Taniec liturgiczny

Michael Davies

Taniec liturgiczny

„Procesje i interpretacje poprzez ruchy ciała (taniec) mogą stać się ważnymi elementami celebracji liturgicznej (…)”.

Episkopat USA

 

14 września 1979 roku na łamach „The Universe” opublikowany został list od zbulwersowanego czytelnika, będącego świadkiem tzw. „Mszy Karaibskiej” sprawowanej w kościele pw. Matki Bożej Anielskiej w Bayswater – niegdysiejszej parafii kard. Manninga. Głównym celebransem był kard. Hume, zaś wśród koncelebransów znajdował się bp Konstant, na terenie którego diecezji znajdowała się wspomniana parafia. Czytelnik ów pisał: „Byłem zaszokowany i zdegustowany zmysłowością i ekshibicjonizmem tancerzy, zwłaszcza podczas dziękczynienia po Komunii. Występującej przed tabernakulum parze pozwolono na wykonanie tańca, dla którego odpowiedniejszym miejscem byłaby dyskoteka”.

19 października 1979 „The Universe” zamieścił odpowiedź wystosowaną przez Sekretarza Komisji Liturgicznej parafii Matki Bożej Anielskiej, starszą kobietę, entuzjazmującą się wszystkim, co „postępowe”. Jak wyjaśniła, również Dawid tańczył przez Arką Przymierza, Etiopczycy posiadają tradycję tańca liturgicznego, a zarówno kard. Hume jak bp Konstant nie wyrazili wobec tego tańca żadnych zastrzeżeń. Jednak brak reakcji ze strony wspomnianych prałatów nie świadczy bynajmniej o tym, że taniec podczas Mszy jest czymś normalnym, dowodzi jedynie faktu, że hierarchowie owi nie dopełnili swego obowiązku. Stanowią oni typowy przykład biskupów, o których pisał Dietrich von Hildebrand w pierwszym rozdziale książki The Devastated Vineyard:

„[Biskupi ci] (…) nie czynią żadnego użytku ze swej władzy, gdy pojawia się konieczność interweniowania wobec wybryków heretyckich teologów lub księży, albo wobec bluźnierstw jakie mają miejsce w trakcie kultu publicznego. Zamykają wówczas swe oczy i niczym strusie chowają głowy w piasek, ignorując obowiązek interweniowania w przypadku tak poważnych nadużyć, albo też obawiają się zostać napiętnowani przez prasę i massmedia jako reakcyjni, ograniczeni czy zacofani. Bardziej boją się ludzi, niż Boga”[1].

Fakt, że taniec traktowany jest jako element niezbędny dla prawdziwie „nowoczesnej” liturgii, nie powinien nikogo dziwić. Skoro Msza postrzegana jest  – jeśli nie w teorii to przynajmniej w praktyce – jako rodzaj show, ludzie odpowiedzialni za rozbawianie publiczności nie mają innego wyjścia, jak tylko uciekać się do coraz to nowych sztuczek. Każda nowinka zdolna jest wzbudzić chwilowe zainteresowanie, o ile tylko stanowi dostatecznie silny kontrast z powszechnie przyjętymi praktykami. Posługiwanie się językami narodowymi, procesje na ofiarowanie, świeccy lektorzy, gitary, muzyka pop, czytania nieliturgiczne, efekty audiowizualne, dramatyzacje, protestanccy kaznodzieje, Komunia na rękę, Komunia pod dwiema postaciami, improwizowane Modlitwy Eucharystyczne – wszystko to stwarza początkowo wrażenie żywotności i budzi ekscytację – szybko jednak powszednieje. Obecnie, w rozpaczliwej próbie tchnięcia choćby odrobiny życia w to, co pozostało jeszcze z rytu rzymskiego, rewolucjoniści liturgiczni sięgnęli po taniec.

