem wam Najświętszą Ofiarę Mszy, takimi jakie je sam otrzymałem”. Oby ci młodzi kapłani również byli w stanie powtarzać to przez całe swe życie. Dajemy wam to, co sami otrzymaliśmy i co pochodzi od Apostołów oraz od naszego Pana Jezusa Chrystusa. Tak więc polecam ich waszym modlitwom, ze względu na ich własne oraz wasze dobro, ponieważ potrzebujecie tych kapłanów, tych prawdziwych kapłanów, którzy sprawują prawdziwą Mszę, prawdziwą Ofiarę Mszy. Potrzebujecie ich, ponieważ potrzebujecie łask Chrystusa aby osiągnąć zbawienie, aby wskazać waszym dzieciom drogę do zbawienia, co nie jest dziś rzeczą łatwą. Bardzo liczę więc na wasze modlitwy, byśmy zawsze mogli mieć dobre powołania.

W roku bieżącym liczba powołań będzie prawdopodobnie jeszcze wyższa. Zazwyczaj każdego roku przyjmujemy około 60 nowych seminarzystów, jednakże na przestrzeni kolejnych lat połowa z nich rezygnuje, co oznacza że możemy wyświęcać każdego roku mniej więcej 30 nowych kapłanów. Polecam ich waszym modlitwom oraz opiece Najświętszej Maryi Panny, aby zachowali wiarę, którą im przekazaliśmy.

Trzecia intencja dotyczy w szczególny sposób was, drodzy obywatele Szwajcarii. Myślę, że wyrażam w ten sposób pragnienie samego św. Mikołaja z Flüe. Gdyby tylko mógł on dziś powstać z grobu i przemówić do swych rodaków, tak jak czynił to za życia i kiedy założył konfederację szwajcarską! Jako, że pamięć o nim pozostaje wśród nas wciąż żywa, jako że gromadzimy się dziś wokół jego grobu i modlimy się do niego – Msza którą dziś sprawujemy odprawiana jest właśnie ku jego czci – pragnąłbym wystąpić wobec was niejako w jego imieniu. Drodzy Przyjaciele, wiecie prawdopodobnie o najnowszej inicjatywie ustawodawczej dotyczącej rodziny, inicjatywie niszczącej sam jej fundament, na którym zbudował ją Bóg. Jest to projekt prawdziwie szatański. Czy to możliwe, by w kraju tak konserwatywnym jak Szwajcaria zarządzono kiedykolwiek referendum, które – z tego co słyszeliśmy – może zakończyć się przyjęciem owego projektu, niszczącego całkowicie rodzinę? Jeśli projekt ów przejdzie, ojciec rodziny nie będzie już posiadał żadnej władzy. Taki jest właśnie cel owego nowego prawa: pozbawi ono ojca jakiejkolwiek władzy nad żoną oraz dziećmi. Podobnie jak odrzucono autorytet Boga proklamując prawa człowieka, podobnie jak doprowadzono do paraliżu władzy Kościoła przez wszystkie te nowinki: te synody, konferencje, które pozbawiły realnej władzy biskupów, tak też obecnie pragnie się zniszczyć władzę ojca rodziny, która jest fundamentem społeczeństwa – i całkowicie zniszczyć tę instytucję. Tak więc pragnę uwiadomić wam konsekwencje przyjęcia tego projektu. Musicie na to reagować, nie wolno wam pozwolić zamordować szwajcarskiej rodziny, instytucji ustanowionej przez samego Boga, uświęconej przez sakrament małżeństwa, w którym Bóg daje nam w swej dobroci – że tak powiem – pewien posmak nieba. Czyż jest na ziemi coś piękniejszego? Ojciec, opiekun rodziny; matka będąca w pewnym sensie jej sercem, podlagająca władzy ojca, oraz dzieci, które radują serca ojca oraz matki. Każdy ma swe własne miejsce: ojciec i matka troszczą się o wychowanie swych dzieci, o ich formację, o przekazanie im wiary, o ich postęp w praktykowaniu cnót  – wypełniając przypisane sobie odrębne role. Obecnie jednak stara się to zniszczyć, niszcząc władzę ojca rodziny. Odtąd żona będzie mogła wybrać inne miejsce zamieszkania. Jeśli tylko pojawi się najmniejszy problem, będzie mogła odwołać się do sądu przeciwko swemu mężowi. Będzie mogła zażądać od niego płacy za pracę, jaką wykonuje w domu. Czy ktoś słyszał kiedyś o czymś podobnym? Zastanówcie się jednak przez chwilę nad konsekwencjami takiego prawa. Musi ono doprowadzić do zniszczenia samego serca rodziny. O jakiej miłości między małżonkami można by wówczas mówić? I co stanie się z dziećmi w rodzinie, w której rodzice mogą żyć osobno, matka nie zachowując już nazwiska męża, ale wracając do panieńskiego? Wszystko to ma na celu zniszczenie tej fundamentalnej instytucji społecznej. Tak więc Drodzy Przyjaciele, zwracam wam uwagę na ten problem, który jest bardzo, bardzo poważny. Nie dajcie sobie zamydlić oczu, to właśnie usiłuje się obecnie urzeczywistnić w Szwajcarii. Następnie pojawią się kolejne inicjatywy ustawodawcze legalizujące aborcję, antykoncepcję i rozwody, wszystkie te zamachy masonów na instytucję rodziny rodzinie zaczynały się  zawsze od jednego kraju, a następnie, stopniowo,  zło to rozprzestrzeniało się po całym świecie. Jest to element planu Szatana walczącego z naszym Panem Jezusem Chrystusem, który jest naszym Stwórcą, który stworzył rodzinę. To On stworzył rodzinę. Jest naszym Bogiem, jest Stwórcą rodziny. Aby obalić władzę naszego Pana Jezusa Chrystusa usiłuje się obecnie zniszczyć prawa, jakie nadał On naturze oraz pozbawić nas łask, które przypisane są do sakramentu małżeństwa. Zachęcam was do refleksji nad tym, jako że głosowanie to ma odbyć się już w przyszłym miesiącu.

Co jednak najbardziej zdumiewające, wręcz niewyobrażalne – przeczytałem niedawno list biskupów szwajcarskich na ten właśnie temat, list w którym aprobują oni tę inicjatywę – katoliccy biskupi Szwajcarii popierają inicjatywę, której konsekwencją musi być zniszczenie rodziny. Jak to możliwe? Czy zastanowili się oni nad tym choćby przez chwilę? Doszliśmy do sytuacji, w której sami biskupi nie patrzą na rzeczy z perspektywy Wiary, chcą bowiem za wszelką cenę dostosować się do świata, który nie jest już katolicki. Tracą całkowicie sensus catholicus. Pragnę wam to uświadomić. Nie mógłbym tego przemilczeć, jest to moim obowiązkiem jako biskupa. Przeczytałem ten list z prawdziwym przerażeniem. Błagajmy Boga, błagajmy Najświętszą Maryję Pannę, by prawo to nie zostało uchwalone, przyjęcie go oznaczałoby bowiem koniec tego kraju. Co pozostanie,  gdy rodzina nie będzie już fundamentem społeczeństwa? Nic. Ileż rodzin zostało już zniszczonych wskutek rozwodów! Rodzice porzucają swe dzieci, pozbawione odtąd ojca lub matki, skazując je na ciągłą tułaczkę. Nie mają już domu, tak więc sięgają po narkotyki, stają się przestępcami i zaczynają kraść. Taki jest skutek rozwodów. Jaki więc będzie rezultat wprowadzenia tych nowych praw, które są czymś jeszcze gorszym, które instytucjonalizują niejako rozdział pomiędzy mężem a żoną?

Błagajmy więc Boga, aby uchronił nas od tego, i jeśli macie sposobność napisania do waszych biskupów, uczyńcie to i nalegajcie na nich, by byli obrońcami katolickiej rodziny i całego życia rodzinnego. Oby zastanowili się nad tym, co robią. List ten jest czymś absolutnie niewiarygodnym. Czy uwierzyliście, że nie posługują się już oni nawet terminem „małżeństwo”? W liście ich nie ma już kwestii małżeństwa. Znacie termin jakim się posługują – używam go po francusku, nie wiem bowiem jak tłumaczy się go na niemiecki, chodzi jednak o to samo, partenariat [partnerstwo]. Nie mówią już o małżeństwie, ale o partnerstwie. Co to oznacza? Oznacza to, że mąż i żona są równorzędnymi partnerami, że nie już pomiędzy nimi różnic, podobnie jak w przypadku dwóch partnerów którzy podejmują decyzję o utworzeniu spółki. Zwróćcie uwagę iż partnerstwo to oznacza, że w powstałej w tej sposób wspólnocie nie istnieje hierarchia – obrzydliwość, która sprzeczna jest z wolą Bożą. Tak więc proszę was o modlitwę i akty pokuty, aby projekty te nie przeszły i byście zachowali tradycyjne instytucje, katolickie rodziny, które są gwarancją wielkości waszego kraju. Z rodzin tych wyszły dziesiątki tysięcy powołań kapłańskich, zakonnych i misyjnych – które niosły światło wiary na cały świat. Kiedy byłem biskupem Senegalu, miałem tam wiele powołań pochodzących właśnie ze Szwajcarii, kapłanów i misjonarzy, ponieważ w Szwajcarii były dobre katolickie rodziny. Dzień, w którym chrześcijańskie rodziny znikną, lub też sama rodzina zostanie zniszczona – oznaczać będzie koniec tego wszystkiego. Łaska Boża nie będzie już obecna w tych rodzinach, oznacza to kompletną ruinę kraju. Oby więc Bóg pozwolił wam uświadomić sobie katastrofalne konsekwencje tych projektów i obyście wy sami uczynili wszystko co w waszej mocy, aby nie dopuścić do ich urzeczywistnienia: po pierwsze poprzez modlitwę, poza tym zaś poprzez wszystko co jesteście w stanie zrobić, aby nie dopuścić do ich przyjęcia. Co musimy czynić w tym celu? Musimy zwrócić się do Najświętszej Maryi Panny. Naszą bronią jest Różaniec. To właśnie Różaniec, to Najświętsza Maryja Panna powstrzymała inwazję islamu na Europę. To Najświętsza Maryja Panna udaremniła komunistyczny przewrót w Brazylii, a ostatnio również w Chile. Dokonało się to dzięki odmawianiu Różańca – to dzięki temu wrogowie Kościoła zostali powstrzymani. Cóż, obecnie wróg jest u naszych drzwi. Pragnie całkowicie unicestwić panowanie Zbawiciela nad nami.

Weźmy więc do rąk nasz Różaniec i równocześnie róbmy co w naszej mocy, wspomagani przez łaskę Bożą, aby powstrzymać wrogów Kościoła, wrogów naszych dusz – i doprowadzić do tryumfu naszego Pana Jezusa Chrystusa i Jego Najświętszej Matki.

W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.

tłum. Scriptor

Prawo do oporu w przypadku nadużycia władzy

Michael Davies

Prawo do oporu w przypadku nadużycia władzy

 

W Rozdziale II oraz Dodatku II wykazałem, że nawet jeśli bulla Quo primum została zniesiona lub unieważniona, każdy kapłan ma w dalszym ciągu prawo do odprawiania Mszy Trydenckiej na mocy odwiecznego zwyczaju. Prawo to zachowuje niezależnie od tego, jakie stanowisko w tej sprawie zajęliby biskupi diecezjalni czy kongregacje rzymskie. Zachowałby je nawet wówczas, jeśli sam papież jasno dałby do zrozumienia, że nie życzy sobie celebracji Mszy Trydenckiej. Co jednak stałoby się, gdyby papież wykorzystał swą władzę do uchylenia tego prawa poprzez wyraźne unieważnienie owego odwiecznego zwyczaju w sposób formalny? Nie ma wątpliwości, iż miałby władzę to uczynić. Dzięki Bożej Opatrzności jak do tej pory żaden Następca św. Piotra nie posunął się do wydania tak katastrofalnej w skutkach decyzji. Gdyby jednak – przed czym niech Bóg broni – papież rzeczywiście anulował prawo każdego kapłana do odprawiania Mszy Trydenckiej w formie, która nie pozostawiałaby wątpliwości, czy oznaczałoby to, że tradycyjni kapłani nie mieliby wyjścia i musieliby celebrować Novus Ordo Missae? Wniosek taki nie jest bynajmniej oczywisty. Sam fakt, że dany akt jest legalny, nie czyni go jeszcze sprawiedliwym. Osoba piastująca władzę, nawet papież, może działać ultra vires, czyli nadużywać swej władzy. W takim przypadku wierni mieliby prawo odmówić posłuszeństwa.

Omawiałem tę kwestię szczegółowo w mej książce Apologia pro Marcel Lefebvre i wszystkich czytelników pragnących zapoznać się z nią szczegółowo odsyłam do Dodatku II tej pozycji. Składa się on z dwóch części: pierwsza dotyczy sprawy Roberta Grosseteste, XIII-wiecznego biskupa Lincoln (i prawdopodobnie najwybitniejszego katolika, jakiego wydał Kościół angielski), który wszedł w konflikt z papieżem odmawiając mianowania bratanka Innocentego IV kanonikiem katedry w Lincoln. Człowiek ów nie zamierzał nawet pojawić się w Anglii, urząd kanonika miał stanowić dla niego jedynie źródło dochodu. Biskup Grosseteste zwrócił papieżowi uwagę, że celem tego urzędu jest zapewnienie wiernym opieki duszpasterskiej, a nie dochodu jego krewnym. Choć papież był władny uczynić swego bratanka kanonikiem, biskup stwierdził, że nie miał po temu moralnego prawa, nie wykorzystywał bowiem w tym przypadku władzy otrzymanej od Jezusa Chrystusa do celu, dla jakiego została mu ona powierzona, tj. do budowania Mistycznego Ciała Chrystusa. Odmówił więc papieżowi posłuszeństwa– i nie ulega wątpliwości, iż miał w tym wypadku słuszność.

Dietrich von Hildebrand był zdania, że nic nie powinno być zakazywane, o ile nie jest ewidentnie szkodliwe lub złe. Nie sposób wyobrazić sobie, na jakiej podstawie celebracja Mszy Trydenckiej mogłaby być sprawiedliwie zakazana. Należy pamiętać, że zajmuje ona wyjątkowe miejsce w historii Kościoła Zachodniego, a w swych zasadniczych elementach sięga czasów św. Grzegorza Wielkiego i odleglejszej jeszcze przeszłości. Co najważniejsze, została ona w swej ostatecznej formie promulgowana przez św. Piusa V jako akt posłuszeństwa Soborowi Trydenckiemu i przyjąć należy, że tak jak nauczanie tego soboru o Eucharystii miało mieć charakter definitywny, to samo powiedzieć należy również o rycie, który jest doskonałym wyrazem liturgicznym tego nauczania. Ponieważ władza papieża powierzona została mu dla budowania Mistycznego Ciała Chrystusa, trudno byłoby utrzymywać, że realizowałby on ten cel znosząc ryt Mszy, stanowiący najwspanialsze dziedzictwo Kościoła Zachodniego.

Jeśli przyjmie się, że wprowadzony przez papieża zakaz celebracji Mszy Trydenckiej stanowiłby nadużycie władzy, wówczas każdy kapłan byłby usprawiedliwiony odprawiając ją pomimo tego papieskiego zakazu. By lepiej to wyjaśnić, przytoczę tu kilka fragmentów drugiej części Dodatku II z mej książki Apologia pro Marcel Lefebvre.

Nauczanie św. Tomasza z Akwinu

Według katolickich teologów i kanonistów prałat może nadużyć swej władzy na wiele sposobów, w tym również poprzez narzucenie niesprawiedliwego prawa oraz zaniedbanie obowiązku strzeżenia i przekazywania Depozytu Wiary, czy to poprzez milczenie w obliczu herezji, czy nawet jej nauczanie. W pierwszym z tych przypadków katolik ma prawo odmówić posłuszeństwa, w drugim natomiast ma wręcz obowiązek stawiania oporu. Według powszechnej opinii teologów i kanonistów legislator powinien nie tylko wystrzegać się narzucania  prawa, którego jego poddani nie byliby w stanie wykonać, ale również tego, by prawa nie były dla nich zbyt uciążliwe i bolesne. Św. Tomasz wyjaśnia, że aby prawo było sprawiedliwe, musi ono odpowiadać wymogom rozumu i przynosić korzyść tym, do których ma się odnosić. Prawo może przestać być wiążące nawet bez odwołania go przez legislatora, kiedy jest w oczywisty sposób szkodliwe, niemożliwe do wypełnienia czy nierozumne[1]. Jest to szczególnie prawdziwe, gdy prałat nakazuje coś sprzecznego z Bożym prawem (Praelato non est obediendum contra praeceptum divinum). Na poparcie swego nauczania św. Tomasz przytacza ustęp z Dziejów Apostolskich 5, 29: „Trzeba bardziej słuchać Boga, niż ludzi”.  Naucza, że w przypadku takiego rozporządzenia grzech popełniałby nie tylko ów prałat, ale też ci, którzy okazywaliby mu posłuszeństwo, podobnie jak popełniałby go nie będąc posłuszni prawu Bożemu (ipse peccaret praecipiens, et ei obediens, quasi contra praeceptum Domini agens)[2].

W kwestii, czy podwładni mają obowiązek być posłuszni swym przełożonym we wszystkich rzeczach, św. Tomasz wyjaśnia: „Nie wolno być posłusznym wobec przełożonego, jeśli to jest sprzeczne z przykazaniem Bożym”[3]. Normalnie podwładni maja obowiązek okazywać posłuszeństwo prawu Kościoła oraz państwa, wolno im jednak opierać się surowym i szkodliwym prawom, które nie przyczyniają się do dobra wspólnego. Pod żadnym pozorem nie wolno im narażać na szwank wiary zasłaniając się posłuszeństwem. Biorąc pod uwagę zakres, w jakim nauczanie eucharystyczne Soboru Trydenckiego zostało w tekstach liturgicznych Novus Ordo Missae zbagatelizowane i pamiętając, że nowy ryt spotkał się z aprobatą przedstawicieli licznych sekt protestanckich, katolicki kapłan słusznie mógłby powiedzieć, iż celebrując Novus Ordo Missae nie pozostawałby wierny nauczaniu Soboru Trydenckiego. Tak więc kapłani pragnący celebrować tradycyjną Mszę mogą argumentować, że zaakceptowanie Novus Ordo pod pozorem posłuszeństwa oznaczałoby wystawienie na szwank wiary.

Jednak, o ile tradycjonaliści słusznie mogliby argumentować, że tacy kapłani mają prawo domagać się poszanowania swego sumienia, powinni również akceptować fakt, iż inni kapłani nie uważają bynajmniej, by narażali wiarę na szwank posługując się Novus Ordo Missae, ponieważ ortodoksja tego rytu zagwarantowana została przez samego papieża. Byłoby niesprawiedliwością podważać ortodoksję kapłana jedynie dlatego, iż celebruje on Mszę według nowego rytu.

Kluczowe znaczenie ma tu rozróżnienie pomiędzy schizmą a nieposłuszeństwem. Kwestia ta omówiona została w Dictionnaire de Theologie Catholique przez samego o. Yvesa Congara OP, nieubłaganego krytyka abpa Marcela Lefebvre’a i ruchu tradycjonalistycznego[4]. O. Congar wyjaśnia, że akt schizmatycki polega na odrzuceniu autorytetu prawomocnej władzy – jak to było np. w przypadku Marcina Lutra. Wykazuje też, że odmowa zaakceptowania decyzji legalnej władzy w konkretnym przypadku nie stanowi aktu schizmy, ale nieposłuszeństwa. Katolik, który bez słusznego powodu opuszcza Msze niedzielne jest nieposłuszny, ale nie jest schizmatykiem – choć jego nieposłuszeństwo stanowi grzech ciężki. Jednak nieposłuszeństwo bezprawnemu nakazowi, odmowa podporządkowania się nadużyciu władzy, mogą być aktem cnoty. To nie bp Grosseteste popełnił grzech odmawiając mianowania bratanka papieża kanonikiem katedry w Lincoln, ale papież, który chciał wykorzystać urząd przeznaczony do pracy duszpasterskiej dla zapewnienia dochodu swemu krewniakowi. Jak jednak pogląd taki pogodzić można z nauczaniem Konstytucji dogmatycznej I Soboru Watykańskiego Pastor aeternus?

„Dlatego nauczamy i wyjaśniamy, że Kościół rzymski, z rozporządzenia Pana posiada nad wszystkimi innymi [Kościołami] pierwszeństwo zwyczajnej władzy, oraz że ta jurysdykcyjna władza biskupa Rzymu, która jest rzeczywiście biskupia, jest bezpośrednia: wobec niej obowiązani są zachować hierarchiczne podporządkowanie i prawdziwe posłuszeństwo pasterze i wierni wszelkiego obrządku i godności, każdy z osobna i wszyscy razem, i to nie tylko w sprawach wiary i moralności, ale także w kwestiach dotyczących dyscypliny i kierowania Kościołem rozproszonym po całym świecie; w ten sposób, żeby – przez zachowanie jedności zarówno wspólnoty, jak i wyznawania tej samej wiary z biskupem Rzymu – Kościół Chrystusa był jedną owczarnią wokół jednego najwyższego pasterza. To jest nauka prawdy katolickiej, od której nikt nie może odstąpić bez utraty wiary i zbawienia”[5].

W żarliwej obronie prerogatyw papieskich niektórzy katolicy interpretują te słowa w ten sposób, jak gdyby wyposażały one papieża we władzę, której w rzeczywistości nigdy on nie posiadał i nigdy nie mógłby posiadać. Nie zdając sobie często z tego sprawy, sugerują oni, wprost lub pośrednio, iż papież posiada władzę absolutną czy też arbitralną, tj. że może on rządzić Kościołem w sposób całkowicie nieskrępowany. Jednak władza papieża nie jest ani arbitralna ani absolutna – sama myśl, że słowa Pastor aeternus mogłaby być interpretowane w ten sposób była uważana [przez ojców soborowych] za absurdalną, zaś postulaty, by dołączyć do Konstytucji klauzule mające interpretacje takie wykluczać, traktowane były jako śmieszne. Gdy pochodzący z Ameryki biskup Verot z Savannaah zaproponował przyjęcie kanonu: „Gdyby ktoś powiedział, że władza papieża w Kościele jest tak absolutna, że może on rozporządzać wszystkim wedle swych zachcianek, niech będzie wyklęty” ojcowie odpowiedzieli, że biskupi nie przyjechali do Rzymu po to, by „słuchać błazenad”[6].

