Hilary White Et tu, Benedict?

Redaktor pewnego „konserwatywnego” periodyku zapytał mnie niedawno, czy byłabym zainteresowana napisaniem krótkiego artykułu o mającej miejsce pięć lat temu abdykacji papieża Benedykta XVI. Odmówiłam, wyjaśniając że mam moralną pewność, iż nic z tego mam do powiedzenia na ten temat nie byłoby zgodne z jego polityką redakcyjną. Od wydarzenia tego upłynęło pięć lat, i zauważam że znacznie mniej ludzi określa obecnie ową abdykację mianem „aktu odwagi”. Konsekwencje jej okazały się być tak nieoczekiwane – nawet dla tych, którzy w większości kwestii zgadzają się z Franciszkiem – że nieliczni tylko w dalszym skłonni są wypowiadać się o niej z zachwytem.

Rzeczywistość wygląda tak, że pięć lat po abdykacji papieża Benedykta większość katolików chciałaby poznać odpowiedź na pytanie dlaczego papież – człowiek, który przez całe dekady stykał się osobiście z „brudami” w Kurii oraz w całym Kościele nagle zdecydował się po prostu odejść. Dlaczego zdecydował się na ten krok wiedząc, że zadanie jakiego się podjął nie zostało ukończone? Zarówno tak wówczas jak i później, zwłaszcza w świetle tego co nastąpiło potem, jednym z najbardziej groteskowych aspektów całej tej groteskowej sprawy wydaje się być fakt, iż oficjalne powody tej abdykacji były tak trywialne, banalne i błahe.

Te absurdalne odpowiedzi na poważne pytania w kwestiach niezwykłej wagi nieuchronnie zrodzić musiały podejrzenie, że Benedykt po prostu nie traktował urzędu papieskiego równie poważnie jak reszta z nas. Możemy się jedynie zastanawiać, czy te bagatelizujące całą sprawę odpowiedzi nie ujawniają przypadkiem istnienia ukrytej skazy, której istnienia nigdy wcześniej nie podejrzewaliśmy. Czy mogliśmy popełnić błąd w jego ocenie? A jeśli tak, czy mogliśmy mylić się aż do tego stopnia?

Co do powodów abdykacji, wszystko co usłyszeliśmy na ten temat streścić by można zasadniczo w zdaniu: „Jestem zmęczony”. Pojawiały się pewne sugestie, że nie czuje się on już na siłach kontynuować podróży międzynarodowych, tak więc nie mógłby uczestniczyć w Światowych Dniach Młodzieży i podobnych wydarzeniach. Bagatelizowanie abdykacji wydawało się korespondować ze współczesną koncepcją papieża jako kogoś w rodzaju gwiazdy pop – sądziliśmy jednak że Benedykt był człowiekiem zbyt dojrzałym, zbyt poważnie traktującym katolicyzm, aby postrzegać siebie w taki właśnie sposób. Uważaliśmy, że kto jak kto, ale on traktuje urząd papieski z należytą powagą.

Obecnie zaś, gdy wszystkie zarazki które przez 50 lat ukrywały się w mule Nowego Kościoła gwałtownie się uaktywniają, wielu katolików zadaje sobie pytanie: dlaczego nie słyszymy żadnych komentarzy z jego strony? Ze strony człowieka, którego uważaliśmy za „obrońcę ortodoksji”, którego – jak sądziliśmy –  znaliśmy? Z ust jego następcy, który literalnie zamienił Watykan w jaskinię zbójców, każdego dnia wychodzą nowe błędy, a nawet herezje i bluźnierstwa, od niego zaś usłyszeć możemy jedynie ogólnikowe, starannie sformułowane zapewnienia o tym, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. O tym jak bardzo zadowolony jest ze swej decyzji  i jak szczęśliwy ze swego obecnego życia.

Po trzech latach systematycznego demontażu wszystkiego, co starał się on realizować podczas swego pontyfikatu, usłyszeć możemy obecnie z ust ewidentnie całkowicie beztroskiego Ratzingera następujące słowa skierowane do Franciszka: „Czuję, że dobroć Waszej Świątobliwości jest miejscem w którym przebywam: czuję się otoczony opieką”. Wszyscy, którzy czytali w przeszłości cokolwiek co wyszło spod jego pióra zastanawiają się, jak tego rodzaju ckliwe frazesy mogły mu przejść przez usta – słowa te zostały jednak zarejestrowane.