„Spotlihgt” z 9 maja 1977 zamieścił doniesienie o „tańcu wielkopostnym” wykonanym 2 kwietnia w kościele pw. św. Joachima w Costa Mesa w Kalifornii przez ks. Roda Stephensa, ubranego w czarny podkoszulek i dżinsy oraz nieznaną z nazwiska młodą kobietę w czarnym trykocie i legginsach.  Fotografia, jaka opatrzony został ten reportaż, jest równie znamienna co symboliczna. Ks. Rod i jego towarzyszka uwiecznieni zostali podczas pląsów wykonywanych przed ołtarzem, którego rolę pełnił stół nakryty białym obrusem, bez krucyfiksu czy tabernakulum. Tak właśnie wygląda Kult Człowieka – Bóg wygnany został ze swego sanktuarium, a jego miejsce zajął teatr amatorski. Będący świadkiem tego spektaklu wierni mogliby powtórzyć za św. Marią Magdaleną: „zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono”: „Quia tulerunt Dominum meum, et nescio ubi posuerunt eum” (J 20, 13).

Nie jest to bynajmniej przypadek odosobniony. Taniec liturgiczny przekroczył już bariery konfesyjne i episkopalna katedra św. Jana w Nowym Jorku posiada obecnie własny „taneczny zespół liturgiczny”, kierowany przez niejaką Carlę de Sola, która kieruje do nas następujące przesłanie:

„Pragnęłabym, by wszystkim ludziom stłoczonym w ławkach jak pozbawione dusz ciała, cierpiącym z powykrzywianymi kręgosłupami, przytłoczonym tą martwotą, dano zostało miejsce, w którym mogliby swobodnie oddychać i poruszać się, by zachęcono ich do oddawania czci Bogu w atmosferze piękna i spokoju, pieśnią i tańcem – tańcem pełnym życia, tańcem który uskrzydla zarówno ciało jak i duszę, byśmy stali się ludem świętym, tańczącym i radośnie wychwalającym Boga”[2].

Katolicka Konferencja Liturgiczna (patrz Dodatek VI) opublikowała liczącą 169 stron książkę zatytułowaną The Spirit Moves, zawierającą dalsze przemyślenia pani de Sola w tej kwestii. Ci, którzy pragnęliby przeczytać więcej na ten temat, mogą również nabyć książkę Dance for the Lord autorstwa ks. Luciena Deissa oraz Glorii Weyman. Dowiadujemy się z niej, że p. Weyman jest „powszechnie znana jako choreograf i autorytet w dziedzinie tańca liturgicznego”. Powinno to budzić zdumienie, gdyż taniec jest czymś całkowicie obcym katolickiej liturgii, rubryki Novus Ordo Missae nic o nim nie wspominają. P. Weyman jest więc powszechnie znana jako autorytet w dziedzinie, która nie istnieje. Być może niebawem usłyszymy o powszechnie znanych autorytetach w kwestii ośmionożnych insektów lub latających świń. Choć jednak rubryki nowego Mszału nie zawierają klauzul dotyczących tańca liturgicznego, w USA jest on nie tylko tolerowany ale i promowany – stąd publikacja książki p. Weyman przez nadzwyczaj wpływową i prestiżową Konferencję Liturgiczną. Fakt ten stanowi jeszcze jeden dowód na prawdziwość twierdzenia Jamesa E. Twymana, iż „biskupi w USA ustanowili swój własny Amerykański Kościół Narodowy”[3].

Pani Weyman ma wiele konkretnych sugestii co do tańców liturgicznych, stanowiących obecnie element oficjalnego kultu w Amerykańskim Kościele Narodowym. Podaje nawet szczegóły dotyczące kostiumów tancerzy:

„Jedną z opcji jest łączenie długiej, sięgającej kolan «szaty anielskiej» z legginsami. Wariant ten wydaje się być odpowiedni w przypadku tańców, które wymagają większej pracy nóg i stóp.

Możliwa jest również kombinacja legginsów i trykotów z kontrastującą kolorem tuniką lub szatą stylizowaną na grecką, z długim szyfonem. Odpowiednie mogą być również sięgające kolan lub krótkie spódniczki w połączeniu z trykotowymi topami czy bluzkami, oraz długie lub krótkie suknie, które pozwalałaby na swobodę ruchów.