Biskup Freppel z Angers, wykładowca teologii na Sorbonie, należący do grupy teologów, którzy wezwani zostali do Rzymu w celu przygotowania soboru,  podczas dyskusji nad władzą jurysdykcyjną papieża powiedział:

„Absolutyzm rzymski jest systemem opartym o tezę Ulpiana, wedle której wola władcy stanowi prawo. Czy ktoś twierdził jednak kiedykolwiek, że papież rzymski powinien rządzić Kościołem wedle własnego upodobania, swych kaprysów i fantazji, w sposób całkowicie arbitralny, jednym słowem bez praw i kanonów? Wszyscy odrzucamy władzę czysto arbitralną, bronimy jednak władzy pełnej i doskonałej. Czy władza jest arbitralna dlatego tylko, iż jest najwyższa? Czy rządy świeckie są arbitralne, ponieważ są władzą najwyższą? Czy arbitralnym jest sobór powszechny zatwierdzony przez papieża? Połóżmy kres temu pomieszaniu pojęć! Niech doktryna przedstawiona w schemacie[7] przyjmowana będzie w jej autentycznym, właściwym sensie, bez absurdalnych interpretacji”[8].

Biskup Zinelli był członkiem ciała odpowiedzialnego za wyjaśnianie sensu schematu ojcom soborowym. W odpowiedzi melchickiemu Patriarsze Antiochii wyjaśnił on, że władza papieska nie jest monarchią absolutną, ponieważ forma rządów Kościoła ustanowiona została przez Chrystusa i nie mogłaby być zmieniona nawet przez sobór powszechny. „I nikt przy zdrowych zmysłach nie może twierdzić, że papież czy sobór powszechny mogą zniszczyć urząd biskupi czy inne elementy określone przez prawo Boskie”[9].

Jeśli władza papieża nie jest ani absolutna ani arbitralna, w sposób oczywisty musi być ona ograniczona. Najbardziej oczywistym i najważniejszym ograniczeniem pełni władzy papieskiej (plenitudo potestatis), wspomnianą przy wielu okazjach w trakcie dyskusji podczas I Soboru Watykańskiego, jest właśnie zasada, na mocy której bo Grosseteste odmówił posłuszeństwa Innocentemu IV:

„Jak powiedziałem, Stolica Apostolska w swej świętości nie może niszczyć, może jedynie budować. To właśnie oznacza pełnia władzy, może ona czynić wszystko ku zbudowaniu. Jednak owe tak zwane prowizje nie budują, ale niszczą”.

To właśnie miał na myśli inny członek tego ciała, bp d’Avanzo z Calvi:

„Tak więc Piotr posiada tyle władzy, ile dał mu jej Pan, nie do niszczenia, ale do budowania Ciała Chrystusa, którym jest Kościół”[10].

W swym dziele Dialogus de potestate papae (1517) dominikanin Sylwester Prierias dopuszczał sytuację, w której papież mógłby nadużyć swej władzy i – powtarzając niejako argumentację bpa Grosseteste – podkreślał, że posiadane przez niego prerogatywy i przywileje dane mu zostały jedynie do budowania, a nie do niszczenia:

„Tak więc, gdyby zechciał on rozdać majątek Kościoła lub Patrymonium św. Piotra swym własnym krewnym, gdyby chciał zniszczyć Kościół albo popełnić podobny czyn, istniałby obowiązek powstrzymania go, sprzeciwiania się mu i stawiania mu oporu. Powód tego jest taki, iż nie posiada on władzy by niszczyć, z czego z kolei wynika, iż jeśli postępowałby taki sposób, dozwolone byłoby okazywanie mu nieposłuszeństwa”.

Widzimy więc jasno, iż Pastor aeternus nie obliguje katolików do wiary, iż papież posiada władzę absolutną czy arbitralną, ani że zaprowadzane przez niego prawa nie podlegają żadnej krytyce. Osobną kategorię stanowi nauczanie doktrynalne, przy którym papież angażuje swą nieomylność – każdy katolik ma obowiązek przyjąć je wewnętrznie oraz wyznawać publicznie.

Odnosząc się do możliwości konfliktu między sumieniem a nakazem papieskim, kard. Newman wyjaśnia:

„Co do konieczności kierowania się głosem sumienia, konflikt między nim oraz władzą papieża możliwy jest jedynie wówczas, gdy papież promulguje prawo lub wydaje konkretny nakaz etc. (…) [Jest tak ponieważ] papież nie jest nieomylny w swych prawach, ani w swych rozporządzeniach, w aktach wykonywanych jako głowa państwa, w administracji czy polityce”[11].

Decyzja o nieposłuszeństwie woli papieża jest jednak sprawą bardzo poważną. Bez wątpienia lepiej byłoby ulec błędowi bezmyślnego i absolutnego posłuszeństwa, niż przyjąć modernistyczną zasadę poddawania każdej decyzji papieża osobistemu osądowi. Kard. Newman ostrzega:

„Jeśli w konkretnym przypadku [głos sumienia] miałby być traktowany jako święty i nadrzędny, aby przeważył on nad decyzją papieża konieczne jest zachowanie wielkiej rozwagi, poprzedzenie decyzji modlitwą i dołożenie wszelkich starań, by wyrobić sobie w danej kwestii słuszny osąd. Co więcej, papież posiada prawo do naszego posłuszeństwa, co oznacza, iż onus probandi spoczywa, jak w przypadku wszelkich wyjątków od reguły, na sumieniu danego człowieka. O ile człowiek nie jest w stanie stwierdzić wobec Boga, że nie wolno mu działać zgodnie z intencją papieża, ma obowiązek być mu posłusznym i sprzeciwiając się mu popełniałby ciężki grzech. Sam zmysł lojalności każe mu wierzyć w słuszność postanowienia papieża i stosownie do niego postępować”[12].

Jest to rzecz, o której tradycjonaliści nie powinni nigdy zapominać. Nic nie powinno przejmować katolika większym lękiem i obawą, niż nieposłuszeństwo nakazowi papieża. Akt taki mógłby być dozwolony jedynie przy pewności, że posłuszeństwo papieżowi oznaczałoby nieposłuszeństwo wobec Boga („Powinniśmy bardziej słuchać Boga, niż ludzi” Dz 5, 29).

Kard. Newman podkreśla, że jeśli człowiek jest szczerze przekonany, że „to co nakazuje przełożony jest niemiłe Bogu, nie jest zobowiązany do posłuszeństwa[13]. Jak dodaje:

„Słowo «przełożony» z pewnością obejmuje papieża, kard. Jacobatius jasno wykłada ten punkt w swym dziele o soborach, które znajduje się w zborach Labbe, wymieniając papieża imiennie: «W przypadku wątpliwości, czy posłuszeństwo nakazowi (papieża) byłoby grzechem czy nie, musimy stosować się do następującej zasady: jeśli osoba, do której odnosi się nakaz przekonana jest, że posłuszeństwo byłoby grzechem i niesprawiedliwością, pierwszym jej obowiązkiem jest rozwianie tych wątpliwości, gdyby jednak okazało się to niemożliwe, ma obowiązek postępować wedle nakazu sumienia i cierpliwie znosić nałożone kary” Lib. IV s. 241[14].

W tym właśnie kontekście kard. Newman zauważył:

„Gdybym został zmuszony do włączenia religii do toastów wznoszonych po obiedzie (co nie jest obecnie zbyt popularne), będę je wznosił w pierwszym rzędzie za Sumienie, a potem za Papieża”[15].

Posłuszeństwo prawu a normy moralne

Powyższy podtytuł pojawia się na stronie 394 książki Karla Rahnera Studies in Modern Theology, która opublikowana została po angielsku w roku 1965. Rahner czyni w niej ważne rozróżnienie pomiędzy tym, co jest legalne pod względem prawnym oraz tym, co jest dopuszczalne moralnie. Przytacza też przykład aktu papieskiego, który byłby ważny pod względem legalności, jednak moralnie niedopuszczalny, a który przypomina konflikt pomiędzy bpem Grosseteste a Innocentym IV:

„Wyobraźmy sobie że papież składa z urzędu kompetentnego i pobożnego biskupa bez żadnej obiektywnej przyczyny, jedynie po to, by powierzyć jego stanowisko jednemu ze swych krewnych. Nie da się udowodnić, że akt taki byłby nieważny pod względem prawnym. Nie ma sądu, do którego można by się odwołać od takiej decyzji papieża. Jedynie papież posiada stosowne kompetencje i on sam jest ostateczną instancją mogącą osądzić, czy wykonując ów akt stosował się do norm, pozwalających uznać go za usprawiedliwiony. Jednak przy całej niepodważalnej ważności takiego aktu, byłby on bez wątpienia niemoralny i stanowił de facto wykroczenie przeciwko boskiemu prawu biskupa, choć nie dotyczyłoby to sfery doktryny”.

Sto lat temu, w maju roku 1879 r., wspólnie z  Johnem Henrym Newmanem do godności kardynalskiej wyniesiony został bp Joseph Hergenrother. Jako jeden z najwybitniejszych teologów swego czasu, wezwany został do Rzymu, by pomóc w pracach przygotowawczych do I Soboru Watykańskiego. W późniejszym okresie stał się jednym z najwybitniejszych apologetów i interpretatorów soboru, wielkim poważaniem darzył go sam Pius IX. W pismach swych jasno dawał on do zrozumienia, że władza jurysdykcyjna przypisana przez sobór papieżowi żadną miarą nie może być postrzegana jako arbitralna czy nieograniczona:

„Papież jest ograniczony przez konieczność czynienia właściwego i dobroczynnego użytku ze swych przywilejów (…) Jest również ograniczony przez szacunek należny soborom powszechnym oraz starożytnym statutom i zwyczajom, przez prawa biskupów, przez stosunki z władzą świecką, przez tradycyjne umiarkowany charakter swych rządów, na jaki wskazuje sam cel ustanowienia urzędu papieskiego – czyli «umacnianie» – i na koniec poprzez konieczność uwzględniania ducha i charakteru narodów”[16].

Uwaga kard. Hergenrothera o konieczności respektowania starożytnych zwyczajów ma szczególne znaczenie w kontekście odmowy zaakceptowania nowej Mszy przez abpa Lefebvre’a oraz tradycjonalistów. Jednym z najwybitniejszych szermierzy prymatu papieskiego w XV wieku był kard. Juan de Torquemada, który w swym traktacie o Kościele Summa de Ecclesia (1489) nieugięcie bronił nieomylności i pełni władzy papieskiej. Z dzieła tego czerpali swe argumenty najsłynniejsi obrońcy prymatu Piotra z czasów poprzedzających I Sobór Watykański –Domenico Jacobazzi, Kajetan, Melchior Cano, Suarez, Grzegorz z Walencji i Bellarmine. Kard. Torquemada nauczał, że papież mógłby stać się schizmatykiem zrywając z tradycją, zwłaszcza w sferze kultu:

„Papież może odłączyć wskutek swej samowoli od ciała Kościoła i od kolegium kapłańskiego, odstępując od tego, co zachowuje Kościół powszechny na mocy tradycji apostolskiej (…) albo od tego, co nakazane zostało przez sobory powszechne lub Stolicę Apostolską, zwłaszcza w kwestii kultu Bożego – jeśli nie chciałby przestrzegać tego, co dotyczy obowiązujących powszechnie obrzędów Kościoła”[17].

Również Francisco de Suarez (1548-1617) twierdził, iż papież mógłby stać się schizmatykiem usiłując obalić tradycyjne zwyczaje i obrzędy Kościoła. Suarez uważany jest powszechnie za najwybitniejszego teologa jezuickiego, a sam Paweł V nazywał go „doctor eximius et pius”. Dla Suareza schizma, w sensie ściśle teologicznym, polega na rozbiciu jedności Kościoła. Nie wymaga ona głoszenia formalnej herezji i dotyczyć może osoby, która zachowuje co prawda wiarę, jednak w swym postępowaniu i zachowaniu okazuje niechęć do zachowywania jedności z Kościołem. Jak pisał:

„Papież może być schizmatykiem jeśli nie chce zachować jedności i więzi z całym ciałem Kościoła, jeśli usiłuje ekskomunikować cały Kościół albo – jak pisze Kajetan – jeśli usiłuje znieść wszystkie obrzędy kościelne, które potwierdzone są przez tradycję apostolską”[18].

Jest faktem bezspornym, że nigdy w historii Kościoła żaden papież nie przeprowadził tak całościowego zniesienia tradycyjnych zwyczajów i obrzędów jak Paweł VI. Jedynym porównaniem, jakie się tu nasuwa, jest reformacja protestancka – została ona jednak przeprowadzona przez ludzi, którzy otwarcie stawiali się poza jednością Kościoła.

Podobny przykład moralnie niedozwolonego aktu papieskiego podaje również ks. Rahner:

„Wyobraźmy sobie że papież, działający jako najwyższy pasterz Kościoła, wydał dziś dekret wymagający, by wszystkie unickie Kościoły Bliskiego Wschodu porzuciły swe wschodnie liturgie i przyjęły ryt łaciński (…) Nie przekroczyłby kompetencji prymatu jurysdykcyjnego i dekret taki były ważny pod względem prawnym.

Możemy jednak postawić inne pytanie: czy dekret taki byłby dopuszczalny pod względem moralnym? Każdy człowiek rozumny i każdy prawdziwy chrześcijanin odpowiedziałby na to pytanie: «nie». Każdy spowiednik papieża powiedziałby mu, że w konkretnej sytuacji dzisiejszego Kościoła dekret taki, pomimo jego legalności, byłby zarówno subiektywnie jak i obiektywnie nadzwyczaj poważnym wykroczeniem przeciwko miłości, przeciwko dobrze rozumianej jedności Kościoła (która nie wymaga jednolitości), że stanowiłby przeszkodę dla ponownego połączenia się prawosławia z Kościołem rzymskim etc, że byłby ciężkim grzechem, z którego papież mógłby być rozgrzeszony jedynie wówczas, gdyby dekret ów odwołał.

Przykład ten oddaje istotę kwestii. Można ją oczywiście przedstawić w sposób bardziej ogólny i abstrakcyjny w dowodzeniu teologicznym:

  1. Wykonywanie prymatu jurysdykcyjnego przez papieża – nawet kiedy pozostaje ono w zgodzie z normami prawnymi – podlega normom moralnym, które nie muszą być spełnione z tego tylko względu, że dany akt jest legalny. Nawet akt jurysdykcji, który legalnie wiąże poddanych, może stanowić wykroczenie przeciwko normom moralnym.
  2. Protest przeciwko naruszeniu norm moralnych przez akt, który normy te ma obowiązek respektować, nie oznacza negowania ani kwestionowania kompetencji legislacyjnych osoby posiadającej władzę jurysdykcyjną”[19].

Ks. Rahner stwierdza dalej, że „może istnieć prawo a nawet obowiązek protestowania” przeciwko aktowi moralnie niedopuszczalnemu, „nawet wówczas, gdyby jego legalność była bezdyskusyjna”[20]. Uchylając się od odpowiedzi na pytanie, jaką formę miałby przybrać taki protest, potępia jednak w najsurowszych słowach tych, którzy twierdziliby, iż każdy akt władzy kościelnej, w tym samego papieża, nie może być kwestionowany, o ile tylko ważny jest pod względem prawnym (zauważmy, że pisał to w roku 1965). Słowa jego można by odnieść do tych konserwatywnych katolików, którzy atakują tradycjonalistów  z tego jedynie powodu, iż kwestionują oni ważny akt legislacji papieskiej. Co innego, gdyby kwestionowali oni podstawy, na jakich opiera się protest tradycjonalistów, można bowiem dyskutować nad tym, czy Novus Ordo stanowi zerwanie z Tradycją, czy narusza prawdziwe nauczanie eucharystyczne, prowadzi do nadużyć liturgicznych etc. Ponieważ jednak negują oni, by katolicy posiadali jakiekolwiek prawo do kwestionowania ważnego pod względem prawnym aktu papieskiego, wszelka dalsza dyskusja staje się niemożliwa.

Czy znamy z historii przypadki interwencji papieży w zwyczaje liturgiczne, które odpowiadałyby przykładom podanym przez Rahnera i Suareza? Odpowiedź brzmi: «tak» i to w przynajmniej dwóch przypadkach. Za pontyfikatu św. Wiktora (189-198) kontrowersję wywołał fakt, iż niektórzy azjatyccy chrześcijanie nie dostosowali swego systemu obliczania daty Wielkanocy do zwyczaju rzymskiego, wskutek czego Wielkanoc świętowana była w różne dni w różnych częściach Kościoła.

„Wiktor nakazał Kościołom Azji dostosować się do zwyczaju reszty Kościoła, napotkał jednak na zdecydowany opór ze strony Polikratesa z Efezu który twierdził, że ich zwyczaj wywodzi się od samego św. Jana. Wiktor odpowiedział ekskomuniką. W tej sytuacji interweniował jednak św. Ireneusz, wzywając Wiktora by nie odcinał [od jedności] całych Kościołów z powodu, który nie należał do sfery wiary. Przyznawał, że papież ma prawo przeprowadzić swą wolę, nalegał jednak, by tego nie czynił. Stawiający opór biskupi Azji nie kwestionowali bynajmniej zwierzchnictwa Rzymu – uważali po prostu, iż Wiktor nadużył swej władzy nakazując im porzucić zwyczaj, który opierał się na autorytecie apostolskim (…) Widząc, że z jego uporu wynikłoby więcej szkody niż pożytku, św. Wiktor zrezygnował z nałożenia kary”[21].

Liczni papieże, w tym Mikołaj II, św. Grzegorz VII i Eugeniusz IV próbowali narzucić ryt rzymski katolikom Mediolanu. Mediolańczycy posunęli się nawet do chwycenia za broń w obronie swej tradycyjnej liturgii (rytu ambrozjańskiego) i ostatecznie odnieśli zwycięstwo[22]. Ich ryt, posiadający tradycję dłuższą niż 200 lat, nie został zniesiony przez promulgację bulli Quo primum (1570).

Skarcenie św. Piotra

Nagana, jakiej udzielił św. Paweł św. Piotrowi w Antiochii (Gal 2) stanowi klasyczny przykład sytuacji, w której sam papież wymagał napomnienia. Postępowanie Piotra, który nie spożywał posiłków z konwertytami z pogaństwa sprzeczne było z jego własnymi przekonaniami oraz z prawdą Ewangelii. Mógł podważyć w ten sposób wolność pogan oraz Żydów od nakazów prawa mojżeszowego i choć nie był winny błędu doktrynalnego, postępowaniem swym udzielał wsparcia judaizantom. Św. Tomasz wyjaśnia:

„(…) w wypadku zagrożenia dla wiary, podwładni powinni upominać przełożonych nawet publicznie. I tak nawet Paweł, który był podwładnym Piotra, strofował go publicznie, a powodem tego było grożące zaburzenie w sprawach wiary. I tak to rozumie Glossa Augustyna do listu do Galatów (2,14) mówiąc: «sam Piotr dał przykład przełożonym, by w wypadku zejścia z prostej drogi nie oburzali się na upomnienia podwładnych».”[23].

Cytując raz jeszcze Suareza:

„Gdy [papież] wydaje polecenie sprzeczne z dobrym obyczajem, nie trzeba być mu posłusznym; jeśli próbuje czynić coś jawnie sprzecznego ze sprawiedliwością i wspólnym dobrem, dozwolone jest przeciwstawiać się mu; jeśli atakuje siłą, siłą powinien być odparty, z umiarkowaniem wymaganym w sytuacji usprawiedliwionej obrony”[24].

Św. Robert Bellarmine naucza:

„Jak jest dozwolone sprzeciwiać się papieżowi, gdy atakuje ciało, tak też dozwolone jest przeciwstawić się mu, gdy niepokoi dusze albo stwarza zamieszanie w państwie, a tym bardziej jeśli działa ku zniszczeniu Kościoła. Jest dozwolone – powiadam – stawić mu opór nie wypełniając jego nakazów i przeszkadzając w spełnieniu się jego woli, nie jest jednak dozwolone sądzić go, karać czy składać z urzędu, gdyż akty te zastrzeżone są dla władzy zwierzchniej”[25].

Jasno więc widzimy, że prawo do opierania się papieżowi posiada solidną podstawę w teologii katolickiej, choć okoliczności, które usprawiedliwiałyby takie postępowanie, musiałyby być nadzwyczaj poważne. Przypomnijmy raz jeszcze słowa kard. Newmana: „O ile człowiek nie jest w stanie stwierdzić wobec Boga, że nie wolno mu działać zgodnie z intencją papieża, ma obowiązek być mu posłusznym”. Celem niniejszego dodatku jest jedynie dowiedzenie, że w nadzwyczajnych okolicznościach katolik może mieć nie tylko prawo, ale i obowiązek okazania nieposłuszeństwa papieżowi.

tłum. Scriptor

[1] Patrz ks. Raymond Dulac, “Courrier de Rome”, nr 15.

[2] Tomasz z Akwinu, ST, II-II, Q.XXXIII, art. VII, Odp. 5.

[3] Tomasz z Akwinu, ST, II-II, Q.CIV, art. 5, Odp. 3.

[4] Dictionnaire de Theologie Catholique, t. XIV, s. 1303, kol. 2.

[5] D, 1827.

[6] C. Butler, The Vatican Council, 1930, t. II, s. 80.

[7] Tj. schemacie przygotowawczym Konstytucji.

[8] Ibidem, ss. 84-85.