Ten nowy ton był tak dziwny, iż natychmiast pojawiły się spekulacje że Benedykt działał pod jakąś presją zewnętrzną i nie mógł powiedzieć otwarcie tego co myśli. Zapis wideo nie potwierdza jednak tej tezy. Zobaczyć na nim możemy, że odczytujący głośno tekst Benedykt jest w ewidentny sposób zadowolony. „Być kazano mu przeczytać dokument przygotowany przez kogoś innego?” W takim jednak razie, dlaczego kilkakrotnie powtórzył te same słowa? Dlaczego, mając jakiekolwiek wątpliwości, miałby pozwolić wykorzystać się przy takiej okazji, odczytując to publicznie? Jeśli jest to oszustwo, po co w ogóle miałby w tym uczestniczyć?

Wszyscy autorzy komentarzy zamieszczanych na blogach oraz portalach społecznościach, którzy wciąż zapewniają mnie jak bardzo „brakuje” im Benedykta, okazują mu niemniej pewien brak szacunku – nie traktują poważnie jego własnych słów. Niektórzy sugerują, że zrezygnował on z urzędu wskutek jakichś nacisków zewnętrznych, abdykacja ta nie była więc ważna. Wszyscy jednak słyszeliśmy wielokrotnie z jego własnych ust, że nie działał pod presją, że zrezygnował dobrowolnie. I rzeczywiście, nie będąc bynajmniej odizolowanym od świata „więźniem Watykanu”, Benedykt przyjmował wielu gości, którzy bez wyjątku zaświadczali że choć słabowity, wydaje się być jednak zadowolony i nigdy nie wypowiada żadnych krytycznych komentarzy. Być może w przyszłości doczekamy się jeszcze plotek o grypsach z błaganiem o ratunek, umieszczanych pod obrusem stołu przy którym spożywa lunch.

To prawda, nie ulega wątpliwości że sytuacja ta jest nadzwyczaj dziwna i podejrzana, coś tu się nie zgadza. Wszystkie istotne pytania zostały zignorowane lub też spotkały się z niepoważnymi, żartobliwymi odpowiedziami:

„Dlaczego Waszą Świętobliwość abdykował?”

Ratzinger; „Byłem trochę zmęczony i nie czułem się na siłach aby uczestniczyć wraz z dziećmi w Światowych Dniach Młodzieży”.

„Jeśli nie jest Wasza Świątobliwość papieżem, dlaczego wciąż ubiera się na biało?”

Ratzinger: „Och, po prostu nie było czarnej sutanny, która by na mnie pasowała”

„A dlaczego w dalszym ciągu używa Wasza Świętobliwość imienia Benedykta XVI?”

Ratzinger: „Cóż, jestem papieżem-emerytem…”

„A skąd wzięła cała ta koncepcja papieża-emeryta? Czy istnieje jakiś precedens w historii Kościoła? Co to oznacza pod względem kanonicznym i doktrynalnym?”

Ratzinger: „…”.

„A jak rozumieć to, co mówił [abp] Ganswein o poszerzonej «munus [petrinum]» – obejmującej element czynny i kontemplacyjny? Czy nie oznacza to, że jest obecnie dwóch papieży?”

Ratzinger: „…”

Należałoby by być może zapytać wprost: „Jak może Wasza Świętobliwość tak po prostu siedzieć, uśmiechać się oraz wygłaszać ugrzecznione frazesy, podczas gdy ten szaleniec spycha owce z w przepaść?”

Kilka dni temu mój przyjaciel Steve Skojec z tradycjonalistycznego portalu internetowego OnePeterFive podsumował konsternację tych spośród nas, którzy wciąż odczuwają żywą sympatię dla [człowieka którego zwykliśmy nazywać] papieżem Benedyktem. W swym krótkim wpisie zawarł cały gniew i rozczarowanie, których większość z nas prawdopodobnie nie ma odwagi wypowiedzieć głośno:

„Pięć lat temu papież Benedykt XVI abdykował. I poprzez porzucenie swego obowiązku kierowania Kościołem utorował drogę dla najbardziej tragicznego pontyfikatu w jego historii – w stosunku do którego uporczywie wzbrania się jednak  zaprotestować słowem, uczynkiem, czy też choćby najsubtelniejszym gestem.