Należy pamiętać, że w przypadku wykonywania tańca wymagającego znacznej pracy nóg długie kostiumy są niewygodne. W każdej sytuacji najlepiej jest kierować się zdrowym rozsądkiem.

W przypadku mężczyzn jedną z opcji jest połączenie ciemnych spodni z kontrastującym kolorystycznie golfem (może być on z dżerseju, tego samego koloru co kostiumy dziewcząt). Mogą oni również nosić odpowiednio dobrane koszule lub swetry”[4].

Trzeba naprawdę wielkiej wyobraźni by uwierzyć, że są to zalecenia dotyczące celebracji Mszy świętej, a nie wskazówki dla amatorskiej trupy teatralnej. Msza sprowadzona została do poziomu przedstawienia, którego celem jest zabawienie publiczności – i wszystko to za zachętą ze strony amerykańskiej hierarchii.

Propaganda na rzecz tańca liturgicznego szczególnie chętnie odwołuje się do Psalmu 150 i kilku innych tekstów starotestamentowych. Tak więc p. Weyman informuje nas, że „Zbyt długo modliliśmy się: „Chwalmy Pana tańcem” (Ps. 150) i nie tańczyliśmy. Tańczmy dla Pana, wychwalajmy Go naszym tańcem”[5].

Jednym z najzagorzalszych zwolenników rewolucji liturgicznej w USA jest ks. Joseph M. Champlin, który nie waha się rozmyślnie wprowadzać swych czytelników w błąd, by zminimalizować potencjalny opór wobec najnowszej nowinki liturgicznej. Zataja przy tym fakt, że instrukcja Memoriale Domini potępiła nadużycie, jakim jest Komunia na rękę i podtrzymała tradycyjną praktykę. Każe wierzyć swym czytelnikom, że Paweł VI dał biskupom carte blanche na wprowadzanie tej nowinki, co jest absolutną nieprawdą.

W artykule opublikowanym na łamach „Joliet Catholic Explorer” 13 kwietnia 1979 roku ks. Champlin przytacza wyłuskane ze Starego Testamentu teksty, mające posłużyć jako pretekst do usprawiedliwienia tańca podczas celebracji Mszy. Najwyraźniej założył, że czytelnicy przeoczą fakt, iż katolicy są wyznawcami religii Nowego Testamentu, a sama Msza jest ofiarą nowego i wiecznego Przymierza. Nawet gdyby taniec liturgiczny był rzeczywiście elementem kultu starotestamentowego, jego wprowadzanie do katolickiej liturgii nie miałby większego uzasadnienia, niż nakazywanie kapłanom dęcia w róg barani, przykazywanie mężczyznom zakrywać głowy w kościołach czy wznoszenie ołtarzy na ofiary całopalne. Trudno sobie wyobrazić, by ks. Champlin zadał sobie równie wiele trudu dla wyszukania w Starym czy Nowym Testamencie ustępów mogących uzasadnić czytanie przez kobiety Lekcji czy pełnienie przez nie innych funkcji liturgicznych. Usiłuje jednak przekonać swych czytelników, że w żydowskiej liturgii taniec był czymś naturalnym. Nic dalszego od prawdy. Taniec nie stanowił nigdy części rytuału żydowskiego, ani w Świątyni ani w synagodze.  Dla oficjalnego kultu tak Starego jak i Nowego Przymierza jest on czymś całkowicie obcym.