[9] J.D. Mansi, Sacrorum conciliorum nova et amplissima collectio, 1957-1927, t. 52, s. 715.

[10] Ibidem.

[11] Difficulties of Anglicans, 1876, s. 256.

[12] Ibidem, ss. 257-258.

[13] Ibidem, ss. 260-261.

[14] Ibidem, s. 261.

[15] Ibidem.

[16] Catholic Encyclopedia, 1913, t. XII, ss. 269-270.

[17] Summa de Ecclesia, 1560, ks. IV, cz. 2, rozdz. 11.

[18] De Charitate, Disputatio XII de schismate, sectio I, 1959, 12733 ff.

[19] K. Rahner, Studies in Modern Theology, 1965, ss. 394-395.

[20] Ibidem, s. 397.

[21] Catholic Encyclopedia, 1913, t.12, s. 263.

[22] Ibidem, t. 1, s. 395.

[23]Tomasz z Akwinu, ST, II-II, Q.XXXIII, art. IV, Odp. 2.

[24] De Fide, Disp. X, sect. VI, n. 16.

[25] De summo pontifice, 1870, ks. II, rozdz. 29.

Pismo święte nie wystarcza do zbawienia

Ks. John Jenkins

 

Pismo święte nie wystarcza do zbawienia

 

Drodzy wierni, szanowni państwo

Chciałbym dziś mówić o kontrowersji, która rozstrzygnięta została już dawno temu, choć  odnoszące się do niej orzeczenia zostały dziś niemal powszechnie zapomniane. Błędy, o których mam zamiar dziś mówić, zostały już dawno potępione, a jednak podobnie jak diabeł nie przestają one powracać wciąż na nowo, zgodnie ze słowami Pisma: „jak pies do wymiotów powraca, tak głupi powtarza szaleństwa” (Prz 226,11; 2P 2,22). Herezja zwana Sola Scriptura, o której mówić będziemy za chwilę, pozostaje w naszych czasach bardzo rozpowszechnionym błędem.

Pomiędzy modernizmem i protestantyzmem istnieją bardzo realne związki, zwłaszcza w tym, co dotyczy głównych zasad, stanowiących niejako ich siłę napędową. Więź ową dostrzec można zwłaszcza pewnych aspektach doktrynalnych, wspólnych dla obu wspomnianych błędów. Niedawno wygłosiłem konferencję poświęconą nowej Mszy, podczas której wykazałem, że nowy ryt Mszy nie jest zgodny z doktryną eucharystyczną Soboru Trydenckiego. Można nawet powiedzieć, że nowa Msza, stworzona przez reformatorów po II Soborze Watykańskim, jest protestancka zarówno w swej inspiracji, jak i owocach.

Jednym ze skutków tak zwanych reform Vaticanum II oraz heretyckiego ekumenizmu, praktykowanego w Kościele przez ostatnich 40 lat, jest destrukcyjny wpływ protestanckich idei i praktyk na życie Kościoła, nawet wśród duchowieństwa. Usłyszałem na przykład niedawno od pewnego  – rzekomo katolickiego – kapłana, że obecność Zbawiciela na ołtarzu nie jest tak ważna, jak Jego obecność w Piśmie świętym, że lektura Ewangelii przynosi duszy większą korzyść niż Komunia święta. Inny kapłan napisał do mnie, że jednym z dobrych owoców II Soboru Watykańskiego było, cytuję: „odkrycie Pisma świętego”, które było przedtem zaniedbywane przez katolików. Podróżując środkami komunikacji publicznej spotykam często ludzi uważających, że ich wiara opiera się na samej tylko Biblii, nieświadomych w znacznej mierze istnienia Tradycji i tego, czym ona jest.

Obecnie, ze względu na wielką łatwość w przemieszczaniu się, mamy w Polsce do czynienia z rosnącymi wpływami protestantów, przede wszystkim wskutek wielkiego oddziaływania ekonomicznego państw protestanckich, takich jak Stany Zjednoczone. Wielu ludzi zmuszonych jest do pracy w krajach protestanckich. Niezliczone sekty rozpowszechniają wszędzie swe broszury i ulotki, nie mówiąc już o wpływie filmu i telewizji, przesiąkniętych protestanckimi ideami i wartościami. Wszystko to oznacza, że jako katolicy musimy zachować czujność i nie pozwolić zwieść się tym wpływom, a podstawową bronią w walce z herezją jest dobra znajomość przeciwnika.

 

Znaczenie Sola Scriptura

Co więc oznacza Sola Scriptura? Te dwa łacińskie słowa są niejako sztandarowym sloganem reformy protestanckiej – sola – czyli samo, oraz scriptura, czyli pismo, co odnosi się konkretnie do świętych ksiąg, które nazywamy Biblią. Główny sens tego sloganu jest taki, że wszystko, co Bóg nam objawił, zawarte jest w Biblii i że niczego nie wolno do tego dodawać, czy też że sama tylko Biblia zawiera całość Bożego Objawienia. Zasadniczo oznacza to, że aby dostąpić zbawienia, wystarczy żyć zgodnie z naukami zawartymi w samej tylko Biblii. Oznacza to również, że wszelkie nauki, których nie można znaleźć w Biblii, są podejrzane, albo przynajmniej nie pochodzą z Bożego natchnienia. Protestanci argumentowali, że Kościół zbłądził przypisując zbyt wiele znaczenia naukom i praktykom nie wspominanym przez Pismo, które jako jedyne powinno stanowić punkt odniesienia dla wiary.

Podobnie jak w przypadku wszystkich innych błędów, również ta koncepcja interpretowana jest w sposób mniej lub bardziej rygorystyczny, zwłaszcza w kwestii, jak należy odnosić się do nauk, których nie można znaleźć w Biblii. Niektórzy będą je tolerować, inni natomiast, jak Marcin Luter, nazywać będą Mszę świętą czy spowiedź wynalazkami diabelskimi (List do szlachty, Rozmowy stołowe). W ujęciu bardziej umiarkowanym oznacza ona, że rdzeń czy też źródło wierzeń chrześcijańskich znajduje się w Biblii i że przestrzeganie nakazów w niej zawartych wystarcza do zbawienia, a domaganie się czegoś ponad to nie jest w istocie chrześcijańskie.

Jak jednak zobaczymy, znajomość samego tylko Pisma nie wystarcza bynajmniej do zbawienia, co więcej – sama Biblia potępia w istocie takie twierdzenie. Aby wykazać fałszywość twierdzenia, że Pismo święte jest jedynym źródłem Objawienia, czy też że samo tylko wystarcza do zbawienia, podzielimy nasz wywód na trzy części. Po pierwsze, przyjrzymy się samemu Pismu i zbadamy, czy naucza ono takiej doktryny. Następnie prześledzimy historię chrześcijaństwa i zobaczymy, czego nauczali autorzy chrześcijańscy i Ojcowie Kościoła minionych wieków. Ostatecznie przejdziemy do konkluzji, że koncepcja Sola Scriptura nie tylko nie ma oparcia w Piśmie, ale też jest ahistoryczna i całkowicie nie do obrony.

  1. Samo Pismo święte obala koncepcję Sola Scriptura

Jeśli skupimy się naukach samego Pisma, tak jak chcą tego protestanci, uderzy nas od razu fakt, że nigdzie w Biblii nie znajdujemy sformułowania Sola Scriptura, ani nawet idei, że samo tylko Pismo powinno być postrzegane jako wyłączna reguła wiary. Ponieważ ludzie, którzy wyznają zasadę Sola Scriptura twierdzą, że są chrześcijanami i uznają autorytet Nowego Testamentu, zacznijmy od pierwszych ksiąg Nowego Testamentu i zobaczmy, czego naprawdę wymaga się od uczniów Jezusa Chrystusa.

  1. Nie wszystkie nauki Chrystusa Pana zawarte są w Biblii

W Ewangelii św. Mateusza czytamy: „Idąc tedy, nauczajcie wszystkie narody, chrzcząc je w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, nauczając je zachowywać wszystko, cokolwiek wam przykazałem” (Mt 28, 19-20). Zauważmy, że Zbawiciel nakazuje tu swym Apostołom nauczać i zachowywać to, co im przekazał, nie wspominając nic o konieczności spisywania tych nauk. Chrystus Pan mówi ponadto „wszystkiego”, a nie jedynie części. Samo Pismo św. zaświadcza jednak, że nie wszystko co Chrystus Pan czynił i czego nauczał znajduje się w Biblii. Św. Jan Ewangelista pisze nawet: „I wiele też innych znaków uczynił Jezus, które nie są zapisane w tej księdze” (J 20, 30), oraz „Jest też wiele innych rzeczy, które uczynił Jezus, które gdyby z osobna opisywać, mniemam że sam świat nie mógłby pomieścić ksiąg, które by trzeba napisać” (J 21, 25).

Niektóre z tych nauk Zbawiciela, które nie zostały zapisane w Ewangeliach, znaleźć możemy w Dziejach Apostolskich, gdzie św. Paweł mówi do wiernych w Efezie: „Wszystko wam pokazałem, że tak pracując, trzeba podejmować chorych i pamiętać na słowa Pana Jezusa, który powiedział: Szczęśliwa to rzecz raczej dawać, aniżeli brać”. Zwróćmy uwagę, że tych słów „Szczęśliwa to rzecz raczej dawać, aniżeli brać” nie znajdujemy nigdzie w Ewangeliach. Tak więc, jak mówi św. Jan, nie wszystkie słowa Chrystusa Pana znaleźć można w Ewangelii.

Można również zauważyć, że większość Apostołów w ogóle nie pisała, a jednak ich nauki posiadają autorytet nie mniejszy niż tych, którzy to czynili. Pan Jezus powiedział do nich wszystkich, nie tylko do Ewangelistów: „Kto was słucha, mnie słucha, a kto wami gardzi, mną gardzi, a kto mną gardzi, gardzi tym, który mnie posłał” (Łk 10, 16). Chrystus nie powiedział: kto wasze słowa czyta, moje słowa czyta… Sam nie napisał ani jednego słowa.

  1. Chrześcijanie pierwszych wieków posiadali jedynie nauczanie ustne

Na początku Ewangelii św. Łukasza czytamy: „Ponieważ wielu starało się ułożyć opowiadanie o rzeczach, które się wśród nas dokonały, jak nam podali ci, którzy się im od początku sami przypatrywali i byli sługami słowa; postanowiłem i ja, zbadawszy wszystko dokładnie od początku, spisać ci po kolei, dostojny Teofilu, abyś poznał prawdę tych słów, których cię nauczono” (Łk 1, 1-4). Widzimy więc, że wierni, do których św. Łukasz pisał, otrzymali już nauczanie Chrystusa i że on sam pisał w celu potwierdzenia słów, które już uprzednio otrzymali. Nauki Chrystusa poprzedzały spisanie Ewangelii św. Łukasza o cały szereg lat. Nasuwa się więc pytanie: co z wiernymi, którzy żyli w latach poprzedzających spisanie Ewangelii? Czy byli oni chrześcijanami i czy mogli dostąpić zbawienia? W rzeczywistości wiara ich nie mogła być oceniana w odniesieniu do Biblii, ponieważ nie istniała ona jeszcze – i według słów św. Łukasza, jego Ewangelia była jedynie autorytatywnym potwierdzeniem nauk, które już otrzymali i w które wierzyli.

Podobnie św. Paweł w Liście do Tesaloniczan pisze: „Dlatego i my dziękujemy Bogu nieustannie, że przyjąwszy głoszone przez nas słowo Boże, przyjęliście je nie jako słowa ludzkie, ale jak jest prawdziwie, jako słowo Boga” (1Tes 2, 13). Słowa te pochodzą jednak z pierwszego listu do Tesaloniczan co oznacza, że w przeszłości nigdy on do nich nie pisał – słowo Boże było im jedynie „głoszone”. Chrześcijanie pierwszych wieków nie posiadali nawet Biblii, a jednak wierzyli w Jezusa Chrystusa na szereg lat przed napisaniem niniejszego listu.

Co więcej, w tym samym liście św. Paweł chwali Tesaloniczan nie za to, że uwierzyli w nauki Biblii czy też je praktykowali, ale za to, że „staliście się naśladowcami naszymi i Pana, przyjąwszy słowo w wielkim utrapieniu z weselem Ducha Świętego, tak że staliście się wzorem wszystkim wierzącym w Macedonii i Achai” (1Tes 1,6). Mieszkańcy Tesalii przedstawiani są więc jako wzór dla wiernych nie dlatego, że czytali jego listy czy Ewangelię, ale dzięki faktowi, ze przyjęli jego ustne pouczenia i postępowali za jego przykładem. Św. Paweł powtarza tę opinię w innych swych listach, miedzy innymi w liście skierowanym do Filipian: Czegoście się i nauczyli i coście przyjęli i słyszeli i widzieli we mnie, to czyńcie, a Bóg pokoju będzie z wami” (Fil 4, 9). Wierni maja więc postępować zgodnie z tym, co od niego usłyszeli, a sam św. Paweł wolał w rzeczywistości pouczać ich osobiście, jak to czytamy pod koniec pierwszego Listu do Tesaloniczan: „modląc się coraz usilniej, abyśmy mogli oglądać oblicze wasze i dopełnić tego, czego brakuje wierze waszej” (1Tes 3, 10). Oznacza to, że nawet sam jego list do nich skierowany nie wystarcza i musi być uzupełniony przez jego osobiste nauczanie. W oczywisty więc sposób list ten nie obejmuje wszystkiego, o czym pragnął ich pouczyć.

  1. Istnienie innych listów, nie należących do kanonu Pisma świętego

Co najciekawsze, w Nowym Testamencie spotykamy wiele odniesień do pism, których nie znajdujemy w Biblii. Na przykład św. Paweł w pierwszym liście do Koryntian pisze: „Napisałem wam w liście, abyście nie przestawali z rozpustnikami” (1Kor 5, 9-11). Przypomina im następnie, o czym do nich napisał i kończy praktyczną konkluzją: „Wyrzućcie złego spośród siebie”. Ów pierwszy napisany do nich list był więc na tyle ważny, że czuł się zmuszony przypomnieć im jego treść i pouczyć, że mają obowiązek przestrzegać jego zaleceń w nim zawartych. W Biblii nie znajdujemy jednak księgi zatytułowanej „Przedpierwszy list do Koryntian”. Co stało się z tym listem? W sposób oczywisty zawierał on nauki i nakazy konieczne do zbawienia, w Biblii jednak nie ma po nim śladu.

Podobnie w Liście do Kolosan czytamy: „A gdy ten list u was będzie odczytany, postarajcie się, aby był odczytany i w kościele Laodynenów, a ten, który jest do Laodycenów, żebyście wy odczytali” (Kol 4, 16). Widzimy wiec, że istniał również inny list, napisany do wiernych w Laodycei, równie ważny, jak list napisany przez św. Pawła do Kolosan. W Biblii nie znajdujemy jednak żadnego listu do mieszkańców Laodycei. Dlaczego go w niej nie ma? Jest to przecież list, którego odczytanie zaleca sam Apostoł, nie ma go jednak w Piśmie świętym. Możemy więc wyciągnąć z tego taki przynajmniej wniosek, że nie wszystkie nauki Apostołów zawarte są w Piśmie świętym.

  1. Rozstrzyganie kwestii dogmatycznych bez odniesienia do Pisma świętego

Gdyby Pismo święte było jedynym źródłem Objawienia, bylibyśmy w stanie udowodnić to na podstawie tego, w jaki sposób sami Apostołowie uzasadniali prawdziwość dogmatów wiary. W sytuacji, gdyby istniał wśród wiernych czy nauczycieli brak zgody w jakiejś kwestii czy też błąd, Apostołowie powinni się wówczas powoływać na Pismo święte, jako na ostateczny autorytet w tej kwestii. Z sytuacją taka mieliśmy do czynienia podczas pierwszego soboru w Jerozolimie, który miał rozstrzygnąć kwestię przestrzegania żydowskich przepisów obrzędowych. W piętnastym rozdziale Dziejów Apostolskich czytamy: „Gdy zaś przyszli do Jeruzalem zostali przyjęci przez Kościół, apostołów i starszych, i opowiedzieli jak wielkie sprawy Bóg z nimi uczynił. I powstali niektórzy z sekty faryzeuszów, którzy uwierzyli, mówiąc: że potrzeba ich obrzezać, rozkazać też, żeby zachowywali Zakon Mojżeszowy. I zebrali się apostołowie i starsi, aby tę sprawę rozpatrzeć”.

I Pismo mówi, że powstał wielki spór. Jak jednak czytamy dalej, św. Piotr powstał i odpowiedział im: „Ale wierzymy, że przez łaskę Pana Jezusa Chrystusa będziemy zbawieni, tak jak i oni”. I Pismo mówi dalej: „I umilkło całe zgromadzenie”. Po słowach Piotra zapadła cisza, co jest bardzo wymowne – nawet dziś istnieje powiedzenie: Piotr przemówił, sprawa zamknięta. Dopiero wówczas głos zabiera św. Jakub, który potwierdza słowa św. Piotra cytatami z Pisma świętego – z księgi proroka Amosa – nie dotyczącymi jednak kwestii obrzędów żydowskich, ale zapowiedzianego w proroctwie nawrócenia pogan. W konsekwencji ogłoszony zostaje dekret dyscyplinarny całego kolegium apostolskiego, który przesłany zostaje do wszystkich Kościołów – bez jednego nawet odwołania do Pisma. By stał się on wiążący dla wiernych wystarczyło, że Apostołowie orzekli, iż pozostaje on w zgodzie z wiarą w łaskę Jezusa Chrystusa.

Nawiasem mówiąc, św. Paweł wielokrotnie przeciwstawia „ducha” Pisma jego „literze”, odnosząc się do różnicy między  Starym a Nowym Testamentem. Na przykład w drugim liście do Koryntian pisze: „[Bóg] który też uczynił nas odpowiednimi sługami Nowego Testamentu, nie literą, ale duchem, bo litera zabija, a duch ożywia” (2Kor 3, 6). W swym sporze z judaizantami jako główną różnicę między Starym a Nowym Przymierzem ukazuje fakt, że Stare „wyrażone zostało literami na kamieniach”, podczas gdy Nowe Przymierze oznaczało „posługiwanie Ducha” – i nie zostało spisane na tablicach, ale wyryte w sercach wiernych przez łaskę.

Co również ciekawe, sami Apostołowie nauczają o Bogu odwołując się nawet do źródeł nie znajdujących się w Biblii, na przykład w Atenach św. Paweł cytuje pogańskich poetów by pouczyć Greków o Bogu, którego nie znali (Dz 17, 28). Oczywiście Apostoł nie twierdzi, że pogański poeta natchniony był przez Boga, nie waha się jednak odwołać do źródeł pozabiblijnych, by nauczać pogan o Bogu i prowadzić ich do zbawienia.

  1. Pismo św. jest w wielu miejscach niejasne i jak samo stwierdza, musi być we właściwy sposób tłumaczone

Gdybyśmy mieli przyjąć tezę, że Pismo święte wystarcza do zbawienia, oznaczałoby to, że samo czytanie Pisma wystarcza do poznania wszystkiego, czego Bóg od nas żąda. Napotykamy jednak w Biblii szereg wzmianek o ludziach, którzy czytali co prawda Pismo, a jednak czegoś im jeszcze brakowało. Na przykład w ósmym rozdziale Dziejów Apostolskich czytamy o pewnym Etiopczyku „możnym urzędniku Kandaki, królowej Etiopii”, który powracał z Jerozolimy. Czytał on po drodze proroctwa Izajasza (Iz 53, 2). Filip zapytał go: „Czy sądzisz, że rozumiesz, co czytasz?” (Dz 8, 30). Etiopczyk ten, pomimo faktu, że był człowiekiem sprawiedliwym, odpowiedzialnym za skarb królewski (Dz 8, 27), odpowiada: „I jakżebym mógł, jeśli mi nikt nie wyjaśni?”. Jest więc oczywiste, że sama lektura Pisma nie wystarcza, konieczny jest również ktoś, kto by je właściwie objaśniał.

Samo Pismo św. mówi, że jest w nim wiele miejsc „trudnych do wyjaśnienia” (Żyd 5, 11), zwłaszcza dla tych, którzy „stali się niepodatnymi do słuchania” (Ibidem). Św. Piotr stwierdza to wprost w drugim ze swych listów: „to najpierw rozumiejąc, że żadnego z proroctw Pisma nie wykłada się własnym tłumaczeniem. Gdyż proroctwo nie przez wolę ludzką zostało kiedyś przyniesione, ale ludzie święci boży mówili natchnieni Duchem Świętym” (2P 1, 20-21). Tak więc sama Biblia uczy, że Pismo święte nie może być przedmiotem prywatnej interpretacji i że nie zawiera ono objaśnienia przedstawianych nauk. Jest więc oczywiste, że do właściwego objaśniania Słowa Bożego konieczne jest istnienie natchnionego interpretatora.

Św. Piotr stwierdza nie tylko, że są w Piśmie miejsca trudne i niejasne i że konieczny jest ich kompetentny interpretator, ale nawet że prywatna interpretacja Biblii doprowadzić może duszę do zguby. Oznacza to, że lektura Pisma świętego nie tylko nie wystarcza do zbawienia, ale nawet stać się może powodem potępienia. Św. Piotr pisze więc w swym drugim liście: „I nieskwapliwość Pana naszego uważajcie za zbawienie, jak i najmilszy brat nasz Paweł według danej sobie mądrości do was napisał, jak i we wszystkich listach, w których o tym mówi; są w nich niektóre rzeczy trudne do zrozumienia, co nieuczeni i niestateczni przekręcają, jak i inne Pisma, na swoją własną zgubę” (2P 3, 15-16).