Istnieje wiele powodów dla których można go kochać, można tęsknić za nim porównując jego pontyfikat z obecnym, nie można jednak uwalniać go od odpowiedzialności. Opuścił on swą rodzinę pozostawiając ją na pastwę nadużywającego władzy ojczyma, obecnie zaś przygląda się jak dzieci jego są poniewierane i zwodzone na manowce, i to nawet nie milcząc, ale okazując wyraźne zadowolenie.

A jednak był on najlepszym z posoborowych papieży, i z tego właśnie powodu jako jedyny spośród nich nie zostanie kanonizowany”.

 

Kim jest prawdziwy Józef Ratzinger

Nie jeden raz słyszałam z ust ludzi śledzących od wielu lat sytuację w Watykanie następujące słowa: „Być może po prostu nie był on tym, za kogo go braliśmy”. Podejrzewam, że twierdzenie to jest prawdziwsze, niż większość ludzi mogłaby sobie wyobrażać. Myślę, że popełniliśmy błąd wierząc w opinie przestawiane przez środki przekazu. Byliśmy zachwyceni, że zaciekle antykatolickie media nienawidziły go oraz się go lękały. Zapomnieliśmy, że nie wiedzą one nic o katolicyzmie.

Tego, o czym gazety nigdy nam nie przypominały to fakt, iż jako młody ksiądz i teolog Józef Ratzinger znany był jako „progresista”, w sensie w jakim termin ten rozumiany był w roku 1962. Reputacja ta utrwaliła się jeszcze w czasie, gdy pracował on jako peritus, doradca teologiczny, jednego z najbardziej wpływowych biskupów obozu postępowego podczas Vaticanum II, kard. Josefa Fringsa z Kolonii. W czasie soboru Frings zasłynął z powodu  mowy atakującej Święte Oficjum – i jego prefekta kard. Alfredo Ottavianiego – za „konserwatyzm” schematów, dokumentów przygotowanych przez jego kongregację jako punkt wyjścia do dalszych dyskusji.

Po mowie tej biskupi należący do Komisji Przygotowawczej zbuntowali się, postulując aby schematy – których opracowanie zajęło całe lata – zostały odrzucone. Tak też się stało – pomimo sprzeciwów ze strony kard. Ottavianiego – i koalicja złożona z niemieckich oraz francuskich progresistów wyprodukowała naprędce nowe dokumenty, przejmując w ten sposób kontrolę nad soborem zanim się on jeszcze rozpoczął.

Później ujawniono, że prawdziwym autorem tej mowy był właśnie Józef Ratzinger – niezależny „postępowy” teolog akademicki, którego Frings przywiózł ze sobą do Rzymu w charakterze osobistego sekretarza.

Wspominający te wydarzenia w roku 1985 kard Henri de Lubac pisał:

„Józef Ratzinger, ekspert soborowy, był również osobistym sekretarzem kard. Fringsa, arcybiskupa Kolonii. Stary i niedowidzący kardynał niejednokrotnie zlecał mu przygotowywanie tekstów swych własnych wystąpień. Zwłaszcza jedno z nich zostało zapamiętane – mowa zawierająca radykalną krytykę metod pracy Świętego Oficjum. Pomimo odpowiedzi kard. Ottavianiego, Frings podtrzymywał swą krytyczną ocenę.

Nie będzie przesadą stwierdzić, że dnia tego Święte Oficjum, w postaci w jakiej wówczas istniało, zniszczone zostało przez Ratzingera [działającego] wraz z jego arcybiskupem.

Kard. Seper, człowiek pełen dobroci, zainicjował odnowę. Ratzinger, który nie zmienił się, dzieło to obecnie kontynuuje”.