Bliższa analiza cytowanych przez ks. Champlina tekstów jest doskonałą ilustracją tego, do czego zdolni są rewolucjoniści liturgiczni, starający się zminimalizować potencjalną opozycję narzucanych przez siebie nowinek. Jego artykuł „Tańcząc przed Panem” rozpoczyna się od cytatu z wersu 15, 20 Księgi Wyjścia. Ustęp ów nie odnosi się jednak do tańca liturgicznego, ale do spontanicznego wybuchu uniesienia, jakiemu ulegały często prymitywne ludy po unicestwieniu wroga, tj. do tańca wojennego! Odnośne wersy, dotyczące zatopienia faraona i jego wojsk w Morzu Czerwonym, brzmią jak następuje ( w tłumaczeniu przytoczonym przez ks. Champlina):

„Miriam prorokini, siostra Aarona, wzięła bębenek do ręki, a wszystkie kobiety szły za nią w pląsach i uderzały w bębenki. A Miriam przyśpiewywała im: «Śpiewajmy pieśń chwały na cześć Pana, bo swą potęgę okazał, gdy konie i jeźdźców ich pogrążył w morzu»”.

Wierzcie lub nie, ale opierając się na tym jednym słowie – tj. „pląsach” – ks. Champlin uroczyście informuje swych czytelników, że w liturgii żydowskiej istniała tradycja tańca: „Tradycja tańca, stanowiącego element składowy kultu żydowskiego, kontynuowana była w dalszej historii tego narodu”. Następnie ks. Champlin cytuje wers 21, 21 Księgi Sędziów (mógłby również przytoczyć wers 18, 8 z Pierwszej Księgi Królewskiej) i wersy 6, 14-16 z Drugiej Księgi Samuela, gdzie czytamy, że Dawid skakał i tańczył przed Panem. Oczywiście mamy tu do czynienia z odosobnionymi przypadkami spontanicznego zachowania jednostki, nie mającymi żadnego kontekstu liturgicznego. Dawid skarcony został nawet przez Mikal, córkę Saula, która powiedziała: „O, jak to wsławił się dzisiaj król izraelski, który się obnażył na oczach niewolnic sług swoich, tak jak się pokazać może ktoś niepoważny”. (Mogę wyobrazić sobie że w przyszłości ks. Champlin posłuży się tym cytatem by usprawiedliwić występy nagich lub półnagich tancerzy  w sanktuarium, wyjaśniając przy tym, że ciało ludzkie jest najdoskonalszym stworzeniem Bożym, że zło jest w oku widza etc. W sytuacji, gdy taniec liturgiczny traci posmak nowości, taki rozwój wypadków wydaje się być całkowicie prawdopodobny).

Użytek, jaki czyni ks. Champlin z kolejnego cytatu, jest znakomitym przykładem intelektualnego bankructwa rewolucjonistów liturgicznych, którzy nie pominą żadnej sposobności do podkreślenia własnej uczoności i wyrażenia pogardy dla rzekomej ignorancji tradycjonalistów. Cytując wers 3, 4 Księgi Koheleta stwierdza, że jest on wyrazem starotestamentowej aprobaty wobec tańca liturgicznego:

„Słynny ustęp z Eklezjastesa: «Jest czas na płacz i czas na śmiech, czas na żałobę i czas na taniec»” pokazuje, że starotestamentowi autorzy postrzegali taniec jako stosowny wyraz radości i uwielbienia [Boga]”.

Zaprawdę, trudno byłoby o konkluzję bardziej absurdalną. Jeśli tekst ten stanowi usprawiedliwienie dla tańca liturgicznego, usprawiedliwia również śmiech liturgiczny i liturgiczny płacz (a również Msze klaunów ks. Lally). Powyższą interpretację tego ustępu przez ks. Champlina obalają już pierwsze wersy tego samego rozdziału: „Omnia tempus habent” – wszystkie rzeczy mają swoją porę. Bez wątpienia istnieje stosowna pora i miejsce na taniec (choć nie na wszystkie jego odmiany, bowiem niektóre współczesne tańce są dla katolika nie do przyjęcia), jednak czasem tym nie jest z całą pewnością Msza.

Ks. Joseph M. Champlin nie cofnie się przed niczym, by zademonstrować swą własną ignorancję oraz pogardę, jaką żywi dla przeciętnego katolika. Niestety, jak już pisałem, przeciętny katolik jest – podobnie jak przysłowiowy „człowiek na ulicy” – ze swej natury bezkrytyczny. Przyzwyczajony jest do brania za dobrą monetę każdej opinii kapłana, którego katolicki periodyk  przedstawi mu jako wybitnego uczonego.