W ustępie tym ciekawe jest zwłaszcza to, że św. Piotr odnosi się w nim bezpośrednio do natchnienia czy też mądrości danej św. Pawłowi dla napisania tych listów. Choć św. Piotr nie wspomina, które listy natchnione są mądrością, jasne jest niemniej, że św. Paweł był autorem natchnionym i że natchnienie to miało taką samą wartość, jak natchnienie innych świętych ksiąg [jak i inne Pisma]. A jednak pomimo tego natchnienia do pisania czytamy, że „są w nich niektóre rzeczy trudne do zrozumienia, co nieuczeni i niestateczni przekręcają (…) na swoją własną zgubę”. Moglibyśmy tu dodać, że do owych ludzi „niestałych”, którzy całkowicie wypaczali nauczanie św. Pawła ku swej własnej zgubie, należał również Marcin Luter. Musimy więc zrozumieć, że samo Pismo święte nie wystarcza do zbawienia, w rzeczywistości jest dokładnie przeciwnie: lektura pisma jest sama w sobie niebezpieczna i może ono być z łatwością błędnie interpretowane.

  1. Tradycja, wspominana wyraźnie przez Pismo święte, jest absolutnie konieczna do zbawienia

Kończąc tę pierwszą cześć naszej konferencji wykażemy, że sama Biblia odnosi się do innego jeszcze źródła Objawienia, które posiada równą mu, jeśli nie większą wagę dla naszego zbawienia. Św. Paweł pisze do Tesaloniczan: „Tak więc bracia stójcie, a trzymajcie się podań, których się nauczyliście, czy to przez mowę, czy przez list nasz” (2Tes 2, 15). Nawołuje wiernych, by trzymali się wiernie jego nauk, zarówno spisanych jak i przekazanych ustnie. Te ustne nauki nazywa dalej „tradycjami” (traditiones) „secundum traditionem quo acceperant a nobis” (2Tes 3, 6). Tak więc samo Pismo święte napomina nas, byśmy trzymali się Tradycji Apostolskiej.

Św. Paweł przedkłada nawet swe ustne nauczanie nad własne pisma – w istocie pisze jedynie dlatego, że nie może być obecny w danym miejscu osobiście. W liście do Tymoteusza stwierdza: „Piszę ci to, spodziewając się, że wkrótce do ciebie przybędę, a jeśli się opóźnię, żebyś wiedział jak się masz sprawować w domu bożym, który jest Kościołem Boga żywego, filarem i utwierdzeniem prawdy” (1Tym 3,14). Pod tym względem szedł on za przykładem samego Zbawiciela, który nie napisał ani jednego słowa, ale – jak mówi Biblia – „czynił i uczył” (Dz 1, 1). W Nowym Testamencie wielokrotnie napotykamy na opisy nauczania przez Chrystusa, a jednak treść tego nauczania przedstawiana jest w sposób dość ogólny. Na przykład na początku Dziejów Apostolskich czytamy: „Im też [Jezus] okazał się sam żywy po swej Męce w licznych dowodach, przez czterdzieści dni ukazując się im i mówiąc o królestwie Bożym”. Z nauczania tego nie zostało przytoczone nawet jedno słowo – a wiemy przecież, że znajomość nauki Chrystusa konieczna jest do naszego zbawienia.

Owe słowa Zbawiciela, czy to zapisane w Ewangeliach, czy też znane dzięki Tradycji Apostolskiej, św. Paweł nazywa „depositum”, depozytem wiary. W liście do Tymoteusza pisze: „O Tymoteuszu, strzeż powierzonego skarbu, unikaj światowych nowości słów i sprzeciwów rzekomej wiedzy; niektórzy wyznając ją, odpadli od wiary” (1Tym 6, 20). Zwróćmy uwagę, że Tymoteusz w sposób oczywisty posiadł ten depozyt jeszcze przed otrzymaniem listu od św. Pawła – co pokazuje, że depozyt ów nie tylko obszerniejszy jest niż Pismo święte, ale nawet jest od niego wcześniejszy.

Konkluzja mniejsza

Tak więc, drodzy wierni, w oparciu o samo Pismo święte przekonać się możemy, że nie ma czegoś takiego jak Sola Scriptura. Pojęcia tego nie tylko nie można znaleźć w Biblii, ale nawet przestrzega nas ona sama przed takim do niej podejściem. Koncepcja, że znajomość samego tylko Pisma wystarcza do zbawienia, jest w rzeczywistości abiblijna.

Ktoś mógłby się jednak zastanawiać, czy w przeszłości chrześcijanie nie wyznawali doktryny zbliżonej do Sola Scriptura. Jak za chwilę wykażemy, analiza pism najwcześniejszych autorów chrześcijańskich dowodzi nieodparcie, że koncepcja taka była im całkowicie obca.

  1. Nauczanie Magisterium Kościoła

Dwaj spośród najbardziej starożytnych autorów chrześcijańskich, Tertulian i Orygenes, obaj urodzeni w II wieku, czyli około 50 lat po śmierci św. Jana Apostoła, piszą w tej kwestii bardzo jasno: „Otóż jedyną, wyłączną przyczyną fałszywych wyobrażeń ich wszystkich na temat wyżej przedstawionych spraw jest fakt, że pojmują oni Pismo święte nie w sensie duchowym, lecz dosłownie. Dlatego tym wszystkim, którzy wierzą, że Pismo święte nie zostało ułożone ludzkimi słowami, lecz zostało napisane pod natchnieniem Ducha Świętego, i że z woli Boga Ojca zostało nam przekazane i powierzone przez Jego jednorodzonego Syna, Jezusa Chrystusa, spróbuję, w miarę słabych sił mojego umysłu, wskazać, jaką drogę do zrozumienia Pisma uważam za odpowiednią dla tych, którzy zachowują przekazaną w dziedzictwie przez apostołów swoim następcom, nauczycielom Kościoła niebieskiego, regułę i naukę, którą dał im Jezus Chrystus” (Orygenes, O zasadach, 4,1:9) (AD 230).

Orygenes stwierdza więc, że regułą wiary jest raczej Tradycja przekazana przez Apostołów, nawet wbrew literalnemu znaczeniu Pisma. Tertulian jest jeszcze bardziej kategoryczny:

Wobec tego, ze prawda jest przy nas, którzy się trzymamy tej samej reguły wiary, jaką Kościołowi przekazali Apostołowie, Apostołom Chrystus, a Chrystusowi Bóg, jasną jest rzeczą, aby nie dopuszczać heretyków do powoływania się na Pismo święte. Bez Pisma świętego udowodniliśmy bowiem, że nie posiadają kompetencji w sprawach biblijnych. Jeśli więc są heretykami, nie mogą być chrześcijanami, bo nie od Chrystusa, ale sami, samowolnie stworzyli sobie naukę z racji której noszą miano heretyków. Stąd też nie będąc chrześcijanami, nie posiadają żadnego prawa do Pism Chrześcijańskich. Śmiało możemy ich zapytać: Kim właściwie jesteście? Kiedy i skąd przybyliście?” (Tertulian, Preskrypcja przeciw heretykom, 37) (AD 200).

Współcześni ekumeniści lubią powtarzać, że nasi tak zwani „bracia odłączeni” posiadają środki zbawienia. Na przykład II Sobór Watykański stwierdził:

Same te Kościoły i odłączone Wspólnoty, choć w naszym przekonaniu podlegają brakom, wcale nie są pozbawione znaczenia i wagi w tajemnicy zbawienia. Duch Chrystusa nie wzbrania się przecież posługiwać nimi jako środkami zbawienia, których moc pochodzi z samej pełni łaski i prawdy, powierzonej Kościołowi katolickiemu” (Unitatis Redintegratio, par. 3).

Jest to jednak całkowicie przeciwne temu, co pisze św. Cyprian:

Oblubienicą będąc Chrystusa, nie może być splamiona cudzołóstwem; jest nienaruszona i wstydliwa. Jeden zna dom; jednego łoża świętobliwości czystym strzeże wstydem. Zachowuje nas Bogu; ona synów swoich, których porodziła, królestwu przekazuje. Ktokolwiek, będąc odłączonym od Kościoła, łączy się z cudzołożnicą, sam się wyklucza od obietnic Kościoła. Nie osiągnie nagrody od Chrystusa, kto opuścił Kościół Chrystusowy, obcy jest, niegodny, jest jego nieprzyjacielem. Nie może już mieć Boga za Ojca, kto Kościoła nie ma za matkę. Jak nie zdołał się nikt ocalić od potopu, kto się nie znajdował w arce Noego, tak też nie ocali się, kto nie jest w połączeniu z Kościołem. Upomina Pan i mówi: Kto nie jest ze mną, przeciwko mnie jest: a kto nie zbiera ze mną, rozprasza” (O jedności Kościoła, 6) (AD 256).

Wspomniany dokument II Soboru Watykańskiego stwierdza nawet, że dzięki posiadaniu Pisma protestanci nie są pozbawieni środków zbawienia. Jednak Ojcowie Kościoła uczą czegoś wręcz przeciwnego:

Ci, którzy znajdują się poza Kościołem, nie mogą dojść do żadnego zrozumienia Bożego słowa. Arka wyobraża bowiem Kościół, który strzeże i naucza słowa życia,  którego nie mogą zrozumieć ci, którzy są poza nim, na podobieństwo jałowych i bezużytecznych piasków” (Hilary z Poitiers, Kazanie o Ewangelii św. Mateusza 13, 1) (AD 355).

Tak więc, powracając do głównego tematu naszych rozważań, widzimy, że samo tylko posiadanie Biblii nie wystarcza do zbawienia. W rzeczywistości Ojcowie Kościoła nauczali czegoś wręcz przeciwnego: że do zbawienia wystarcza znajomość nie Pisma świętego, a Tradycji. Tradycja posiada wartość sama w sobie, poprzez fakt pochodzenia od Apostołów:

«Tak więc bracia stójcie, a trzymajcie się podań, których się nauczyliście, czy to przez mowę, czy przez list nasz». Jest więc oczywiste, że nie otrzymali oni wszystkiego poprzez list, ale i przez wiele nauk niespisanych, stąd zarówno jedne jak i drugie zasługują na wiarę. Dlatego również i my uważajmy tradycję Kościoła za godną zaufania. Jest to tradycją – i to niech nam wystarczy” (Jan Chryzostom, Kazanie o 2 Liście do Tesaloniczan, 4, 2 )(AD 404).

Nie sposób tu przedstawić wszystkich cytatów odnoszących się do Tradycji Kościoła, przytoczmy jednak na zakończenie słowa Ojca Kościoła z IV wieku, podającego nam bardzo zwięzłą zasadę postępowania, a streszczającą w sobie niejako je wszystkie:

Na to powie ktoś: Jeżeli Bożymi słowami, wyrokami i obietnicami szermuje i szatan i uczniowie jego, z których jedni są fałszywymi apostołami, drudzy fałszywymi prorokami i nauczycielami, a wszyscy razem heretykami – to cóż począć mają katolicy, synowie Matki-Kościoła? Jak odróżnią przy wykładzie Pism świętych prawdę od fałszu? Oczywista rzecz, że będą się usilnie starali postępować według wyłuszczonych na początku tego pamiętnika wskazówek świętych i uczonych mężów: będą Pismo święte wykładali według podania Kościoła powszechnego i prawideł dogmatu katolickiego, w obrębie zaś tego katolickiego i apostolskiego Kościoła trzymać się muszą powszechności, starożytności i jednomyślności”.

Nauczanie chrześcijan pierwszych wieków w odniesieniu do Pisma świętego jest jednomyślne – nie ma czegoś takiego jak Sola Scriptura. Wiemy ponadto z Biblii, że  sam diabeł potrafi posługiwać się cytatami z Pisma dla swych własnych celów, jak to widzimy na przykładzie kuszenia Zbawiciela. Jeśli więc diabeł i heretycy mogą cytować Pismo dla swych własnych celów, potrzebujemy czegoś więcej, czegoś co pozwoliłoby nam ustrzec się przed diabłem oraz błędem – i tę właśnie pomoc nazywamy Świętą Tradycją i Magisterium Kościoła.

III. Konkluzja

Tak więc, drodzy wierni, na podstawie wszystkiego, co do tej pory powiedzieliśmy, widać wyraźnie, że znajomość samego tylko Pisma nie wystarcza do zbawienia. Regułą wiary nie jest zdolność do czytania czy tłumaczenia, ale przyjmowanie nauki Chrystusa, przekazanej przez Niego Apostołom i głoszonej nieprzerwanie przez Magisterium Kościoła. Święta Tradycja jest nieskończenie ważniejsza niż Pismo, przede wszystkim dlatego, że sama Biblia musi być interpretowana zgodnie z Tradycją. Nawet to, które księgi należą do kanonu Pisma świętego, wiemy właśnie dzięki Tradycji.

O koncepcji Sola Scriptura powiedzieć musimy coś wręcz przeciwnego: znajomość samej tylko Biblii nie tylko nie jest wystarczająca do zbawienia, ale nawet odwoływanie się jedynie do niej stanowić może poważne dla niego zagrożenie. Ponieważ Pismo nie zawsze jest jasne i zrozumiałe, wynika z tego, że musi być właściwie interpretowane. Ci, którzy odwołują się do zasady Sola Scriptura nie odwołują się w istocie do samego Pisma, ale do własnej jego interpretacji, która różni się od interpretacji naszych przodków we wierze. W rzeczywistości protestanci nie mają po prostu Biblii, mają własnych doktorów, komentatorów, swoje własne sposoby interpretacji pewnych ustępów Pisma. Ponieważ zasady Sola Scriptura nie można znaleźć w samej Biblii, potrzebują oni innego narzędzia, pozwalającego na interpretację Pisma zgodnie z tą przyjętą  z góry zasadą. A jednak poprzez odrzucenie kryterium Świętej Tradycji niszczą oni sam fundament Pisma i ostatecznie kończą jako „dom podzielony” – w samej tylko Ameryce naliczyć można przynajmniej 600 sekt protestanckich.

Od czasu II Soboru Watykańskiego jesteśmy świadkami dokładnie tego samego zjawiska, mnożą się podziały, a powody tego są bardzo podobne. Wskutek odrzucenia tradycji Kościoła, poprzez zmienianie wszystkiego i ignorowanie Tradycji, dzisiejszy Kościół katolicki zmienia się stopniowo w sektę protestancką, do tego stopnia, że można śmiało powiedzieć, że obecny Kościół ma bardzo mało wspólnego z tym, czym był zaledwie 50 lat temu. Jeśli doszliśmy do punktu, w którym dziadek nie może pokazać zdjęcia ze swej Pierwszej Komunii nie będąc przy tym zmuszony wyjaśniać, czemu Msza wygląda na nim zupełnie inaczej, słusznie możemy zadawać sobie pytanie, czy członkowie rodziny wyznają jeszcze tę samą religię.

Tak naprawdę, gdy mówi się o II Soborze Watykańskim jako „odkrywającym Pismo święte”, oznacza to w istocie „ignorowanie Tradycji”. Obecnie, bardziej niż kiedykolwiek, musimy odrzucić koncepcję Sola Scriptura i powrócić do tradycji naszych przodków we wierze – zaś najlepszym sposobem obrony świętości Biblii jest właśnie przylgniecie do Tradycji. Zmiany wprowadzone przez II Sobór Watykański są innowacjami – i już przez ten fakt powinniśmy odnosić się do nich z podejrzliwością. Powinniśmy je „badać”, jak nam to zaleca Pismo, przede wszystkim jednak musimy, wedle słów św. Pawła „trzymać się tego, co prawdziwe” (1Tes 5, 21).

Dziękuję bardzo za uwagę, postaram się teraz odpowiedzieć na wszystkie Państwa pytania.

 

tłum. Scriptor

Taniec liturgiczny

Michael Davies

Taniec liturgiczny

„Procesje i interpretacje poprzez ruchy ciała (taniec) mogą stać się ważnymi elementami celebracji liturgicznej (…)”.

Episkopat USA

 

14 września 1979 roku na łamach „The Universe” opublikowany został list od zbulwersowanego czytelnika, będącego świadkiem tzw. „Mszy Karaibskiej” sprawowanej w kościele pw. Matki Bożej Anielskiej w Bayswater – niegdysiejszej parafii kard. Manninga. Głównym celebransem był kard. Hume, zaś wśród koncelebransów znajdował się bp Konstant, na terenie którego diecezji znajdowała się wspomniana parafia. Czytelnik ów pisał: „Byłem zaszokowany i zdegustowany zmysłowością i ekshibicjonizmem tancerzy, zwłaszcza podczas dziękczynienia po Komunii. Występującej przed tabernakulum parze pozwolono na wykonanie tańca, dla którego odpowiedniejszym miejscem byłaby dyskoteka”.

19 października 1979 „The Universe” zamieścił odpowiedź wystosowaną przez Sekretarza Komisji Liturgicznej parafii Matki Bożej Anielskiej, starszą kobietę, entuzjazmującą się wszystkim, co „postępowe”. Jak wyjaśniła, również Dawid tańczył przez Arką Przymierza, Etiopczycy posiadają tradycję tańca liturgicznego, a zarówno kard. Hume jak bp Konstant nie wyrazili wobec tego tańca żadnych zastrzeżeń. Jednak brak reakcji ze strony wspomnianych prałatów nie świadczy bynajmniej o tym, że taniec podczas Mszy jest czymś normalnym, dowodzi jedynie faktu, że hierarchowie owi nie dopełnili swego obowiązku. Stanowią oni typowy przykład biskupów, o których pisał Dietrich von Hildebrand w pierwszym rozdziale książki The Devastated Vineyard:

„[Biskupi ci] (…) nie czynią żadnego użytku ze swej władzy, gdy pojawia się konieczność interweniowania wobec wybryków heretyckich teologów lub księży, albo wobec bluźnierstw jakie mają miejsce w trakcie kultu publicznego. Zamykają wówczas swe oczy i niczym strusie chowają głowy w piasek, ignorując obowiązek interweniowania w przypadku tak poważnych nadużyć, albo też obawiają się zostać napiętnowani przez prasę i massmedia jako reakcyjni, ograniczeni czy zacofani. Bardziej boją się ludzi, niż Boga”[1].

Fakt, że taniec traktowany jest jako element niezbędny dla prawdziwie „nowoczesnej” liturgii, nie powinien nikogo dziwić. Skoro Msza postrzegana jest  – jeśli nie w teorii to przynajmniej w praktyce – jako rodzaj show, ludzie odpowiedzialni za rozbawianie publiczności nie mają innego wyjścia, jak tylko uciekać się do coraz to nowych sztuczek. Każda nowinka zdolna jest wzbudzić chwilowe zainteresowanie, o ile tylko stanowi dostatecznie silny kontrast z powszechnie przyjętymi praktykami. Posługiwanie się językami narodowymi, procesje na ofiarowanie, świeccy lektorzy, gitary, muzyka pop, czytania nieliturgiczne, efekty audiowizualne, dramatyzacje, protestanccy kaznodzieje, Komunia na rękę, Komunia pod dwiema postaciami, improwizowane Modlitwy Eucharystyczne – wszystko to stwarza początkowo wrażenie żywotności i budzi ekscytację – szybko jednak powszednieje. Obecnie, w rozpaczliwej próbie tchnięcia choćby odrobiny życia w to, co pozostało jeszcze z rytu rzymskiego, rewolucjoniści liturgiczni sięgnęli po taniec.

„Spotlihgt” z 9 maja 1977 zamieścił doniesienie o „tańcu wielkopostnym” wykonanym 2 kwietnia w kościele pw. św. Joachima w Costa Mesa w Kalifornii przez ks. Roda Stephensa, ubranego w czarny podkoszulek i dżinsy oraz nieznaną z nazwiska młodą kobietę w czarnym trykocie i legginsach.  Fotografia, jaka opatrzony został ten reportaż, jest równie znamienna co symboliczna. Ks. Rod i jego towarzyszka uwiecznieni zostali podczas pląsów wykonywanych przed ołtarzem, którego rolę pełnił stół nakryty białym obrusem, bez krucyfiksu czy tabernakulum. Tak właśnie wygląda Kult Człowieka – Bóg wygnany został ze swego sanktuarium, a jego miejsce zajął teatr amatorski. Będący świadkiem tego spektaklu wierni mogliby powtórzyć za św. Marią Magdaleną: „zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono”: „Quia tulerunt Dominum meum, et nescio ubi posuerunt eum” (J 20, 13).

Nie jest to bynajmniej przypadek odosobniony. Taniec liturgiczny przekroczył już bariery konfesyjne i episkopalna katedra św. Jana w Nowym Jorku posiada obecnie własny „taneczny zespół liturgiczny”, kierowany przez niejaką Carlę de Sola, która kieruje do nas następujące przesłanie:

„Pragnęłabym, by wszystkim ludziom stłoczonym w ławkach jak pozbawione dusz ciała, cierpiącym z powykrzywianymi kręgosłupami, przytłoczonym tą martwotą, dano zostało miejsce, w którym mogliby swobodnie oddychać i poruszać się, by zachęcono ich do oddawania czci Bogu w atmosferze piękna i spokoju, pieśnią i tańcem – tańcem pełnym życia, tańcem który uskrzydla zarówno ciało jak i duszę, byśmy stali się ludem świętym, tańczącym i radośnie wychwalającym Boga”[2].

Katolicka Konferencja Liturgiczna (patrz Dodatek VI) opublikowała liczącą 169 stron książkę zatytułowaną The Spirit Moves, zawierającą dalsze przemyślenia pani de Sola w tej kwestii. Ci, którzy pragnęliby przeczytać więcej na ten temat, mogą również nabyć książkę Dance for the Lord autorstwa ks. Luciena Deissa oraz Glorii Weyman. Dowiadujemy się z niej, że p. Weyman jest „powszechnie znana jako choreograf i autorytet w dziedzinie tańca liturgicznego”. Powinno to budzić zdumienie, gdyż taniec jest czymś całkowicie obcym katolickiej liturgii, rubryki Novus Ordo Missae nic o nim nie wspominają. P. Weyman jest więc powszechnie znana jako autorytet w dziedzinie, która nie istnieje. Być może niebawem usłyszymy o powszechnie znanych autorytetach w kwestii ośmionożnych insektów lub latających świń. Choć jednak rubryki nowego Mszału nie zawierają klauzul dotyczących tańca liturgicznego, w USA jest on nie tylko tolerowany ale i promowany – stąd publikacja książki p. Weyman przez nadzwyczaj wpływową i prestiżową Konferencję Liturgiczną. Fakt ten stanowi jeszcze jeden dowód na prawdziwość twierdzenia Jamesa E. Twymana, iż „biskupi w USA ustanowili swój własny Amerykański Kościół Narodowy”[3].