Reputacja Ratzingera jako „progresisty” nie opiera się na jednym tylko incydencie, nie dotyczy też jedynie wczesnego etapu jego aktywności. W atmosferze krytyki wobec przyjętych przez niego metod kierowania Kongregacją Nauki Wiary niemal niezauważone przeszły jego słowa z roku 1982, w których wyrażał on nadzieję że Kościół nie powróci do Syllabusa Piusa IX. W swej książce Formalne zasady chrześcijaństwa na postawione przez siebie pytanie „Czy sobór powinien zostać odwołany?” zalecał „zburzenie bastionów” oddzielających Kościół katolicki od świata współczesnego:

„Zadanie do wykonania jest więc następujące: nie przekreślenie soboru, lecz odkrycie rzeczywistego soboru i pogłębienie jego autentycznej woli, na podstawie dotychczasowych doświadczeń. Nie może to oznaczać powrotu do Syllabusa. Ten tekst był jedynie pierwszą wytyczną postępowania w spotkaniu z liberalizmem i rodzącym się marksizmem, nie można go jednak uważać za ostatnie słowo w tej dziedzinie. D la chrześcijan rozwiązaniem problemu epoki nowożytnej nie może być ani jej entuzjastyczna akceptacja, ani getto. «Burzenie bastionów», do którego Hans Urs von Balthasar nawoływał już w roku 1952, było rzeczywiście pilnym zadaniem. (…) [Kościół] musi burzyć stare bastiony i chronić się pod skrzydła samej wiary i siły słowa, które jest jego jedyną rzeczywistą i nieprzemijającą mocą. Jednak burzenie bastionów nie może oznaczać, że niczego nie należy już bronić, albo że teraz musi swe życie zawdzięczać innym mocom niż te, które go zrodziły: krew i woda z otwartego boku u krzyżowanego Pana”.

Głosił więc tezę – stanowiącą w istocie fundament ideologii „konserwatywnej” – że „prawdziwy” sobór, o ile tylko wytyczne jego realizowane byłyby w sposób właściwy, byłby ratunkiem dla Kościoła i świata, i z twierdzenia tego nigdy się nie wycofał.

Jak paradoksalne wydawać się musi wszystkim znającym jego drogę życiową, że właśnie jemu powierzone zostało kierowanie instytucją którą sam swego czasu skutecznie zniszczył, a co więcej, że właśnie jemu media przypięły później etykietkę „skrajnego konserwatysty”. Fakt ten tłumaczy też, przynajmniej do pewnego stopnia, dlaczego instytucja ta była za jego kadencji tak nieskuteczna. Jeśli rzeczywiście był on takim skrajnie konserwatywnym „rotwailerem” [jak określała go prasa – przyp. tłum.] – dlaczego znajdujemy się obecnie w tak rozpaczliwej sytuacji? Co uczynił, aby powstrzymać zwycięski pochód  neo-modernizmu – który szerzył się niczym pożoga w całym świecie katolickim przez cały pontyfikat Jana Pawła II?

Co uczyniła kierowana przez niego kongregacja, aby zapobiec wykreowaniu się Hansa Kunga na popularnego „księdza-teologa”, wychwalanego przez media za jego nienawiść do katolicyzmu – poza zakazaniem mu nauczania? Hansa Kunga, którego pomimo oczywistego faktu głoszenia przez niego herezji nigdy nie wydalono ze stanu kapłańskiego? Czy przychodzą nam do głowy nazwiska jakichś innych osób, które upomniane zostały choćby w tym stopniu? Bardzo niewiele.

Bez wątpienia jednak przypomnieć możemy sobie nazwiska wielu innych, którzy przez całe swe życie otwarcie negowali i podkopywali wiarę katolicką – teologów akademickich, duchownych, księży, biskupów i kardynałów z całego świata – a którzy nigdy nie spotkali się z najmniejszą krytyką ze strony Rzymu. Nie ulega też wątpliwości, że budzące obecnie tak wielkie zgorszenie skandale z udziałem licznych biskupów są owocem właśnie pontyfikatów „skrajnie konserwatywnego” Jana Pawła II i „rotwailera” Benedykta XVI.

Dlaczego uważamy że Ratzinger, piastując urząd prefekta Kongregacji Nauki Wiary, był ostoją ortodoksji? Czy nie jest po prostu tak, iż do tego stopnia oddaliliśmy się od tradycyjnej wiary, iż utraciliśmy sam jej zmysł, i w rezultacie nie potrafimy zdobyć się na obiektywne porównanie, na obiektywny osąd? „Progresista”, który niszczy kongregację kard Ottavianiego, dziedziczy po nim jego urząd oraz etykietkę „skrajnego konserwatysty”…

W rzeczywistości sam Ratzinger podkreślał, że nigdy nie zmienił swych poglądów teologicznych. Miał nawet powiedzieć, że to jego dawni koledzy tacy jak Kung czy Kasper przesunęli się bardziej „na lewo” po latach 60’. Być może obecnie jesteśmy bardziej skłonni mu uwierzyć – wydaje się bowiem iż jest to właśnie brakujący element naszej pozornie nielogicznej układanki. Być może świat katolickiej teologii akademickiej zdegenerował się do tego stopnia, że człowiek określany jako „progresista” w roku 1963, a którego poglądy pozostały jednak nie zmienione, jawi się w roku 2005 jako „obrońca tradycyjnej ortodoksji katolickiej”.