Ks. Champlin pisze dalej: „Psalm 149 nawiązuje do tej tradycji radosnego tańca – zarówno w kontekście liturgicznym jak i poza nim – i czyni z niej rodzaj nakazu czy dyrektywy: «Śpiewajcie pieśń nową Panu; chwała Jego [niech zabrzmi] w zgromadzeniu świętych.
Niech Izrael się cieszy swym Stwórcą, niech synowie Syjonu radują się swym Królem. Niech chwalą Jego imię wśród tańców, niech grają Mu na bębnie i cytrze»”.

Wierzcie lub nie, ale ks. Champlin twierdzi, iż w okresie starotestamentowym istniała tradycja tańca podczas liturgii opierając się na czterech, powtarzam, czterech tekstach, z których żaden nie zawiera najmniejszego dowodu, że taniec stanowił element liturgii żydowskiej – co nie powinno nas dziwić, gdyż z całą pewnością tak nie było.

Ks. Champlin posuwa się jeszcze dalej i sugeruje, że Psalm 149 nakazuje nam tańczyć podczas liturgii! Wiem, że brzmi to niewiarygodnie, że niektórzy czytelnicy nie będą chcieli uwierzyć, by jakikolwiek katolicki kapłan mógł wygłaszać takie nonsensy i dojdą do wniosku, że żywię do ks. Champlina głęboko zakorzenioną urazę i sfabrykowałem wszystkie cytaty, które mu przypisuję. Mogę jedynie powtórzyć, że artykuł ten naprawdę został opublikowany na łamach „Joliet Catholic Explorer” w piątek 13 kwietnia 1979 roku i że każdy, kto zada sobie trud zweryfikowania tego faktu, musi dojść do wniosku, że ks. Champlin rzeczywiście napisał słowa, które mu przypisuję, a co więcej, że wywody te uznać należy za wzór naukowego obiektywizmu w porównaniu z tym, o czym mowa będzie już za chwilę. Ks. Joseph M. Champlin zapewnia nas bowiem z całą powagą, że „taniec liturgiczny z pewnością nie był powszechnym elementem kultu katolickiego w minionym wieku”. Całą pewnością nie był! Czy jednak czytelnik może wyciągnąć z tych słów inny wniosek, niż że taniec był powszechnym elementem kultu katolickiego w minionych wiekach i z jakiegoś powodu za pontyfikatu Leona XIII, który wybrany został na Stolicę Piotrową w roku 1878, owa chwalebna i zbawcza praktyka została zniesiona? Prawda jest taka, że taniec nigdy nie był powszechnym ani niepowszechnym elementem kultu publicznego Kościoła katolickiego ani żadnego innego Kościoła Apostolskiego, jaki istnieje lub kiedykolwiek i gdziekolwiek istniał.

Ks. Champlin kontynuuje: „Słyszymy jednak i czytamy o rosnącej liczbie przypadków posługiwania się podczas kultu tańcem interpretatywnym”. Jedyna możliwa interpretacja tego ustępu jest taka, że ponieważ podczas Mszy wykonywany jest taniec, praktyka ta musi być dozwolona. Idąc tym samym tokiem rozumowania można by argumentować, że celebransowi wolno jest sprawować Mszę w stroju clowna, wypaczać słowa Konsekracji czy wjeżdżać do świątyni Volkswagenem. Tak, księże Champlin, z pewnością słyszymy i czytamy o coraz częstszych przypadkach tańca podczas liturgii – podobnie jak słyszymy co coraz częstszych przypadkach udzielania Komunii na rękę, rozdzielania Jej przez świeckich albo udzielania Jej pod dwiema postaciami. I jaki jest tego skutek? Nadużycia te były najpierw tolerowane, a następnie legalizowane – i nie powodu przypuszczać, by podobny scenariusz nie miał miejsca również w przypadku skandalicznego nadużycia, jakim jest taniec w sanktuarium. I rzeczywiście, Amerykański Kościół Narodowy udzielił mu już swej aprobaty. Wspomina o tym sam ks. Champlin:

„Amerykańscy biskupi zatwierdzili tę praktykę w broszurze Environment and Art in Catholic Worship. Paragraf 59 tego dokumentu zawiera zdanie:

«Procesje i interpretacje poprzez ruchy ciała (taniec) mogą stać się ważnymi elementami celebracji liturgicznej, o ile wykonywane są przez kompetentną osobę w sposób, który pozostaje w zgodzie z całą akcją liturgiczną». Dokument podkreśla również, że «powinno się zadbać o jakość, piękno oraz stosowność tego tańca»”.

Tak więc ci sami biskupi, którzy zdolni są niemal do wszystkiego, by wygnać ze swych parafii księży odważających się odprawiać w dalszym ciągu Mszę, dla której sprawowania zostali wyświęceni, Mszę stanowiącą skumulowaną mądrość i pobożność dwóch tysiącleci, opisują akt rozmyślnego buntu przeciwko autorytetowi Stolicy Apostolskiej jako „ważny element celebracji liturgicznej”.

Z pewnością nie można oskarżać ks. Champlina o propagowanie czegoś, czego sam nie praktykuje. 1 kwietnia 1979 (czy data ta jest czysto przypadkowa?) dał on osobiście wyraz pogardy wobec Stolicy Apostolskiej i katolickiej tradycji. W nowomowie rewolucjonistów liturgicznych akt ten opisywany jest jako „wydarzenie przełomowe”!

„Ubiegłej niedzieli w parafii naszej miało miejsce wydarzenie prawdziwie przełomowe: dwoje tancerzy baletowych ze szkoły średniej wykonało taniec, który sami określili jako liturgiczny wyraz dziękczynienia po Komunii.

Przy akompaniamencie odtwarzanego przez głośniki utworu „Day by Day”, dziewczęta rzeczywiście tańczyły przez Panem. Same opracowały choreografię i wykonały taniec z wielką powagą i nabożeństwem. Zgromadzenie obserwowało ich występ w całkowitej ciszy. W oczach niektórych wiernych, do głębi poruszonych, dało się zaobserwować łzy. Pod koniec wybuchły spontaniczne oklaski, będące znakiem aprobaty ze strony wspólnoty a także świadectwem, że inicjatywa ta stanowiła dla niej autentyczne przeżycie duchowe”.

Wierni zgromadzeni w Paulist Center w Bostonie nagrodzili oklaskami wygłupy liturgicznych clownów. Trudno sobie wyobrazić jakąkolwiek aberrację liturgiczną, która nie spotkałaby się z aplauzem ze strony katolików, doprowadzonych przez swych duszpasterzy nie tylko do odrzucenia, ale wręcz pogardy dla swych tradycji. Ks. Michael Richards, redaktor naczelny wydawanego w Anglii „Clergy Review” napisał w editorialu do numeru z kwietnia 1975 roku, że Msze odprawiane w tym kraju sprowadzone zostały do poziomu Bingo, quizu czy zabawy w kosz szczęścia. Jak dodał: „Często przychodziło mi na myśl, choć trudno było mi to zaakceptować, że wielu z naszych przełożonych usiłuje zrobić z nas głupców. Teraz zaczynam w to wierzyć, i jeśli katolicy akceptować będą ten absurd w dalszym ciągu, z pewnością utwierdzę się w tym przekonaniu”.

tłum. Scriptor

[1] Dietrich von Hildebrand, The Devastated Vineyard, Chicago 1973, s. 3.

[2] 1977 Summer-Fall Booklist of the Liturgical Conference, 1221 Massachusetts Ave., N.W. Washington D.C.

[3] „The Remnant”, 30 czerwca 1979, s. 16.

[4] „Aids In MInistry”, jesień 1977, s. 11.

[5] Ibidem

Reklamy