Pani Weyman ma wiele konkretnych sugestii co do tańców liturgicznych, stanowiących obecnie element oficjalnego kultu w Amerykańskim Kościele Narodowym. Podaje nawet szczegóły dotyczące kostiumów tancerzy:

„Jedną z opcji jest łączenie długiej, sięgającej kolan «szaty anielskiej» z legginsami. Wariant ten wydaje się być odpowiedni w przypadku tańców, które wymagają większej pracy nóg i stóp.

Możliwa jest również kombinacja legginsów i trykotów z kontrastującą kolorem tuniką lub szatą stylizowaną na grecką, z długim szyfonem. Odpowiednie mogą być również sięgające kolan lub krótkie spódniczki w połączeniu z trykotowymi topami czy bluzkami, oraz długie lub krótkie suknie, które pozwalałaby na swobodę ruchów.

Należy pamiętać, że w przypadku wykonywania tańca wymagającego znacznej pracy nóg długie kostiumy są niewygodne. W każdej sytuacji najlepiej jest kierować się zdrowym rozsądkiem.

W przypadku mężczyzn jedną z opcji jest połączenie ciemnych spodni z kontrastującym kolorystycznie golfem (może być on z dżerseju, tego samego koloru co kostiumy dziewcząt). Mogą oni również nosić odpowiednio dobrane koszule lub swetry”[4].

Trzeba naprawdę wielkiej wyobraźni by uwierzyć, że są to zalecenia dotyczące celebracji Mszy świętej, a nie wskazówki dla amatorskiej trupy teatralnej. Msza sprowadzona została do poziomu przedstawienia, którego celem jest zabawienie publiczności – i wszystko to za zachętą ze strony amerykańskiej hierarchii.

Propaganda na rzecz tańca liturgicznego szczególnie chętnie odwołuje się do Psalmu 150 i kilku innych tekstów starotestamentowych. Tak więc p. Weyman informuje nas, że „Zbyt długo modliliśmy się: „Chwalmy Pana tańcem” (Ps. 150) i nie tańczyliśmy. Tańczmy dla Pana, wychwalajmy Go naszym tańcem”[5].

Jednym z najzagorzalszych zwolenników rewolucji liturgicznej w USA jest ks. Joseph M. Champlin, który nie waha się rozmyślnie wprowadzać swych czytelników w błąd, by zminimalizować potencjalny opór wobec najnowszej nowinki liturgicznej. Zataja przy tym fakt, że instrukcja Memoriale Domini potępiła nadużycie, jakim jest Komunia na rękę i podtrzymała tradycyjną praktykę. Każe wierzyć swym czytelnikom, że Paweł VI dał biskupom carte blanche na wprowadzanie tej nowinki, co jest absolutną nieprawdą.

W artykule opublikowanym na łamach „Joliet Catholic Explorer” 13 kwietnia 1979 roku ks. Champlin przytacza wyłuskane ze Starego Testamentu teksty, mające posłużyć jako pretekst do usprawiedliwienia tańca podczas celebracji Mszy. Najwyraźniej założył, że czytelnicy przeoczą fakt, iż katolicy są wyznawcami religii Nowego Testamentu, a sama Msza jest ofiarą nowego i wiecznego Przymierza. Nawet gdyby taniec liturgiczny był rzeczywiście elementem kultu starotestamentowego, jego wprowadzanie do katolickiej liturgii nie miałby większego uzasadnienia, niż nakazywanie kapłanom dęcia w róg barani, przykazywanie mężczyznom zakrywać głowy w kościołach czy wznoszenie ołtarzy na ofiary całopalne. Trudno sobie wyobrazić, by ks. Champlin zadał sobie równie wiele trudu dla wyszukania w Starym czy Nowym Testamencie ustępów mogących uzasadnić czytanie przez kobiety Lekcji czy pełnienie przez nie innych funkcji liturgicznych. Usiłuje jednak przekonać swych czytelników, że w żydowskiej liturgii taniec był czymś naturalnym. Nic dalszego od prawdy. Taniec nie stanowił nigdy części rytuału żydowskiego, ani w Świątyni ani w synagodze.  Dla oficjalnego kultu tak Starego jak i Nowego Przymierza jest on czymś całkowicie obcym.

Bliższa analiza cytowanych przez ks. Champlina tekstów jest doskonałą ilustracją tego, do czego zdolni są rewolucjoniści liturgiczni, starający się zminimalizować potencjalną opozycję narzucanych przez siebie nowinek. Jego artykuł „Tańcząc przed Panem” rozpoczyna się od cytatu z wersu 15, 20 Księgi Wyjścia. Ustęp ów nie odnosi się jednak do tańca liturgicznego, ale do spontanicznego wybuchu uniesienia, jakiemu ulegały często prymitywne ludy po unicestwieniu wroga, tj. do tańca wojennego! Odnośne wersy, dotyczące zatopienia faraona i jego wojsk w Morzu Czerwonym, brzmią jak następuje ( w tłumaczeniu przytoczonym przez ks. Champlina):

„Miriam prorokini, siostra Aarona, wzięła bębenek do ręki, a wszystkie kobiety szły za nią w pląsach i uderzały w bębenki. A Miriam przyśpiewywała im: «Śpiewajmy pieśń chwały na cześć Pana, bo swą potęgę okazał, gdy konie i jeźdźców ich pogrążył w morzu»”.

Wierzcie lub nie, ale opierając się na tym jednym słowie – tj. „pląsach” – ks. Champlin uroczyście informuje swych czytelników, że w liturgii żydowskiej istniała tradycja tańca: „Tradycja tańca, stanowiącego element składowy kultu żydowskiego, kontynuowana była w dalszej historii tego narodu”. Następnie ks. Champlin cytuje wers 21, 21 Księgi Sędziów (mógłby również przytoczyć wers 18, 8 z Pierwszej Księgi Królewskiej) i wersy 6, 14-16 z Drugiej Księgi Samuela, gdzie czytamy, że Dawid skakał i tańczył przed Panem. Oczywiście mamy tu do czynienia z odosobnionymi przypadkami spontanicznego zachowania jednostki, nie mającymi żadnego kontekstu liturgicznego. Dawid skarcony został nawet przez Mikal, córkę Saula, która powiedziała: „O, jak to wsławił się dzisiaj król izraelski, który się obnażył na oczach niewolnic sług swoich, tak jak się pokazać może ktoś niepoważny”. (Mogę wyobrazić sobie że w przyszłości ks. Champlin posłuży się tym cytatem by usprawiedliwić występy nagich lub półnagich tancerzy  w sanktuarium, wyjaśniając przy tym, że ciało ludzkie jest najdoskonalszym stworzeniem Bożym, że zło jest w oku widza etc. W sytuacji, gdy taniec liturgiczny traci posmak nowości, taki rozwój wypadków wydaje się być całkowicie prawdopodobny).

Użytek, jaki czyni ks. Champlin z kolejnego cytatu, jest znakomitym przykładem intelektualnego bankructwa rewolucjonistów liturgicznych, którzy nie pominą żadnej sposobności do podkreślenia własnej uczoności i wyrażenia pogardy dla rzekomej ignorancji tradycjonalistów. Cytując wers 3, 4 Księgi Koheleta stwierdza, że jest on wyrazem starotestamentowej aprobaty wobec tańca liturgicznego:

„Słynny ustęp z Eklezjastesa: «Jest czas na płacz i czas na śmiech, czas na żałobę i czas na taniec»” pokazuje, że starotestamentowi autorzy postrzegali taniec jako stosowny wyraz radości i uwielbienia [Boga]”.

Zaprawdę, trudno byłoby o konkluzję bardziej absurdalną. Jeśli tekst ten stanowi usprawiedliwienie dla tańca liturgicznego, usprawiedliwia również śmiech liturgiczny i liturgiczny płacz (a również Msze klaunów ks. Lally). Powyższą interpretację tego ustępu przez ks. Champlina obalają już pierwsze wersy tego samego rozdziału: „Omnia tempus habent” – wszystkie rzeczy mają swoją porę. Bez wątpienia istnieje stosowna pora i miejsce na taniec (choć nie na wszystkie jego odmiany, bowiem niektóre współczesne tańce są dla katolika nie do przyjęcia), jednak czasem tym nie jest z całą pewnością Msza.

Ks. Joseph M. Champlin nie cofnie się przed niczym, by zademonstrować swą własną ignorancję oraz pogardę, jaką żywi dla przeciętnego katolika. Niestety, jak już pisałem, przeciętny katolik jest – podobnie jak przysłowiowy „człowiek na ulicy” – ze swej natury bezkrytyczny. Przyzwyczajony jest do brania za dobrą monetę każdej opinii kapłana, którego katolicki periodyk  przedstawi mu jako wybitnego uczonego.

Ks. Champlin pisze dalej: „Psalm 149 nawiązuje do tej tradycji radosnego tańca – zarówno w kontekście liturgicznym jak i poza nim – i czyni z niej rodzaj nakazu czy dyrektywy: «Śpiewajcie pieśń nową Panu; chwała Jego [niech zabrzmi] w zgromadzeniu świętych.
Niech Izrael się cieszy swym Stwórcą, niech synowie Syjonu radują się swym Królem. Niech chwalą Jego imię wśród tańców, niech grają Mu na bębnie i cytrze»”.

Wierzcie lub nie, ale ks. Champlin twierdzi, iż w okresie starotestamentowym istniała tradycja tańca podczas liturgii opierając się na czterech, powtarzam, czterech tekstach, z których żaden nie zawiera najmniejszego dowodu, że taniec stanowił element liturgii żydowskiej – co nie powinno nas dziwić, gdyż z całą pewnością tak nie było.

Ks. Champlin posuwa się jeszcze dalej i sugeruje, że Psalm 149 nakazuje nam tańczyć podczas liturgii! Wiem, że brzmi to niewiarygodnie, że niektórzy czytelnicy nie będą chcieli uwierzyć, by jakikolwiek katolicki kapłan mógł wygłaszać takie nonsensy i dojdą do wniosku, że żywię do ks. Champlina głęboko zakorzenioną urazę i sfabrykowałem wszystkie cytaty, które mu przypisuję. Mogę jedynie powtórzyć, że artykuł ten naprawdę został opublikowany na łamach „Joliet Catholic Explorer” w piątek 13 kwietnia 1979 roku i że każdy, kto zada sobie trud zweryfikowania tego faktu, musi dojść do wniosku, że ks. Champlin rzeczywiście napisał słowa, które mu przypisuję, a co więcej, że wywody te uznać należy za wzór naukowego obiektywizmu w porównaniu z tym, o czym mowa będzie już za chwilę. Ks. Joseph M. Champlin zapewnia nas bowiem z całą powagą, że „taniec liturgiczny z pewnością nie był powszechnym elementem kultu katolickiego w minionym wieku”. Całą pewnością nie był! Czy jednak czytelnik może wyciągnąć z tych słów inny wniosek, niż że taniec był powszechnym elementem kultu katolickiego w minionych wiekach i z jakiegoś powodu za pontyfikatu Leona XIII, który wybrany został na Stolicę Piotrową w roku 1878, owa chwalebna i zbawcza praktyka została zniesiona? Prawda jest taka, że taniec nigdy nie był powszechnym ani niepowszechnym elementem kultu publicznego Kościoła katolickiego ani żadnego innego Kościoła Apostolskiego, jaki istnieje lub kiedykolwiek i gdziekolwiek istniał.

Ks. Champlin kontynuuje: „Słyszymy jednak i czytamy o rosnącej liczbie przypadków posługiwania się podczas kultu tańcem interpretatywnym”. Jedyna możliwa interpretacja tego ustępu jest taka, że ponieważ podczas Mszy wykonywany jest taniec, praktyka ta musi być dozwolona. Idąc tym samym tokiem rozumowania można by argumentować, że celebransowi wolno jest sprawować Mszę w stroju clowna, wypaczać słowa Konsekracji czy wjeżdżać do świątyni Volkswagenem. Tak, księże Champlin, z pewnością słyszymy i czytamy o coraz częstszych przypadkach tańca podczas liturgii – podobnie jak słyszymy co coraz częstszych przypadkach udzielania Komunii na rękę, rozdzielania Jej przez świeckich albo udzielania Jej pod dwiema postaciami. I jaki jest tego skutek? Nadużycia te były najpierw tolerowane, a następnie legalizowane – i nie powodu przypuszczać, by podobny scenariusz nie miał miejsca również w przypadku skandalicznego nadużycia, jakim jest taniec w sanktuarium. I rzeczywiście, Amerykański Kościół Narodowy udzielił mu już swej aprobaty. Wspomina o tym sam ks. Champlin:

„Amerykańscy biskupi zatwierdzili tę praktykę w broszurze Environment and Art in Catholic Worship. Paragraf 59 tego dokumentu zawiera zdanie:

«Procesje i interpretacje poprzez ruchy ciała (taniec) mogą stać się ważnymi elementami celebracji liturgicznej, o ile wykonywane są przez kompetentną osobę w sposób, który pozostaje w zgodzie z całą akcją liturgiczną». Dokument podkreśla również, że «powinno się zadbać o jakość, piękno oraz stosowność tego tańca»”.

Tak więc ci sami biskupi, którzy zdolni są niemal do wszystkiego, by wygnać ze swych parafii księży odważających się odprawiać w dalszym ciągu Mszę, dla której sprawowania zostali wyświęceni, Mszę stanowiącą skumulowaną mądrość i pobożność dwóch tysiącleci, opisują akt rozmyślnego buntu przeciwko autorytetowi Stolicy Apostolskiej jako „ważny element celebracji liturgicznej”.

Z pewnością nie można oskarżać ks. Champlina o propagowanie czegoś, czego sam nie praktykuje. 1 kwietnia 1979 (czy data ta jest czysto przypadkowa?) dał on osobiście wyraz pogardy wobec Stolicy Apostolskiej i katolickiej tradycji. W nowomowie rewolucjonistów liturgicznych akt ten opisywany jest jako „wydarzenie przełomowe”!

„Ubiegłej niedzieli w parafii naszej miało miejsce wydarzenie prawdziwie przełomowe: dwoje tancerzy baletowych ze szkoły średniej wykonało taniec, który sami określili jako liturgiczny wyraz dziękczynienia po Komunii.

Przy akompaniamencie odtwarzanego przez głośniki utworu „Day by Day”, dziewczęta rzeczywiście tańczyły przez Panem. Same opracowały choreografię i wykonały taniec z wielką powagą i nabożeństwem. Zgromadzenie obserwowało ich występ w całkowitej ciszy. W oczach niektórych wiernych, do głębi poruszonych, dało się zaobserwować łzy. Pod koniec wybuchły spontaniczne oklaski, będące znakiem aprobaty ze strony wspólnoty a także świadectwem, że inicjatywa ta stanowiła dla niej autentyczne przeżycie duchowe”.

Wierni zgromadzeni w Paulist Center w Bostonie nagrodzili oklaskami wygłupy liturgicznych clownów. Trudno sobie wyobrazić jakąkolwiek aberrację liturgiczną, która nie spotkałaby się z aplauzem ze strony katolików, doprowadzonych przez swych duszpasterzy nie tylko do odrzucenia, ale wręcz pogardy dla swych tradycji. Ks. Michael Richards, redaktor naczelny wydawanego w Anglii „Clergy Review” napisał w editorialu do numeru z kwietnia 1975 roku, że Msze odprawiane w tym kraju sprowadzone zostały do poziomu Bingo, quizu czy zabawy w kosz szczęścia. Jak dodał: „Często przychodziło mi na myśl, choć trudno było mi to zaakceptować, że wielu z naszych przełożonych usiłuje zrobić z nas głupców. Teraz zaczynam w to wierzyć, i jeśli katolicy akceptować będą ten absurd w dalszym ciągu, z pewnością utwierdzę się w tym przekonaniu”.

tłum. Scriptor

[1] Dietrich von Hildebrand, The Devastated Vineyard, Chicago 1973, s. 3.

[2] 1977 Summer-Fall Booklist of the Liturgical Conference, 1221 Massachusetts Ave., N.W. Washington D.C.

[3] „The Remnant”, 30 czerwca 1979, s. 16.

[4] „Aids In MInistry”, jesień 1977, s. 11.

[5] Ibidem

Michael Davies

Komunia na rękę

Nie mam wątpliwości, że zwyczaj nie umieszczania tych sakramentów z rękach wiernych zaprowadzony został w wyniku dwojakiego przesądu: po pierwsze, wynikało to z fałszywej czci, jaką chciano okazać temu sakramentowi, drugim zaś powodem była nikczemna arogancja kapłanów, przypisujących sobie godność wynoszącą ich ponad lud Chrystusowy, a to ze względu na olej używany podczas święceń.Martin Bucer

 

Praktyka udzielania Komunii na rękę narzucona została katolikom większości krajów Zachodu w sposób typowy dla całej rewolucji liturgicznej. Inicjatywa ta nie należała bynajmniej do programu cieszącego się aprobatą papieską Ruchu Liturgicznego. Wzmianki o niej nie znajdujemy również w dokumentach II Soboru Watykańskiego. W okresie przedpoborowym myśl o podobnej innowacji była przytłaczającej większości duchowieństwa oraz wiernych całkowicie obca. Tam, gdzie praktyka ta została wprowadzona, mówić można o legalizacji tego, co zainicjowane zostało jako akt buntu, ponieważ jednak bunt ten zgodny był z duchem soboru, nadużycie to zostało ostatecznie zaaprobowane i dołączone do oficjalnych praktyk Kościoła.

Swego czasu napisałem szczegółowe, 52-stronicowe studium dotyczące kulisów wprowadzania Komunii na rękę, dlatego nie ma potrzeby powtarzania w tym miejscu wszystkich zamieszczonych tam informacji[1]. Zwolennicy tej praktyki wskazują, że podczas Ostatniej Wieczerzy Apostołowie otrzymali Komunię do rąk, nie dodają jednak, że chwilę wcześniej Apostołowie ci zostali konsekrowani na biskupów. Rzeczywiście istnieją świadectwa, że praktyka umieszczania Hostii na dłoniach świeckich była w starożytnym Kościele szeroko rozpowszechniona, choć przynajmniej w niektórych miejscach pod koniec wieku VI świeccy przyjmowali ją do ust[2]. W roku 650 synod w Rouen potępił przyjmowanie przez świeckich Komunii na rękę jako nadużycie, co dowodzi, iż zwyczaj przyjmowania jej do ust stanowił w tym rejonie silnie już zakorzenioną praktykę[3]. Rytuał Rzymski z IX wieku traktuje Komunię do ust jako normę[4].

Badacze nie są pewni, w którym momencie nastąpiła zmiana w sposobie udzielania Komunii – przedstawiane są różne, mniej lub bardziej prawdopodobne tego wyjaśnienia. Dokładny powód nie jest ważny. Ważne jest, że zmiana ta dokonała się z pewnością z ważkiego powodu i z natchnienia Ducha Świętego. Jako jedną z przyczyn wymienia się zwyczaj używania niekwaszonego chleba, niekiedy mówi się o niebezpieczeństwach nadużyć, ks. Jungmann natomiast za powód decydujący uznaje „rosnącą cześć dla Eucharystii[5].

Wnikliwa analiza źródeł patrystycznych i wczesnośredniowiecznych wskazuje na stale rosnącą cześć dla Eucharystii jako prawdziwego Ciała i Krwi Chrystusa – nie tylko przyjmowanego, ale też stanowiącego obiekt adoracji – oraz na coraz lepsze zrozumienie Mszy jako uroczystej ofiary, której głównym celem jest adoracja Wszechmocnego Boga. Do ważności ofiary wymagana była obecność ważnie wyświęconego kapłana, chleb pszeniczny, oraz wino, a składający ją ksiądz występował in persona Christi. Świeccy posiadali przywilej uczestniczenia w liturgii – która jednak w naturalny a zarazem logiczny sposób akcentowała przede wszystkim rolę kapłana oraz świętość samej  Ofiary. Broszura propagandowa na rzecz przywrócenia Komunii na rękę The Body of Christ, wydana przez Komisję Liturgiczną episkopatu USA, pisze o tym, jako o czymś zasługującym na potępienie:

W ósmym i dziewiątym wieku świeccy byli prawie zupełnie wykluczeni z celebracji Mszy. Nie zanosili już  – jak to było wcześniej – ofiar do ołtarza; śpiew był wykonywany tylko przez chór (schola); zanikły intencje ogólne; wierni nie mogli już widzieć, co działo się na ołtarzu, ponieważ stał przed nim kapłan, czasami zupełnie niewidoczny za ikonostasem; Kanon odmawiano po cichu i wszystko odbywało się w milczeniu, albo w języku słabo zrozumiałym przez wiernych”.

Brzmi to jak lista zarzutów formułowanych przez XVI-wiecznych reformatorów, nie sposób też nie zauważyć, że słowa powyższe stanowią potępienie obecnych praktyk liturgicznych Kościołów Wschodnich. By udowodnić, jak bałamutne są twierdzenia zawarte w tej broszurze oraz w całej propagandzie na rzecz Komunii na rękę wystarczy przypomnieć, że – jak pisał przełożony Oratorium Londyńskiego ks. Napier[6] – sama idea, że wierni muszą widzieć „co dokonuje się na ołtarzu” była dla chrześcijaństwa pierwszych wieków całkowicie obca. Trzeba też zaznaczyć, że od momentu, gdy po raz pierwszy zaczęto wznosić chrześcijańskie świątynie, powszechnym niemal zwyczajem było sprawowanie Mszy w kierunku wschodnim, tak więc kapłan zawsze stał przed ołtarzem, zwrócony tyłem do wiernych (patrz rozdz. XIX).