Czy to właśnie dlatego abdykował? Czy chodzi po prostu o to, że katolicy mieli zawsze błędne wyobrażenie na temat jego poglądów odnośnie Kościoła i papiestwa? Być może pewnych wskazówek dostarczają nam opublikowane na łamach „La Stampa” w roku 2015 wspomnienia Silvano Faustiego SI, który był swego czasu spowiednikiem i kierownikiem duchowym kard. Carlo Maria Martiniego, ojca chrzestnego „liberalnego” europejskiego Kościoła katolickiego, jak również rzekomego przywódcy „mafii z Sankt Gallen”, która wedle słów kard. Danneelsa przez cale lata spiskowała przeciwko papieżowi Benedyktowi.

W tekście tym Fausti wspominał, że w czerwcu 2012 roku Benedykt spotkał się w pałacu biskupim w Mediolanie z Martinim, który namawiać miał go wówczas do abdykacji. Podobno w czasie jego wyboru [na Stolicę Piotrową] w roku 2005 Martini powiedział, że jego głównym zadaniem powinno być przeprowadzenie reformy Kurii. Aż do roku 2012 zrealizowanie tego celu okazało się być niemożliwe.

Dlaczego Benedykt przyjmować miałby radę od człowieka z rodzaju Martiniego – „ojca chrzestnego” liberalnego skrzydła europejskiego katolicyzmu? Myślę, że w umyśle człowieka takiego jak Ratzinger pytanie takie w ogóle się nie pojawiło. Byli przecież kolegami, powszechnie szanowanymi wykładowcami akademickimi. Byli braćmi w biskupstwie. Byli członkami klubu. Wszelkie pozory różnic ideologicznych między nimi były więc jedynie wytworem narracji medialnej. Dlaczego więc papież nie miałby usłuchać rady piastującego wysokie stanowisko i cieszącego się powszechnym poważaniem purpurata?

 

Dlaczego Walter Kasper jest kardynałem?

Jednym z najbardziej rzucających się w oczy elementów owej układanki jest ewidentna niezdolność tych rzekomo „konserwatywnych” prałatów do dostrzeżenia (nie mówiąc już o podjęciu względem nich jakichś praktycznych kroków) cynicznych wrogów wiary wśród biskupów oraz w Kolegium Kardynalskim. Dla przeciętnego człowieka jest absolutnie nie do pojęcia, że po tylu latach przysłuchiwania się ich wypowiedziom i czytania ich pism, Ratzinger mógł pozostawać w tak przyjacielskich stosunkach z ludźmi w rodzaju Waltera Kaspera czy Carlo Maria Martiniego, rzekomych przywódców „mafii z Sankt Gallen”.

Kiedy podczas swych pierwszych rozważań przed modlitwą na Anioł Pański w roku 2013 papież Franciszek wyznał zgromadzonym z tej okazji wiernym, jak wielkie wrażenie wywarła na nim [ostatnia] książka Waltera Kaspera, wielu spośród nas, którzy od wielu lat uważnie śledziliśmy sytuację w Watykanie, zaczęło uświadamiać sobie w jakim kierunku zmierzać będzie obecny pontyfikat. Dla większości świata katolickiego Jorge Bergoglio mógł być postacią praktycznie nieznaną, Walter Kasper był jednak prominentnym heretykiem, hołubionym przez media przywódcą „ultra-liberalnego” skrzydła Kościoła posoborowego.