Trzeba podkreślić, że praktyka narzucana obecnie wiernym nie jest zgodna ze zwyczajem starożytnego Kościoła. Kobiety nie otrzymywały Hostii bezpośrednio do ręki, ale musiały okrywać ją lnianą chustą zwaną dominical. Dla usprawiedliwienia tej praktyki przytaczany jest najczęściej fragment mowy przypisywanej św. Cyrylowi Jerozolimskiemu, został on jednak w zatwierdzonych przez hierarchię dokumentach propagandowych starannie przeredagowany. Trzeba tu podkreślić, że oficjalna propaganda nie przedstawia Komunii na rękę po prostu jako opcję, ale jako praktykę preferowaną, stosowną dla „dojrzałego” katolika.

Św. Cyryl był biskupem Jerozolimy, a obecnie znany jest głownie z obszernej serii mów (katechez), jakie wygłosił wobec kandydatów do chrztu (który miał mieć miejsce na Wielkanoc, prawdopodobnie w roku 350). Mowy wstępne i kolejnych 18 katechez są klasycznymi dokumentami teologicznymi, zawierającymi niezwykle jasne i przekonujące wyjaśnienie głównych punktów wiary katolickiej. Niektóre manuskrypty, w których mowy te dotarły do naszych czasów, obejmują również pięć dalszych – najprawdopodobniej wygłoszonych wobec tego samego audytorium w Oktawie Wielkanocy – mów, wprowadzających kandydatów we wielkie tajemnice chrztu, bierzmowania i Eucharystii (stąd owych pięć mów nosi tytuł Katechezy Mistagogiczne). Zachowane manuskrypty przypisują je różnym autorom, a późniejsi pisarze dołączyli je po prostu do wcześniejszego zbioru mów św. Cyryla. Współcześni badacze podzieleni są w kwestii ich autentyczności[7]. Niezależnie od tego, kto jest ich prawdziwym autorem, to właśnie jedna z tych mów o wątpliwej autentyczności przytaczana jest obecnie jako usprawiedliwienie praktyki Komunii na rękę. Przyjmijmy jednak, że jest ona autentyczna, tym bardziej, że istnienie  zwyczajów opisanych przez św. Cyryla potwierdzają również inne źródła patrystyczne. Lektura całego odnośnego fragmentu owej mowy pokazuje wyraźnie, że jej autor posiadał jasną i przekonująco uargumentowaną wiarę w ofiarną naturę Mszy oraz w substancjalną obecność Chrystusa  pod postaciami chleba i wina – czym wprawił w nie lada zakłopotanie XVI-wiecznych reformatorów protestanckich. Mówi on nawet o zmianie substancji materii na sposób przypominający doktrynę o transsubstancjacji.

A oto pełny tekst odnośnego fragmentu:

„Zbliżając się więc, nie podchodź z wyciągniętymi dłońmi, ani z rozpostartymi palcami, ale z lewej (ręki) uczyń tron dla prawej, gdyż ta właśnie dłoń ma przyjąć Króla. Nadstawiając dłoń, przyjmij Ciało Chrystusa, dodając «Amen». Następnie, ostrożnie uświęcając swe oczy poprzez dotknięcie ich świętym Ciałem, spożyj Je, dbając o to, abyś nie utracił żadnej cząstki. Bo jeżeli utracisz jakąś cząstkę, to tak jakbyś poniósł stratę, tak jakby to był jeden z twoich członków. Powiedz, gdyby ktoś dał Ci złoty piasek, czyż nie troszczyłbyś się oń ze wszelką ostrożnością, dbając o to, by nie stracić żadnej jego cząstki, ani ponieść żadnej straty? Czyż nie powinieneś być zatem dużo bardziej ostrożny dbając o to, aby żadna okruszyna nie wypadła z tego, co szlachetniejsze jest niż złoto i drogie kamienie? Tak więc, gdy już spożyjesz Ciało Chrystusa, podejdź także po kielich Krwi. Nie wyciągaj rąk, lecz trzymaj je nisko, tak jak miałbyś się pokłonić lub uczynić głęboki akt czci. Powiedz «Amen» i uświęć się spożywając także Krew Chrystusa. Gdy wciąż jeszcze wilgoć czujesz na swoich wargach, dotknij ich rękoma i uświęć swoje oczy, swoje czoło i wszystkie pozostałe zmysły. Na koniec, czekaj na modlitwę i dziękuj Bogu, który uznał ciebie godnym takich tajemnic”[8].

Praktyka polegająca na dotykaniu Hostią narządów zmysłów i namaszczania ich Przenajświętszą Krwią może się nam wydawać nieszkodliwa, niosła ona jednak za sobą poważne niebezpieczeństwa. Mogła prowadzić do niezdrowego, zabobonnego nabożeństwa komunikującego wobec konkretnej Hostii oraz do różnych wypaczonych form kultu. Takie sytuacje rzeczywiście miały miejsce, a praktyka całowania Hostii stała się z czasem bardzo rozpowszechniona. Św. Cyryl Aleksandryjski porównywał namaszczanie narządów zmysłów Krwią Baranka ofiarowanego w Eucharystii do namaszczania krwią zabitych baranków progów domów przez Żydów uchodzących z Egiptu. Twierdził, że podobnie jak zwyczaj ten ochronił niegdyś Żydów, tak też namaszczanie narządów zmysłów [Krwią Pańską] chroni je przed pokusami zmysłowymi.

Dalszych dowodów na szerokie rozprzestrzenienie się tej dziwnej praktyki dostarcza nam żyjący w I połowie V wieku Teodoret z Cyrrhus w Syrii, który pisał o zwyczaju całowania Hostii:

Należy rozważyć, jak podczas świętego misterium bierzemy członki Oblubieńca, całujemy je, obejmujemy je i dotykamy nimi naszych oczu”[9].

Nie był to przykład odosobniony. Praktyka całowania Hostii, możliwa dzięki przyjmowaniu jej na rękę i prowadząca do zniekształcenia doktryny o Rzeczywistej Obecności, przetrwała co najmniej do końca VIII wieku. Zaświadcza o tym św. Jan Damasceński (675-749):

Przyjmujmy Ciało Ukrzyżowanego, dotykając nim naszych oczu, naszych ust i czoła, i spożyjmy boski płonący węgiel”[10].

Biorąc pod uwagę takie ekscesy nie powinno nas dziwić, że Duch Święty natchnął Kościół do wprowadzenia zmiany zapewniającej stosowny szacunek wobec Najświętszego Sakramentu, tj. do umieszczania Hostii na języku komunikowanych.

W połowie XIII wieku istniała już silnie zakorzeniona tradycja, że kontakt z Najświętszym Sakramentem może mieć jedynie to, co zostało konsekrowane. Św. Tomasz z Akwinu (1225-1274) pisał:

Rozdawanie Ciała Chrystusa należy do kapłana z trzech powodów. Po pierwsze, ponieważ, jak było powiedziane powyżej, dokonał on konsekracji w osobie Chrystusa. Ale tak jak Chrystus konsekrował swoje Ciało podczas Ostatniej Wieczerzy, tak również dał je innym, aby je spożywali. Analogicznie, tak jak konsekracja Ciała Chrystusa należy do kapłana, podobnie i rozdawanie należy do niego. Po drugie, ponieważ kapłan jest wyznaczonym pośrednikiem pomiędzy Bogiem a ludźmi, więc tak jak do niego należy ofiarowanie darów człowieka Bogu, tak i do niego należy przekazywanie konsekrowanych darów ludziom. Po trzecie, ze względu na cześć dla tego sakramentu, nic nie może się z nim stykać, lecz tylko to, co jest konsekrowane, stąd też i korporał i kielich są konsekrowane, a podobnie i ręce kapłana. Nie jest zatem uprawnione, aby ktokolwiek inny tego dotykał, chyba że w stanie konieczności, gdyby np. miało upaść na ziemię, lub w innych nie cierpiących zwłoki przypadkach”[11].

Propaganda na rzecz Komunii na rękę wielokrotnie odwołuje się do twierdzenia, że święcenia nie dają kapłanowi specjalnych przywilejów w kwestii udzielania Komunii św. Wydana za zgodą episkopatu USA Broszura Take and Eat stwierdza:

Choć w ostatnich czasach bardzo podkreślano świętość dłoni kapłana, należy jednak zaznaczyć, iż namaszczenia rąk podczas ceremonii święceń nie można łączyć ze szczególnym przywilejem do dotykania Eucharystii”.

Cóż, św. Tomasz z Akwinu z pewnością dostrzegał taki związek – i to na setki lat zanim ktoś pomyślał o istnieniu Ameryki – nie ulega też wątpliwości, że za jego czasów praktyka ta stanowiła zwyczaj powszechny. Być może nie był to dokładny i jedyny powód jej wprowadzenia, jednak twierdzenie, że zwyczaj, do którego przywiązywano szczególne znaczenie przez niemal tysiąc lat nie posiada w istocie tego szczególnego znaczenia, oznaczałoby pozbawienie słowa „symbol” jakiegokolwiek sensu. Warto również przypomnieć, że znajdujący się w Pontyfikale Rzymskim tradycyjny ryt święceń kapłańskich zawiera następującą wzmiankę o władzy nadawanej wyświęcanym przez biskupa:

Bądźcie świadomi tego, co dokonujecie, kształtujcie się wedle tego, czego dotykacie, a celebrując tajemnicę śmierci Pana pilnujcie, by ciała wasze były całkowicie obumarłe dla wszelkich występków i cielesnych przyjemności”.

Jest to wyraźne odniesienie do faktu, że nowo wyświęceni kapłani będą wkrótce dotykać Ciała Chrystusa, co traktowane jest ewidentnie jako przywilej. Gdyby każdemu katolikowi wolno było dotykać Najświętszego Sakramentu, nie byłoby powodu czynić o tym szczególnej wzmianki.

Take and Eat stwierdza dalej:

Specjalne namaszczenie dłoni kapłana symbolizuje jego publiczną posługę wobec innych”.

Naprawdę? Ciekawe, jaki cytat mogliby przytoczyć autorzy na poparcie tego nonsensu. Pracę listonoszy, lekarzy, śmieciarzy, nauczycieli, zamiataczów ulic i żołnierzy również traktować można jako „służbę publiczną” – tak więc być może i im powinno się namaszczać dłonie.

Kolejnym dowodem na to, że namaszczenie nie daje specjalnej władzy do dotykania Eucharystii jest natura posługi diakonów, która zawsze wiązana była z Eucharystią, a jednak dłonie diakonów nigdy nie były namaszczane”.

Można by w tym miejscu zauważyć, że przynajmniej w pewnych miejscach dłonie diakonów były konsekrowane – jak tego dowodzą pochodzący z VI wieku List Gildasa oraz datowany na VIII wiek Pontyfikał Egberta z Yorku. Pomimo, że w pochodzących ze starożytności dokumentach znaleźć można pojedyncze przykłady udzielania przez diakonów Komunii pod postacią chleba, tradycyjnie związek diakona z Eucharystią wyrażała piecza, jaką sprawował on nad kielichem. Widać to wyraźnie w przytoczonym fragmencie Summy św. Tomasza z Akwinu, który jednoznacznie wykluczał możliwość udzielania przez diakona (w normalnych okolicznościach) Komunii pod postacią chleba. Cathilic Encyclopedia stwierdza:

Aż do czasów współczesnych kielich powierzony był zawsze szczególnej opiece diakona. Nawet obecnie rubryki nakazują, by podczas ofiarowania kielicha we Mszy uroczystej diakon podtrzymywał jego stopę lub też ramię kapłana i powtarzał razem z nim słowa: «Offerimus tibi, Domine, calicem salutaris etc.». Uważne studium pierwszego Ordo Romanus pokazuje, że podczas Mszy papieskiej kielichem zajmował się zasadniczo archidiakon, to on sam i towarzyszący mu diakoni okazywali wiernym – po przyjęciu przez nich Komunii pod postacią chleba – calicem ministerialem z Krwią Pańską[12].

Warto również zauważyć, że sam Jan Paweł II akceptuje istnienie związku pomiędzy namaszczaniem dłoni kapłana oraz dotykaniem Eucharystii. W liście apostolskim Dominicae cenae z 24 lutego 1980 roku zauważył on, że obrzęd święceń kapłańskich odnosi się do faktu, iż kapłan dotyka Najświętszego Sakramentu. Jak pisał:

Naszym najwyższym zaszczytem jest – poza obowiązkiem posłannictwa ewangelicznego – że możemy sprawować tę tajemniczą władzę nad Ciałem Odkupiciela i temu wszystko w nas musi być stanowczo podporządkowane. Musimy też stale pamiętać, że dla tej władzy – posługi zostaliśmy sakramentalnie poświęceni, że zostaliśmy wyjęci spośród ludzi i zarazem postanowieni dla ludzi. Powinniśmy pamiętać o tym, szczególnie my, Kapłani Kościoła Rzymskiego łacińskiego, który do obrzędu święceń dołączył w ciągu wieków praktykę namaszczania rąk Kapłana. W niektórych krajach przyjęła się praktyka Komunii świętej na rękę. Praktykę taką postulowały poszczególne Konferencje Episkopatów i na ich wniosek zyskała ona zatwierdzenie Stolicy Apostolskiej. Dały się jednak słyszeć głosy o rażących wypadkach nieposzanowania Najświętszych Postaci, co bardzo obciąża nie tylko osoby bezpośrednio winne takiego postępowania, ale również Pasterzy Kościoła, którzy jakby mniej czuwali nad zachowaniem się wiernych względem Eucharystii”.

Widzimy więc, że papież nie tylko potwierdza związek pomiędzy namaszczaniem dłoni kapłana i rozdzielaniem Eucharystii – ale też silnie podkreśla jego znaczenie, czyniąc przy tym jasną aluzję, że wolałby, aby rozdzielanie Komunii św. pozostało domeną kapłanów:

Nie należy jednakże zapominać o podstawowym urzędzie Kapłanów, którzy w czasie święceń zostali konsekrowani, aby reprezentowali Chrystusa Kapłana: dlatego też ich ręce, tak jak ich słowa i ich wola, stały się bezpośrednim narzędziem Chrystusa. Właśnie dlatego, tzn. jako szafarze Eucharystii, oni mają główną i całkowitą odpowiedzialność za Święte Postacie: ofiarują te Święte Postacie uczestnikom zgromadzenia, którzy pragną je przyjąć. Diakoni mogą tylko zanosić na ołtarz dary ofiarne wiernych i rozdawać je, gdy zostaną już konsekrowane przez Kapłana. Jakże wymowne zatem, chociaż późniejsze, jest w naszych święceniach łacińskich namaszczenie rąk, jak gdyby tym właśnie rękom potrzebna była szczególna łaska i moc Ducha Świętego! Dotykanie Świętych Postaci, podejmowanie ich własnymi rękami jest przywilejem tych, którzy mają święcenia, co wskazuje na czynny udział w szafarstwie Eucharystii”.

 

Reformacja protestancka

O ile nie zamierzamy stwierdzić, że Duch Święty opuścił Kościół,  przyjąć trzeba, że przejście od praktyki udzielania Komunii na rękę do obecnej formy jej przyjmowania było skutkiem Bożego natchnienia, był to prawdziwy rozwój liturgiczny. Promulgowana przez Pawła VI instrukcja Memoriale Domini wyjaśnia:

(…) po dokładnym  zbadaniu rozumienia tajemnicy Eucharystii, jej znaczenia i obecności w niej Chrystusa, z  uwagi na poczucie czci dla Najświętszego Sakramentu i pokorę, której jego przyjmowanie wymaga, wprowadzono zwyczaj, iż sam szafarz kładzie kawałek konsekrowanego chleba  na języku komunikanta”.

Protestanccy reformatorzy negowali fakt, że Konsekracja eucharystyczna przemienia w jakikolwiek sposób chleb i wino, twierdzili, że nadaje im ona jedynie nowe znaczenie, wskutek czego stają się symbolami Ciała i Krwi Chrystusa. Jak nauczali – Chrystus jest jedynie w niebie, stąd okazywanie czci chlebowi i winu (kult chleba) jest zwykłym bałwochwalstwem. Martin Bucer wyraził powszechną opinię protestantów[13] w tej kwestii w krytycznej analizie Prayer Book z roku 1549 (Censura), postulując usunięcie z liturgii wszystkich modlitw i obrzędów, które mogłyby sugerować katolicką wiarę w Rzeczywistą Obecność czy ofiarny charakter Mszy. O tym, do jakiego stopnia Cranmer podzielał poglądy swego mentora świadczy fakt, że większość z postulowanych przez niego zmian została uwzględniona w kolejnej edycji Prayer Book z roku 1552. Bucer podnosił m.in. zastrzeżenie co do rytu Komunii, wedle którego przewodniczący liturgii powinien używać tylko takiej ilości chleba i wina, jaka była wystarczająca dla ludzi przystępujących do Stołu Pańskiego. Jak wyjaśniał:

Stwarza to pożywkę dla przesądu (…), że jeśli jakaś ilość chleba i wina pozostaje po Komunii, nie wolno używać ich do zwykłych celów, jak gdyby nawet wówczas, gdy są one używane poza Komunią, było w nich coś duchowego czy świętego, wskutek czego sądzą oni [przewodniczący liturgii – przyp. tłum.] , że niezależnie od tego, ile chleba i wina pozostaje po Komunii, powinni sami je spożyć. Ludzie powinni być więc nauczani, że Chrystus Pan nie jest ofiarowany w chlebie i winie, ale – poprzez Jego słowa i te symbole – w pobożnych sercach,  a więc chleb i wino, które umieszczane były na Stole Pańskim, gdy używa się ich poza ustanowioną przez Pana Komunią, nie są wcale bardziej święte, niż każdy inny chleb i wino (…) Gdy widzimy, jak skutecznie i z jak wielką szkodą, działający w rzymskich antychrystach przez tak wiele stuleci szatan zmuszał ludzi do oddawania czci chlebowi zamiast Chrystusowi naszemu Zbawcy, okradając Go w ten sposób z należnej czci, tym bardziej poczuwamy się do obowiązku usuwania ze wszystkich kościołów  – na ile tylko starczy nam sił i przy zachowaniu całej czystości doktryny – wszelkich form kultu chleba, jakie pragną oni [papieże – przyp. tłum.] zakorzenić wśród antychrystów [fałszywych chrześcijan – tj. katolików – przyp. tłum] i wszczepić w serca prostego ludu (…) Chleb i wino są symbolami Ciała i Krwi Chrystusa, w których składa się On za nas w ofierze. Poza tą okolicznością są one jak każdy inny chleb i wino, gdyż w ich naturze nie następuje żadna zmiana, a Chrystus Pan nie jest ofiarowany w nich, ale w sercach silnych we wierze[14].

Cranmer zareagował na ten krytycyzm usuwając z obrzędów Komunii z roku 1522 rubryki, co do których Bucer wysunął obiekcje i dołączając zalecenie, że jeśli po Komunii pozostanie jakiś chleb czy wino, przewodniczący liturgii powinien zabrać je do domu na swój użytek.

Wszyscy protestanci, włączając w to Lutra, nauczali, że święcenia są jedynie publiczną autoryzacją wymaganą do sprawowania funkcji przewodniczącego liturgii. W ich opinii nie ma więc zasadniczej różnicy między człowiekiem posiadającym święcenia i ich nie posiadającym, święcenia nie nadają żadnej władzy, jakiej człowiek by wcześniej nie posiadał, nie ma mowy o wyciskaniu przez nie jakiegoś niezatartego znamienia[15]. Z tego powodu praktyka umieszczania Hostii na języku wiernych postrzegana była przez Bucera jako wyraz wiary, że chleb Eucharystyczny nie jest zwykłym chlebem i że jedynie kapłanowi wolno go dotykać, jako temu, kto posiada władzę, jakiej świeccy są pozbawieni. Skrytykował więc obrzędy Komunii z Prayer Book z roku 1549, zarzucając im pozostawienie praktyki, w której przewodniczący liturgii umieszczał Hostię na języku przystępującego do Stołu Pańskiego. Cranmer dostosował się do jego żądań i w nowych obrzędach Komunii z roku 1522 wprowadził zwyczaj udzielania Komunii na rękę. Powody, dla których Bucer nalegał na tę zmianę, były jednoznaczne:

Nie mam wątpliwości, że zwyczaj nie umieszczania tych sakramentów z rękach wiernych zaprowadzony został w wyniku dwojakiego przesądu: po pierwsze, wynikało to z fałszywej czci, jaką chciano okazać temu sakramentowi, drugim zaś powodem była nikczemna arogancja kapłanów, przypisujących sobie godność wynoszącą ich ponad lud Chrystusowy, a to ze względu na olej używany podczas święceń. Pan jednak bez wątpienia dał te swe święte symbole w ręce Apostołów i nikt, kto czytał dokumenty starożytnego Kościoła nie może wątpić, że zwyczaj ten praktykowany był aż do nadejścia rzymskiego antychrysta.

Ponieważ więc nie wolno tolerować żadnych przesądów rzymskiego antychrysta, przywracając na ich miejsce pierwotną prostotę [zwyczajów] Chrystusa, Apostołów oraz starożytnego Kościoła, pragnę, by pasterze i nauczyciele ludu wiernie nauczali, iż przesądem i błędem jest uważać, że ręce tych, którzy prawdziwie wierzą w Chrystusa, są mniej czyste niż ich usta, albo że ręce kapłanów są  świętsze niż ręce świeckich, że złą czy niestosowną rzeczą jest – jak uprzednio błędnie wierzyli ludzie prości – przyjmowanie tych sakramentów przez świeckich na rękę – oraz by usunięte zostało wszystko, co mogłoby stanowić pożywkę dla tych błędnych przekonań, takie jak zarządzenia, że tylko sam kapłan może dotykać sakramentów i że powinien udzielać ich wiernym im do ust – co sprzeczne jest nie tylko ze zwyczajem ustanowionym przez Pana, ale i ze zdrowym rozsądkiem.