Jak zauważył niedawno w artykule poświęconym „dorobkowi życia” kard. Kaspera Thomas Jansen, redaktor naczelny portalu Katholisch.de, najprawdopodobniej nie byłby on w stanie wyrządzić [Kościołowi] takich szkód bez bezpośredniej pomocy zarówno Jana Pawła II jak i Benedykta XVI. Katastrofa, jaką było ogłoszenie adhortacji Amoris laetitia, jest w równej mierze dziełem Bergoglio co Kaspera. Jest to człowiek, który przez 40 lat nigdy nie zadawał sobie trudu aby ukrywać swe heterodoksyjne poglądy, i który poświęcił znaczną część swego życia prowadzeniu kampanii o takich właśnie celach.

Jak przypomina w swym tekście Jansen, już w roku 1993 Kasper usiłował lansować tę samą propozycję dotyczącą dopuszczenia do Komunii św. osób rozwiedzionych, które zawarły związki cywilne – wspólnie z kard. Lehmannem, również członkiem „mafii z Sankt Gallen”. Próby ich udaremnione zostały wówczas przez Ratzingera i Kongregację Nauki Wiary.

Rodzi to jednak kolejne pytanie: jeśli Ratzinger orientował się tak dobrze w poglądach Kaspera, dlaczego następnym jego krokiem nie było pozbawienie go urzędu biskupiego? Dlaczego przynajmniej nie nakazał mu milczenia – jak to było w przypadku Kunga? Niedawno Kasper po raz kolejny udał się do mediów aby poskarżyć się, że nazywany jest heretykiem. Jest to jednak oczywista prawda – człowiek ten jest heretykiem. Wszyscy wiedzą że jest heretykiem, ponieważ słyszeliśmy jak od dziesięcioleci głosi te jawne herezje przy każdej nadarzającej się okazji.

Jednakże po latach wytrwałego spiskowania przeciwko wierze, zamiast zostać potępiony, uciszony, zlaicyzowany i/lub ekskomunikowany, człowiek ten wyniesiony został przez Jana Pawła II do godności kardynalskiej.  W roku 1983 kierowana przez Ratzingera Kongregacja Nauki Wiary udaremniła co prawda jego intrygę mającą na celu przyjęcie przez Kościół zmian wprowadzanych obecnie przez adhortację Amoris laetitia – on sam nie został jednak potępiony, zganiony czy w jakikolwiek sposób upomniany. Nie został też usunięty z piastowanych przez siebie wpływowych stanowisk. Nic z tych rzeczy. W roku 1994 dołączył do Kurii Rzymskiej – mianowany współprzewodniczącym Luterańsko-Katolickiej Komisji ds. Jedności. Pięć lat później wykonał kolejny krok [w swej karierze], obejmując stanowisko sekretarza Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan, struktury „ekumenicznej”, w której jego jawny indyferentyzm religijny nikogo nie szokował. W roku 2001 mianowany został kardynałem-diakonem, uzyskując przez to możliwość głosowania podczas konklawe.

Powołując się na wspomniany już tekst Thomasa Jansena Maike Hickson pisze w swym artykule opublikowanym na portalu OnePtereFive:

„Kard. Kasper o mały włos nie utracił możliwości udziału w ostatnim konklawe, jako że ukończył właśnie 80 rok życia. Ponieważ jednak w przypadku takim rozstrzygająca jest data śmierci [lub abdykacji, jak to miało miejsce w roku 2013] papieża, wciąż zachował prawo czynnego w nim uczestnictwa. [jak zauważyli pewni komentatorzy – fakt, iż Benedykt XVI zdecydował się abdykować we «właściwym czasie», stanowił szlachetny gest w stosunku do kard. Kaspera]”.

Wybacz mi Maike, ale nie sądzę aby była to kwestia o znaczeniu jedynie marginalnym. Czy można dziwić się, że faktem tym zraził do siebie wielu katolików?

Kardynale Ratzinger czy też Wasza Świątobliwość „papieżu-emerycie” Benedykcie – bardzo chciałabym usłyszeć odpowiedź na jedno konkretne pytanie. Dlaczego człowiek ten wciąż jest kardynałem? Dlaczego wciąż jest biskupem? Dlaczego wciąż pozwala mu się nazywać siebie „teologiem katolickim”? Dlaczego umożliwił mu Eminencja/Wasza Świątobliwość, najwyraźniej rozmyślnie, wzięcie udziału w konklawe i rozstrzyganie o tym, kto będzie kolejnym Następcą Św. Piotra?