W ten sposób wszyscy dobrzy ludzie będą mogli zostać z łatwością przekonani do przyjmowania świętych symboli na rękę, zachowana zostanie zgodność tej praktyki (ze sposobem jej ustanowienia – przyp. tłum.), ponadto stanowić to będzie przeszkodę dla dalszych nadużyć sakramentów. Gdyż pomimo faktu, że dopuszczalne jest pewne tymczasowe ustępstwo względem tych, których wiara jest jeszcze słaba, i udzielanie im wedle życzenia Komunii do ust, jeśli tylko zostaną oni należycie pouczeni, wkrótce dostosują się do zwyczaju reszty Kościoła i będą przyjmowali sakramenty do ręki”.

Trzeba tu zauważyć, że Bucer postrzegał namaszczanie dłoni kapłana jako akt odnoszący się do przywileju dotykania Hostii, co negują teksty propagandowe w rodzaju Take and Eat. Fakt, że protestanccy reformatorzy wprowadzili Komunię na rękę jako wyraz odrzucenia katolickiej nauki o kapłaństwie i Rzeczywistej Obecności Chrystusa w Eucharystii, nadał tej praktyce znamię jednoznacznie antykatolickie – i od tej pory stała się ona zwyczajem niedopuszczalnym w kulcie katolickim. Współcześni protestanci z pewnością nie wprowadziliby praktyki przyjmowania Komunii do ust, by dostosować się do zwyczajów panujących wśród katolików, dlatego więc, w imię fałszywego ekumenizmu, to katolikom kazano przyjąć praktykę specyficznie dziś protestancką – aby usunąć wszelkie pozostałe oznaki zewnętrznego kultu wobec Najświętszego Sakramentu, gorszące dla tych wszystkich, który uważają go jedynie za zwykły chleb. Nie powinno nas to dziwić – jest to logiczna konsekwencja procesu, który rozpoczął się od zniszczenia Mszy św. Piusa V.

 

Nieposłuszeństwo i kłamstwa

Komunia na rękę zaczęła upowszechniać się ponownie w Kościele katolickim wkrótce po zakończeniu II Soboru Watykańskiego. Proces ten rozpoczął się od Holandii, gdzie przybrał postać otwartego buntu wobec rozporządzeń prawomocnej władzy. Wbrew obowiązującym normom liturgicznym w niektórych kościołach Komunia zaczęła być rozdzielana w sposób będący od czasu reformacji praktyką specyficznie protestancką. Było to nadużycie, z którym biskupi powinni rozprawić się szybko i skutecznie – księża, którzy nie chcieliby stosować się do prawa Kościoła, powinni zostać bezzwłocznie zasuspendowani. Tak się jednak nie stało – i wkrótce praktyka ta przyjęła się również w Niemczech, Belgii oraz Francji, których biskupi sprzeniewierzyli się swemu urzędowi, tolerując coraz szersze jej upowszechnianie. W ten sposób praktyka, która już wówczas była dla katolików niedopuszczalna ze względu na przyjęcie jej przez protestantów i fakt, że stanowiła wyraz odrzucenia przez nich katolickiego nauczania o Eucharystii, stała się również symbolem kwestionowania autorytetu Kościoła ze strony liberalnych duchownych.

Konsekwencje tego buntu stały się tak poważne, że papież skonsultował się z biskupami  całego świata i po zasięgnięciu ich opinii ogłosił w roku 1969 instrukcję Memoriale Domini. Jej nauczanie streścić można w następujących punktach:

  • Biskupi z całego świata są w przytłaczającej większości przeciwni tej innowacji
  • Tradycyjny sposób udzielania Komunii powinien zostać zachowany
  • Jest on oznaką szacunku [wobec Najświętszego Sakramentu] i nie pomniejsza w niczym godności przystępujących do Komunii
  • Innowacja ta mogłaby prowadzić do braku uszanowania, profanacji i wypaczania prawdziwej doktryny eucharystycznej.

Dlatego:

Stolica Apostolska, usilnie napomina (…) biskupów, kapłanów i wiernych, aby gorliwie przestrzegali tego prawa, ważnego i ponownie potwierdzonego, zgodnie z osądem większości katolickich biskupów, w formie zgodnej z obecnym rytem świętej liturgii, co jest niezbędne dla powszechnego dobra Kościoła”.

Popełniono jednak katastrofalny w skutkach błąd. Zgodzono się, że w sytuacji, gdy praktyka zdążyła się już „zakorzenić”, Konferencje Episkopatu mogą przeprowadzić głosowanie i po uzyskaniu większości 2/3 głosów wystąpić do Stolicy Apostolskiej o zgodę na zalegalizowanie tego nadużycia. W sposób oczywisty sformułowanie „zakorzeniła się już” odnosiło się do 28 maja 1969 roku. Nie dotyczyła więc krajów, w których praktyka ta nie upowszechniła się przed datą ogłoszenia instrukcji – a do kategorii tej należały wszystkie państwa anglojęzyczne. Liberalni księża odebrali to jednak jako sygnał, że jeśli konsekwentnie łamać będą obowiązujące prawo, Stolica Apostolska ostatecznie ustąpi i dostosuje legislację do ich żądań. Jak się okazało, mieli rację – i to nie tylko w kwestii Komunii na rękę. Jednak sytuacja przed i po ogłoszeniu Memoriale Domini różniła się pod jednym ważnym względem. Biskupi, którzy do maja 1969 najpierw tolerowali, później aprobowali, a obecnie starają się narzucić to nadużycie, w sposób jawny lekceważą wyraźną wolę Pawła VI – a jednak równocześnie nie wahają się posługiwać argumentem lojalności wobec papieża odmawiając zgody na celebrację Mszy św. Piusa V! Stworzyli w ten sposób własne kryterium dotyczące tego, jak stosować się należy do życzeń papieża: tolerują sytuacje, gdy lekceważone są one z uszczerbkiem dla wiary, interweniują natomiast wówczas, gdy motywem nieposłuszeństwa jest obrona katolickiej prawdy.

We wielu krajach instrukcja Memoriale Domini w ogóle nie została opublikowana, tamtejsi wierni nie zdawali więc sobie sprawy z rzeczywistych intencji papieża. Nie mieli też podstaw do opierania się oficjalnej propagandzie mającej na celu narzucenie im protestanckiej praktyki, wbrew silnie zakorzenionej tradycji liturgicznej i wyraźnie wyrażonej woli Ojca Świętego. Głównym narzędziem tej propagandy była wydana w USA broszura The Body of Christ. Serię kazań, mających na celu zaprezentowanie jej treści w języku przystępnym dla wiernych znaleźć można w broszurze ks. Josepha M. Champlina Preaching and Teaching about the Eucharist. Kazania te umożliwiały księżom parafialnym „sprzedawanie” tej nowinki parafianom na sposób podobny do metod, jakimi posługują się obnośni sprzedawcy. Oto próbka wyjaśnień proponowanych przez ks. Champlina:

Podczas II Soboru Watykańskiego pewni katolicy, stosując się do norm liturgicznych zaaprobowanych przez biskupów, rozpoczęli starania o przywrócenie w formie opcji zwyczaju przyjmowania Komunii na rękę. W miarę, jak pragnienia te się nasilały, papież zasięgnął opinii biskupów całego świata, czy pożądanym byłoby przywrócenie tego zwyczaju, jako alternatywny dla Komunii przyjmowanej bezpośrednio do ust. W odpowiedzi na ich uwagi Ojciec święty zdecydował, że dotychczasowy zwyczaj powinien zostać zachowany, jednak biskupi w danych krajach mogą przeprowadzić głosowanie w kwestii wprowadzenia Komunii na rękę jako opcji. W przeciągu kilku lat głosowania takie przeprowadzili biskupi z 54 krajów świata, w tym również biskupi amerykańscy[16].

Jest to propaganda wedle najlepszej tradycji Trzeciej Rzeszy. Sam Joseph Goebbels  nie zrobiłby tego lepiej. Zwróćmy uwagę, że powyższy fragment nie zawiera żadnych kłamstw. Ks. Champlin zaleca mówić wiernym, iż pewni katolicy pragnęli przywrócenia starożytnej praktyki – nie dodaje jednak, że katolicy owi wskrzesili ją nie czekając na stosowne pozwolenie. Papież rzeczywiście „zasięgnął opinii” biskupów z całego świata, ks. Champlin nie uznał jednak za stosowne poinformować wiernych, że biskupi ci w przytłaczającej mierze opowiedzieli się przeciwko wspomnianej innowacji. Czy można przypuszczać, by zwykły katolik, nie posiadający żadnych dodatkowych informacji, nie wyciągnął z tych słów wniosku, że opinia biskupów była pozytywna? Memoriale Domini rzeczywiście przyznawała lokalnym Konferencjom Episkopatu prawo do głosowania nad legalizacją tego nadużycia (nie mogli oni „wprowadzać Komunii na rękę”, gdyż praktyka ta mogła być legalizowana jedynie tam, gdzie zwyczaj ten zakorzenił się wcześniej nielegalnie) – jednak ks. Champlin nie uważa, by wiernych należało informować, iż koncesja ta stosuje się jedynie do krajów, w których nadużycie to zakorzeniło się przed majem 1969. Uznał również za rozsądne nie informować ich, iż Ojciec Święty napominał usilnie biskupów, kapłanów i wiernych, by przestrzegali tradycyjnej praktyki i że przestrzegał przed zagrożeniami, do jakich może prowadzić ta innowacja. Najbardziej biski kłamstwu był ks. Champlin wówczas, gdy stwierdzał, iż buntownicy, którzy zainicjowali to nadużycie „postępowali zgodnie z normami liturgicznymi zatwierdzonymi przez biskupów podczas II Soboru Watykańskiego”. Pozbawiony dodatkowych informacji świecki mógł wyciągnąć z tych słów wniosek, że jeśli nawet jeśli praktyka ta nie została bezpośrednio nakazana przez Vaticanum II, to przynajmniej stanowiła przedmiot dyskusji obecnych na soborze biskupów. Jednak Konstytucja o liturgii nie wspomina ani jednym słowem ani o tej, ani jakiejkolwiek z podobnych innowacji. Sama myśl o nich wzbudziłaby u większości ojców soborowych przerażenie. O tym, jak dalecy byli oni od zatwierdzania podobnych praktyk dowodzi fakt, że przeważająca ich część wypowiadała się przeciwko nim w roku 1969. Słowa ks. Champlina stanowią jeszcze jeden dowód na słuszność tezy, jaką postawiłem w rozdziale XVI książki Pope John’s Council, a mianowicie, że zalążki posoborowych nadużyć odnaleźć można w samej Konstytucji; były to sprytnie wkomponowane w jej tekst dwuznaczności, które eksplodować miały po soborze jako swoiste „bomby zegarowe” – podłożone przez „ekspertów”, będących autorami przedstawianych pod głosowanie dokumentów.

Ks. Joseph M. Champlin jest typowym przykładem propagandysty, usiłującego dostosować katolicką liturgię do praktyk protestanckich. Owa ekumeniczna intencja ukrywana jest jednak przed wiernymi, których zapewnia się, że prawdziwym celem jest wskrzeszenie praktyk starożytnego Kościoła. Był to standardowy argument protestanckich reformatorów. Powoływanie się na starożytny Kościół jest cechą charakterystyczną herezji.

W roku 1947 Pius XII ogłosił encyklikę Mediator Dei, w której usilnie przestrzegał przed ludźmi, usiłującymi podkopywać wiarę pod pretekstem powrotu do starożytnych praktyk.  Ostrzegał w niej, że „(…) tego rodzaju zdrożne zamysły i poczynania prowadzą do tego, że osłabiają i wyjaławiają uświęcające działanie św. liturgii, którym ona zbawiennie wiedzie dzieci przybrania do Ojca Niebieskiego”. Jak wyjaśniał:

Owszem, liturgia dawnych wieków jest niewątpliwie godna szacunku. Nie należy jednak mniemać, iż dawny zwyczaj, dlatego tylko że tchnie starożytnością, jest przydatniejszy i lepszy, czy to sam przez się, czy to w odniesieniu do późniejszych czasów i nowych warunków. Także nowe obrzędy liturgiczne są godne szacunku i zachowania, gdyż powstały pod natchnieniem Ducha Świętego, który w każdym czasie aż do końca świata jest obecny w Kościele (…) Nie jest rzeczą ani mądrą, ani godną pochwały wszystko i w każdy sposób cofać do starożytności. I tak, aby użyć przykładu, błądzi kto chce ołtarzom przywrócić pierwotny kształt stołu; kto chce wykluczyć czarny kolor z szat kościelnych; kto nie dopuszcza w kościele posągów i świętych obrazów (…) Taki sposób myślenia i postępowania aż nadto przypomina ów zbytni i niezdrowy entuzjazm dla starożytności, wzbudzony przez nielegalny synod w Pistoi oraz usiłuje wznowić owe rozliczne błędy, które były przyczyną zwołania tego synodu i które po nim z wielkim uszczerbkiem dla dusz się uwydatniły, a które Kościół, jako czujny zawsze stróż «depozytu wiary», powierzonego mu przez Boskiego Założyciela, słusznie potępił”.

To jednak, co słusznie potępione zostało w roku 1947, narzucone zostało katolikom przez ich własną hierarchię w roku 1977. Pius XII nie wspominał o praktykach tak szokujących jak świeccy szafarze czy Komunia na rękę: nawet najbardziej fanatyczni zwolennicy protestatyzacji jego czasów nie wyobrażali sobie, by kiedykolwiek mogli osiągnąć taki sukces!

 

Starożytne obrzędy i zwyczaje

Nawet najbardziej pobieżne studium pierwszych ośmiu wieków historii Kościoła ujawnia istnienie niezliczonych obrzędów i zwyczajów, które zostały następnie zarzucone. Kandydaci do chrztu musieli stawiać się na badanie przez siedem kolejnych dni, leżeć krzyżem podczas wielkiego egzorcyzmu, kapłan namaszczał ich wargi i uszy śliną, namaszczani byli od stóp do głów egzorcyzmowanym olejem (w stosunku do kobiet obrzęd ten wykonywały diakonisy), po chrzcie kandydaci namaszczani byli pachnidłami, po pierwszej Komunii dawano im niekiedy łyk mleka z miodem. Podczas Mszy katechumenom nakazywano opuszczać kościół po Liturgii Słowa (Mszy Katechumenów), chrzczonym niemowlętom podawano Komunię pod postacią wina. Za pewne grzechy nakładane były długie i uciążliwe pokuty – penitentom nie wolno było wchodzić do kościołów i musieli pozostawać na zewnątrz w worach pokutnych i popiele prosząc o modlitwy, Wielki Post był czasem surowej pokuty, postu i wstrzemięźliwości, zwłaszcza dziewice i wdowy zachęcane były do częstych postów i modlitwy w intencji Kościoła. Bardzo surowe reguły obowiązywały tych, którzy pragnęli zaprosić na posiłek wdowę. „Niech będą dojrzali w latach – pisał św. Hipolit – i niech odeślą je z powrotem przed zmierzchem”. Na kandydatów do chrztu nie dopuszczano rzeźbiarzy, malarzy, aktorów i nikogo, kto brał udział w przedstawieniach teatralnych, woźniców rydwanów, rozrzutników, eunuchów, ludzi parających się czarami, szarlatanów ani żołnierzy. Dopuszczano natomiast konkubiny, o ile pozostawały one wierne swemu panu.

Listę tę można by wydłużać w nieskończoność. Co ciekawe, gdy przeanalizuje się te z owych praktyk, które po zarzuceniu zostały po wiekach wskrzeszone, wspólnym motywem ich reanimacji okazuje się być dostosowywanie kultu katolickiego do zwyczajów sekt protestanckich. Mam tu na myśli zjawiska takie, jak zastępowanie ołtarzy stołami, Komunia pod obiema postaciami, liturgia w językach narodowych, usuwanie czarnych szat liturgicznych, modlitw wyrażających ofiarnych charakter Mszy, tradycyjnych komunikantów mszalnych – szczegółowe informacje na ten temat znaleźć można w rozdziale XXV niniejszej książki. Przedstawiłem tu wystarczająco dużo dowodów, że obecna rewolucja liturgiczna, choć nie identyczna z cranmerowską, budzić powinna odrazę każdego miłującego wiarę katolika. Na ironię zakrawa jednak fakt, że nawet Cranmer zachował na tyle silne przekonanie o dostojeństwie Komunii św.  – pomimo faktu, że negował Rzeczywistą Obecność Chrystusa w Eucharystii – że zastrzegł prawo do jej rozdawania dla samych tylko wyświeconych księży. Nawet on nie posunął się do wprowadzenia świeckich szafarzy!

 

Nieprawidłowości proceduralne

Instrukcja Memoriale Domini jednoznacznie stwierdza, że praktyka udzielania Komunii na rękę tolerowana może być jedynie w tych krajach, w których zakorzeniła się ona przed majem 1969 roku. Ostatecznie jednak Watykan ugiął się pod presją i zgodził się udzielać stosownego indultu wszędzie, gdzie tylko praktyka ta się rozwinęła – nie precyzując przy tym w żaden sposób, co należy przez te słowa rozumieć. Czy miało to oznaczać jednego kapłana udzielającego Komunii na rękę jednemu wiernemu na całym terytorium USA? A może chodziło o 50% parafii w każdej diecezji?

Na tę niezwykle ważną kwestię zwrócił uwagę bp Blanchette z Joliet w stanie Illinois. Gdy w roku 1977 Konferencja Episkopatu USA debatowała nad przywróceniem Komunii na rękę, bp Blanchette wyjaśnił, że zgodnie z procedurą określoną przez Watykan Stolica Apostolska mogłaby udzielić zgody jedynie wówczas, gdyby na terytorium USA przeważał inny zwyczaj udzielania Komunii[17]. Podkreślał, że biskupi nie mogą przejść do kolejnego etapu zanim nie stwierdzą, że ten warunek wstępny rzeczywiście został spełniony:

Powiedziałem: będziemy teraz dyskutowali i prawdopodobnie głosowali nad ewentualną petycją do Stolicy Apostolskiej, a nie ustaliliśmy jeszcze, czy inny zwyczaj jest rzeczywiście dominujący. Jak powiedziałem, najprostszym sposobem na weryfikację tego twierdzenia jest poproszenie ordynariuszy o odpowiedź na pytanie, czy na terenie ich diecezji istotnie można mówić o dominowaniu innej praktyki. Ordynariusz powinien to wiedzieć, jest przecież pasterzem diecezji. Zarówno on sam jak i jego księża składali śluby posłuszeństwa, jeśli więc ktokolwiek może udzielić precyzyjnych informacji, to właśnie on. Poprosiłem więc o dodanie tego punktu do harmonogramu obrad, by umożliwić weryfikację twierdzenia, że pierwszy warunek – czyli dominacja innego zwyczaju – został w istocie spełniony. W przypadku uzyskania odpowiedzi twierdzącej, moglibyśmy przejść do kolejnych punktów [procedury]. Jeśli jednak nie zostało to zweryfikowane, jak – logicznie rzecz biorąc – możemy przechodzić do kolejnego etapu? Taki postawiłem wniosek[18].

Wniosek bpa Blanchette’a poparło na piśmie pięciu innych biskupów, podtrzymał go również przewodniczący Konferencji Episkopatu. Zgodnie z obowiązującymi zasadami głosowanie nad nim powinno być tajne, jednak zwolennicy innowacji w głosowaniu przez podniesienie rąk wymusili na przewodniczącym odstępstwo od regulaminu. Nawet kard. Król potępił później wykorzystywanie tego narzędzia walki parlamentarnej do odrzucenia wniosku w tak istotnej kwestii. Uzasadnione jest więc pytanie: czy głosowanie to było zgodne z prawem?

Również podczas głównego głosowania doszło do wielu nieprawidłowości. Pozbawiono prawa głosu biskupów emerytowanych, a gdy nadal nie można było osiągnąć większości 2/3 głosów większości, umożliwiono głosowanie biskupom nieobecnym, aż wymagana większość została ostatecznie osiągnięta. Ci, którzy podnosili zastrzeżenia wobec tej praktyki, krytykowani byli za robienie zamieszania w tak „błahej” sprawie. Cóż, jeśli sprawa ta była tak „błaha”, środki, do jakich uciekli się ludzie pragnący ją przeforsować, były naprawdę niezwykłe.

Pewne jest, że w Anglii i Walii o dominacji innego zwyczaju mówić można było jedynie w bardzo niewielu miejscach. Jest wysoce nieprawdopodobne, by na terenie całego kraju istniało wówczas więcej niż kilkadziesiąt parafii czy ośrodków, w których można by mówić o zakorzenieniu się tego nadużycia. Większość katolickiej populacji z całą pewnością nie była nim zainteresowana i nie pragnęła jego wprowadzenia. Anglicy mają jednak własne sposoby postępowania w takich sytuacjach. Biskupi wydali stosowną zgodę w tajemnicy, wskutek czego o ich decyzji wiedziało niewielu tylko księży diecezjalnych oraz świeckich wiernych. W ten sposób biskupi uniknęli konieczności publicznego tłumaczenia się z faktu, że zaaprobowali zwyczaj, który bynajmniej nie był dominujący. Było to dla nich najwygodniejsze rozwiązanie, ponieważ – jak już wspomniałem – przypadki dominacji innego zwyczaju dotyczyły wówczas jedynie kilku ognisk buntu. Zachowanie to zasługuje na potępienie niezależnie od tego, czy zwyczaj ten był dominujący, czy też nie – i odnosi się również do sytuacji we wszystkich innych krajach. Jeśli rzeczywiście był on dominujący, biskupi ponoszą winę za nie powstrzymanie szerzącego się buntu przeciwko Stolicy Apostolskiej; jeśli dominujący nie był, winni są wprowadzenia w błąd papieża i starania o indult pod fałszywymi pretekstami. Jeśli angielscy biskupi stwierdzili w swej petycji, że praktyka ta była szeroko rozpowszechniona, lub nawet że istniały liczne żądania jej wprowadzenia, wówczas nie ma wątpliwości co do tego, że mamy tu do czynienia z oszustwem i że indult powinien być traktowany jako nieważny w rozumieniu kanonu 40[19].

Podobnie było w Kanadzie. Znajduję się w posiadaniu zebranego przez pewnego kanadyjskiego księdza obszernego dossier, znakomicie obrazującego sposób, w jaki praktyka ta została tam wprowadzona. Kanadyjscy biskupi odmówili publicznego ujawnienia przesłanek, jakie skłoniły ich do wysunięcia prośby o indult:

W prasie pojawiły się doniesienia, że o zgodę wystąpiono, ponieważ pewni wierni wyrazili pragnienie powrotu do starożytnego chrześcijańskiego sposobu przyjmowania Komunii. Jeśli tak było naprawdę, zmuszeni jesteśmy zapytać: ile osób się tego domagało? Z pewnością nie więcej niż jedna na dziesięć tysięcy. Nikt nie słyszał o żadnych sondażach. Dwunastu proboszczów, którzy w pewnej archidiecezji dyskutowali nad tą kwestią stwierdziło, że nigdy nie słyszeli o podobnych prośbach. W pewnej diecezji liczącej ponad 150 parafii Komunia na rękę udzielana była jedynie w 2 czy 3 kościołach. Idea ta zrodziła się w seminariach, domach rekolekcyjnych, na uniwersytetach i w collegach. Nawet po wprowadzeniu indultu niektórzy kanadyjscy biskupi w dalszym ciągu nie udzielali zgody na przyjmowanie Komunii na rękę. Inni czynili to niechętnie. Niektórzy stawiali warunki, np. że osoba przyjmująca Komunię na rękę musi być bierzmowana. Pewien arcybiskup udzielając zezwolenia powiedział: «Z tego co wiem, nie można mówić o powszechnym żądaniu zaprowadzenia tej praktyki ze strony biskupów, duchowieństwa czy świeckich». Niektórzy  mówili nawet, że są rozczarowani faktem udzielenia zgody albo tłumaczyli swe ustępstwo tym, że została ona wprowadzona w sąsiednich diecezjach, a ludzie muszą przyzwyczaić się  zwyczajów, które mogą napotkać gdzie indziej”.

Widzimy więc pewien wspólny schemat: oto do Rzymu wysyłana jest prośba o indult legalizujący nadużycie, podczas gdy nie podejmuje się jakichkolwiek starań, mających na celu określenie, czy zjawisko to jest na tyle powszechne, by spełniało warunek wstępny uzyskania indultu. Jeśli badania wykazują, że inny zwyczaj nie jest dominujący, dane te są zatajane. Ludzie mający skłonność do tajemnicy często mają coś do ukrycia.

Biskupi Anglii i Walii posunęli się jeszcze dalej, zatajając sam fakt wystąpienia o indult. Przeważająca część wiernych nie była świadoma tego, że został on udzielony aż do chwili, gdy wzięli do ręki katolickie czasopisma z 21 maja 1976 roku, gdzie obok stosownego komunikatu znaleźli również stek sloganów propagandowych mających usprawiedliwić wprowadzenie tej protestanckiej praktyki. W międzyczasie Catholic Truth Society przygotowywała broszury i plakaty mające wesprzeć kampanię prasową, zbieżne w treści z wydanym właśnie ogłoszeniem. W niektórych diecezjach duchowieństwo parafialne poinformowane zostało zaledwie 1 lub 2 dni wcześniej, wielu księży dowiedziało się jednak o tym fakcie w tym samym czasie, co świeccy. Potwierdziło to kilkudziesięciu księży, z którymi kontaktowałem się osobiście. Pewien kapłan z diecezji na północy pisał: „O tym, że biskupi zdecydowali się zezwolić na tę praktykę, dowiedziałem się z wiadomości telewizyjnych. Był to dla mnie szok”.

Trudno opisać cierpienia, jakich narzucenie tej praktyki przysporzyło wielu dobrym księżom diecezjalnym. Pewien kapłan z archidiecezji Westminsteru powiedział mi, że legalizacja tego nadużycia i sposób, w jaki zostało to przeprowadzone  – za plecami duchowieństwa  – sprawiły, że poczuł, iż pięćdziesiąt lat jego kapłaństwa było jedynie farsą. Nie wszyscy świeccy świadomi są ścisłych więzi, łączących biskupa z jego księżmi. Zachowanie biskupów w tej kwestii porównać można do sytuacji, w której ojciec rodziny zmienia pracę i decyduje się sprzedać dom rodzinny nie wspominając o niczym żonie ani dzieciom, stawiając ich przed faktem dokonanym i dając im zaledwie kilka godzin na spakowanie się i wyprowadzkę. Posiadam informacje o dziesiątkach kapłanów, którzy woleli przejść na emeryturę, niż zaakceptować narzucone zmiany. Trzeba pamiętać, że choć świeckim – przynajmniej teoretycznie – pozostawiono swobodę wyboru co do sposobu, w jaki pragną przyjmować Komunię, wyboru takiego nie pozostawiono kapłanom. Biskupi nakazali udzielać im Komunię na rękę każdemu wiernemu, który tego zażąda. Bóg pokierował jednak sprawami tak, że wielu spośród tych księży odprawia obecnie Mszę Trydencką dla różnych grup tradycyjnych katolików. Inni woleli przejść na emeryturę, niż narazić się na uczestnictwo w akcie pociągającym za sobą takie nieuszanowanie wobec Najświętszego Sakramentu. Jeszcze inni zmuszeni zostali do ustąpienia, gdyż odważyli się na publiczną krytykę tej praktyki. Pewien angielski kapelan klasztorny usunięty został za czytanie zakonnicom instrukcji Memoriale Domini, pomimo faktu, że sam zgodził się ostatecznie na udzielanie Komunii na rękę. Pragnął jedynie uświadomić siostrom, że Paweł VI wyraził pragnienie zachowania tradycyjnej praktyki. Pewien amerykański ksiądz poinformował mnie, że jego biskup kazał mu przejść na emeryturę, ponieważ udostępniał swym parafianom moją książkę „O Komunii na rękę i podobnych nadużyciach”. „Nie masz prawa do osobistej opinii” – powiedział. Wielu innych księży zdecydowało się podporządkować dyktatowi kurii i pozostać w swych parafiach pomimo faktu, że każda Msza była dla nich udręką. Ich odczucia doskonale podsumował ks. John E. Koramr w liście do „Our Sunday Visitor” z 23 października 1977 roku:

W sytuacji gdy nam – tradycyjnie nastawionemu duchowieństwu – narzucona została praktyka udzielania Komunii na rękę, bez żadnego względu dla naszych uczuć czy szacunku dla naszych opinii, uważam za stosowne wyrażenie specjalnych «podziękowań» wszystkim katolickim «progesistom».

Często udaje się wam przeforsować własne poglądy, zmusiliście wszystkich kapłanów do przyjęcia waszego stanowiska, niezależnie od tego, czy się nam to podoba, czy też nie, jeśli zaś wyrażamy zastrzeżenia, mówi się nam, że musimy akceptować to wszystko ze względu na śluby posłuszeństwa wobec hierarchii (w którą większość z was nie wierzy).

Tak też uczyniłem i ja, obecnie jednak muszę powiedzieć o moich odczuciach. W obecnej sytuacji bycie kapłanem nie jest już dla mnie czymś specjalnym, stało się to po prostu «pracą», rodzajem rutyny. Nie jest to już to kapłaństwo, które znałem i kochałem. Nie jest to kapłaństwo, dla którego studiowałem i któremu poświęciłem swe życie wiele lat temu.

Z całą pewnością nie porzucę kapłaństwa dla nikogo ani niczego, jednak praca w tych nowych okolicznościach będzie dla mnie doświadczeniem bardzo odmiennym od dotychczasowego.

Tak więc progresiści, możecie sobie pogratulować, udało się wam pozbawić mnie całej radości i miłości jakie dawało mi moje kapłaństwo, pozostawiając mi jedynie poczucie  pustki i zgorzknienia. Wciąż będę się za was modlił, w tej jednak intencji: byście nie wyrządzili dalszych szkód Kościołowi”.

W Anglii, co zakrawa już niemal na rozmyślną zniewagę, Catholic Information Office stwierdziła, że wśród duchowieństwa i świeckich prowadzone były szerokie konsultacje![20] Bezprzykładna intryga, przy pomocy której angielskim biskupom udało się narzucić to nadużycie, sprowokowała nawet krytyczne komentarze ze strony organu najbardziej radykalnych zwolenników innowacji liturgicznych „Music and Liturgy”. Wyrażając stosowny entuzjazm wobec wprowadzenia Komunii na rękę, editorial z lata 1976 stwierdzał równocześnie:

Zostało to wprowadzone w niefortunny sposób (…) Krajowa Komisja Liturgiczna była oczywiście przygotowana na protesty, nie ma innego wyjaśnienia dla dziwacznej atmosfery tajemnicy, jaka otaczała ten projekt (księża poinformowani zostali zaledwie kilka dni przez wprowadzeniem nowych regulacji, otrzymując przy tym ścisłe instrukcje, by nikomu o tym nie wspominać, np. «nie ogłaszać przed godziną 00:01 takiego a takiego dnia»). Te same podejrzenia nasuwać musi przydługa i mówiąc szczerze dość nudna broszura CTS, zwykłe zestawienie argumentów i tekstów źródłowych, przekonująca do tej samej kwestii wciąż na nowo, bezsprzecznie pomyślana jako narzędzie mające wytrącić broń z ręki «opozycji», zanim miała ona jakąkolwiek szansę na podjęcie dyskusji. Szkoda więc, że ów materiał propagandowy zawierał poważne błędy dotyczące faktów oraz błędne cytaty, które zostały skwapliwie wykorzystane przez oponentów, a dla zwolenników stały się powodem do cynicznych żartów”.

Najpoważniejszym błędem, jaki znalazł się w broszurze The Reception of Holy Communion In the Hand było twierdzenie, że zwyczaj udzielania Komunii na rękę zachował się w Kościołach Wschodnich. Jest to całkowity nonsens, ponieważ w Kościołach Wschodnich, zarówno unickich jak prawosławnym, świeccy przyjmują Komunię pod dwiema postaciami, a Sakrament umieszczany jest na języku komunikowanego przy pomocy łyżeczki. Pod koniec liturgii prawosławnej wśród zgromadzonych rozdzielany jest również niekiedy pobłogosławiony chleb. Nie jest on uprzednio konsekrowany i przyjmuje się go do rąk, stąd ludzie nie znający prawosławia nabrać mogą fałszywego przekonania, że jego wyznawcom Komunia udzielana jest na rękę. Fakt, że broszura ta napisana została przez ks. Anthony’ego Boylana, Sekretarza Generalnego Komisji Liturgicznej Anglii i Walii  doskonale ilustruje ignorancję ludzi, pozujących na ekspertów liturgicznych.

Kwestię fałszywych twierdzeń, jakie znalazły się w broszurze CTS, podnosiłem w listach do wielu wpływowych prałatów, w tym również Delegata Apostolskiego. Sekretarz tego ostatniego potwierdził z ubolewaniem, że owo twierdzenie dotyczące Kościołów Wschodnich rzeczywiście było fałszywe – i że broszura powinna zostać wycofana. Było to w sierpniu 1976 roku – jednak broszura pozostaje w sprzedaży po dziś dzień!

 

Urabianie wiernych

 

Propaganda, jaką posłużono się do promowania Komunii na rękę, okazała się być bardzo skuteczna. Lekceważy ona co prawda podstawowe normy etyki naturalnej (nie mówiąc już o etyce chrześcijańskiej), jednak skuteczność propagandy nie zależy od standardów etycznych. Naziści udowodnili, że konsekwentne powtarzanie fałszywych lub zmanipulowanych informacji jest w stanie przekonać o ich prawdziwości  zwykłego Niemca, który nie był w stanie, lub – co bardziej prawdopodobne – nie zadał sobie trudu zweryfikowania ich w oparciu o inne źródła. Również Stalin zauważył, że większość ludzi nie posiada zmysłu krytycznego[21]. Przeważająca część populacji przyjmuje, że podawane przez oficjalne źródła informacje są prawdziwe. Kierując się tą zasadą, „The Universe” (najpopularniejszy brytyjski tygodnik katolicki) z 21 maja 1976 roku informował swych czytelników, że:

Paweł VI udzielił zgody na udzielanie Komunii na rękę przekonany, podobnie jak większość biskupów, że praktyka ta uwypukla sakralną naturę przyjmującego sakrament – jako przybytku Ducha Świętego, oraz sakralny charakter Eucharystii – jako Ciała i Krwi Pańskiej”.

Przeciętny katolik po przeczytaniu tych słów nie zada sobie pytania: „Czy to prawda?”. Przyjmuje to za prawdę, ponieważ przeczytał o tym w „The Universe” – i oczekiwanie od niego innej reakcji byłby przejawem braku realizmu. W ten sposób pozostanie on nieświadomy faktu, że Paweł VI wyraził jednoznaczne życzenie, by wierni zachowali tradycyjny sposób przyjmowania Komunii, że nowinkę tę starała się przeforsować jedynie garstka angielskich biskupów oraz że tradycyjny sposób przyjmowania Komunii nie umniejsza godności ochrzczonego chrześcijanina jako przybytku Ducha Świętego, ale w istocie uwypukla naturę Najświętszego Sakramentu jako Ciała i Krwi Chrystusa. Protestanccy reformatorzy znieśli tradycyjną praktykę by dać wyraz swej wierze, że Eucharystia nie jest w istocie Ciałem Chrystusa, a pomimo to „The Universe” stwierdza, bez słowa wyjaśnienia, że nowinka ta w rzeczywistości uwypukla doktrynę o Rzeczywistej Obecności, pewny, że to bezzasadne i nonsensowne twierdzenie nie zostanie zakwestionowane, a gdyby nawet do tego doszło, protesty te można zlekceważyć i zataić przed czytelnikami.

Broszura The Body of Christ zawiera cały szereg całkowicie bezzasadnych twierdzeń dotyczących rzekomych korzyści z udzielania Komunii na rękę. Wysuwanie takich nieuzasadnionych twierdzeń odnosi zamierzony skutek w sytuacji, gdy nie można ich w żaden sposób zakwestionować, lub gdy podnoszone zastrzeżenia zataić można przed większością zainteresowanych. Świadomi tego faktu autorzy The Body of Christ piszą:

Przyjmowanie Pana na rękę uwypukla prawdę, że jesteśmy przez te obrzędy oczyszczeni i uświęceni, że mamy udział w kapłaństwie Jezusa oraz w nowym stworzeniu”.

Właściwą reakcją na to nonsensowne twierdzenie byłoby pytanie: „W jaki sposób uwypukla to ową prawdę? Kto twierdzi, że tak jest? Dlaczego tradycyjny sposób przyjmowania Komunii nie uwypukla tej prawdy równie wyraziście? Jeśli tak jest naprawdę, dlaczego Duch Święty zezwolił na pojawienie się praktyki przyjmowania Komunii do ust i jej kontynuację przez ponad tysiąc lat? Dlaczego Duch Święty pozwala, by prawda ta była po dziś dzień przyciemniana w Kościołach obrządków wschodnich? Dlaczego wybitni kapłani należący do Ruchu Liturgicznego nie zalecali wprowadzenia Komunii na rękę? Dlaczego nie ma o niej żadnej wzmianki w dokumentach II Soboru Watykańskiego? Dlaczego Paweł VI zalecił w Memoriale Domini zachowanie praktyki, która rzekomo prawdę tę zaciemnia? Dlaczego Jan Paweł II zakazał udzielania Komunii na rękę w Rzymie? Dlaczego, jak zaświadcza „The Pilot” z 19 października 1979, konsekwentnie odmawiał on udzielania Komunii na rękę podczas swej wizyty w Ameryce w roku 1979?”.

Pytania takie zadawane będą jednak rzadko, ponieważ zwykli katolicy rzadko kwestionują to, co nakazują im biskupi, nie posiadają również stosownej wiedzy, pozwalającej im na weryfikowanie różnego rodzaju bezzasadnych twierdzeń. Zadając niewygodne pytania ryzykują, że zostaną napiętnowani jako podżegacze i schizmatycy. Przyjmowanie Komunii na rękę traktowane jest obecnie wyraz dojrzałości, wierności nauczaniu Vaticanum II oraz praktyka zgodna z koncepcją pielgrzymującego Ludu Bożego – i biada tym, którzy nie dotrzymują kroku temu trendowi. Obecnie, gdy zwyczaj ten został oficjalnie zaaprobowany, nie spotka się już prawdopodobnie z żadnym poważniejszym sprzeciwem. Pomimo faktu, że liczba ludzi sprzyjających tej nowince była początkowo minimalna, a wręcz mikroskopijna, dla kampanii propagandowej liberałów jest to fakt bez znaczenia. Rewolucjoniści nie potrzebują masowego poparcia, a jedynie słabej opozycji. Liczba katolików, którzy zaangażują się w zwalczanie tego nadużycia będzie bardzo skromna, nawet wśród tych, którzy są jej zasadniczo przeciwni. Tzw. konserwatyści wyrażają zazwyczaj ubolewanie przy pojawianiu się każdego kolejnego nadużycia, ostatecznie je jednak akceptują. Paradoksalnie ci sami ludzie, którzy narzucili ową rodzącą podziały wśród wiernych praktykę, nie mają najmniejszych oporów przed piętnowaniem jej krytyków jako szerzycieli zamętu i niezgody. Eucharystia, źródło i znak katolickiej jedności, stała się źródłem konfliktów rozgrywających się przy samych balaskach ołtarza (w tych rzadkich przypadkach, gdy nie zostały one rozebrane).

Zdecydowanym przeciwnikiem udzielania Komunii na rękę był prof. Dietrich von Hildebrand. Rozdział ten zakończymy jego słowami, które nie wymagają żadnego dodatkowego komentarza.

Niestety, w wielu miejscach Komunia udzielana jest obecnie na rękę. W jaki sposób ma to prowadzić do odnowy i pogłębienia pobożności? Czy pełna drżenia cześć, z jaką przyjmujemy ten przekraczający nasze pojęcie dar, wzrosła poprzez przyjmowanie go w nasze nie konsekrowane dłonie, zamiast z konsekrowanych rąk kapłana?

Nietrudno jest zauważyć, że nieporównywalnie wzrosło niebezpieczeństwo upuszczenia na ziemię partykuł konsekrowanej Hostii, a ryzyko ich zbezczeszczenia czy straszliwego świętokradztwa stało się ogromne.  I jakież ma to nieść z sobą korzyści? Twierdzenie, że kontakt z dłonią czyni Hostię bardziej [dla nas] realną jest czystym nonsensem. Chodzi tu bowiem nie tyle o realność materii Hostii, ale o świadomość, którą zyskujemy jedynie poprzez wiarę, że Hostia stała się rzeczywiście Ciałem Chrystusa. Pobożne przyjmowanie Ciała Chrystusa  do ust, z konsekrowanych rąk kapłana, o wiele bardziej wzmacnia tę świadomość, niż przyjmowanie Go w nasze własne, nie konsekrowane dłonie. Visus, tactus, gustus in te fallitur, sed auditu solo tuto creditur, mówi św. Tomasz z Akwinu we wspaniałym hymnie Adoro te (Mylą się, o Boże, w Tobie wzrok i smak,
Kto się im poddaje, temu wiary brak)
[22].

tłum. Scriptor

[1] Michael Davies, O Komunii na rękę i podobnych nadużyciach, Te Deum 1999.

[2] Św. Grzegorz, Dialog, III, 3. J. Migne, Patrologia Latina LXXVII, 224.

[3] Niektóre źródła sytuują Synod w Rouen w połowie IX wieku, inne jeszcze mówią o dwóch synodach, jakie miały miejsce w tym mieście. Dla nas znaczenie ma jedynie fakt, że Komunia na rękę potępiona została jako nadużycie.

[4] J. Migne, Patrologia Latina, LXXVII, 994.

[5] The Mass of the Roman Rite, Londyn 1959, s. 510.

[6] „The Clergy Review”, sierpień 1972, s. 628.

[7] Patrz J. Quasten, Patrology, t. 3, Utrecht 1963, ss. 364-366.

[8] Św. Cyryl, Catechesis mystagogica V, XXI-XXII; Toutée-Maran ss. 331-332;  J. Migne, Patrologia Graeca, XXXIII.

[9] Teodoret z Cyyhus w Canticum Canticorum, tłumaczenie I, s. 1.

[10] De fide orthodoxa IV, 13. J. Migne Patraologia Graeca 1149b.

[11] Tomasz z Akwinu, Summa Theologica III, Q. 82, Art. 13.

[12] Catholic Encyclopedia, Nowy Jork 1913, t. 4, s. 649.

[13] Wyjątek stanowi luterańska koncepcja konsubstancjacji, wedle której Chrystus obecny jest wraz z chlebem i winem. Wedle doktryny katolickiej, po Konsekracji pozostają jedynie zewnętrzne postacie chleba i wina, przy równoczesnej zmianie ich substancji.

[14] E. C. Whitaker, Martin Bucer and the Book of Common Prayer, Essex 1974, ss. 40-42.

[15] Patrz Michael Davies, The Order of Melchisedech, rozdz. 2.

[16] J. M. Champlin, Preaching and Teaching about the Eucharist, Indiana 1977, s. 15.

[17] Memoriale Domini dopuszcza przeprowadzenie głosowania w przypadku „jeśli inny zwyczaj już się zakorzenił”. W oczywisty sposób odnosi się to do czasu wydania tej instrukcji, tj. maja 1969.

[18] „National Catholic Register”, 12 czerwca 1977.

[19] Kanon 40 stwierdza, że wszystkie dyspensy I indulty udzielane przez Stolicę Apostolską zakładają warunek „si preces veritate nitantur” („zakładając, że fakty przedstawione w petycji są prawdziwe”). Tak więc warunkiem ważności każdego indultu jest prawdziwość przedstawionych w prośbie faktów.

[20] „The Tablet”, 22 maja 1976, s. 507.

[21] The Great Terror, s. 740.

[22] Dietrich von Hildebrand, The Devastated Vineyard, Chicago 1973, ss. 67-68.