Czyż nie chcielibyśmy wszyscy poznać odpowiedzi na te pytania? Czy nie chcielibyśmy wszyscy dowiedzieć się, dlaczego Hans Kung wciąż jest księdzem? Dlaczego kard. Mahoney’owi pozwolono po prostu przejść na emeryturę, nie wyciągnąwszy wobec niego żadnych konsekwencji? Dlaczego człowiek taki jak Weakland, aktywny homoseksualista, który opłacił się swemu ex-kochankowi aby ten nie wnosił przeciwko niemu oskarżenia, nie został ekskomunikowany? Kto jeszcze? Np. mój własny biskup Victorii, okultysta Remi de Roo, Raymond Hunthausen z Seattle, Favalora z Miami, Matthew Clark z Rochester, Derek Worlock z Liverpoolu… Czasami zastanawiam się, jak długa będzie ta lista zanim cały ten skandal ostatecznie się skończy.

Przez 50 lat katolicy zadawali sobie pytanie, dlaczego wszystkim tym wilkom w mitrach pozwalano bezkarnie niszczyć Kościół. Dlaczego tak często widzieliśmy jak ludzie ci – zdeprawowani intelektualnie i moralnie – wynoszeni byli do najwyższych godności, pomimo ich jawnej nienawiści do wiary katolickiej?

 

Koniec Kościoła postrzeganego jako „wielki parasol”

Do ludzi, którzy zaczynają stawiać sobie tego właśnie rodzaju pytania, należy m.in. Ross Douthat z „New York Timesa”. Maike Hickson przytacza w swym artykule pochodzący z jego najnowszej książki fragment, w następujący sposób komentujący bezkarność wszystkich bez wyjątku członków tzw. „mafii z Sankt Gallen”, włączając w to również Kaspera, który prowadził aktywną kampanię na rzecz faktycznego obalenia dotychczasowego nauczania moralnego Kościoła: „Osobliwym skutkiem faktycznego zawieszenia broni w Kościele [pomiędzy konserwatystami a progresistami] był fakt, iż sam Jan Paweł II powierzył większości z tych ludzi kapelusze kardynalskie, wynosząc ich do tej godności pomimo ich negatywnego stosunku do jego własnej polityki odnowy”.

Kiedy dziennikarze rozmawiają o katolicyzmie, mówią często o Kasperze – jak to przeczytać możemy również na jego temat w Wikipedii – jako o „jednej z głównych postaci skrzydła liberalnego w Kościele katolickim”. I ma to mieć rzekomo jakiś sens dla katolików, oczekuje się że zaakceptujemy to jako element rzeczywistości naszych czasów. Istnieje „skrzydło liberalne” oraz „skrzydło konserwatywne” – i oba one są katolickie.

Steve Skojec powiedział mi, że nasza gotowość do zaakceptowania całej tej farsy z „papieżem-emerytem” była błędem: „Myślę że problem polega na tym, że zgodziliśmy na ich grę w pozory, a nie powinniśmy byli tego czynić”. I rzeczywiście, zaczynam dochodzić do wniosku, że gotowość większości katolików do zaakceptowania całej farsy posoborowego katolicyzmu była w istocie poważnym błędem. Poprzez granie w tę grę, poprzez udawanie że moglibyśmy być „konserwatywnymi katolikami” w ramach Nowego Paradygmatu, który obejmuje również „katolików liberalnych”, pomogliśmy im popełnić jedno z największych oszustw w historii rodzaju ludzkiego.

Ulegając tej schizofrenicznej mentalności, jaką przejawiali od roku 1965 przywódcy Kościoła, również my zaakceptowaliśmy podstawowe założenie na której się ona opiera: że Kościół jest „wielkim parasolem”, pod którym jest masa miejsca dla ludzi wyznających różne osobiste poglądy, że kwestie takie jak liturgia są jedynie sprawą osobistego „gustu”… że dwa sprzeczne ze sobą twierdzenia mogą być w równej mierze katolicką prawdą.

Mentalność tę przyswoili sobie również „konserwatyści”, w wyniku czego postrzegali  człowieka w rodzaju Józefa Ratzingera jako „konserwatystę oraz obrońcę ortodoksji”. I jaki był tego skutek? Stworzyło to zasłonę dymną, która umożliwiła pięć lat temu ludziom z kliki Kaspera wprowadzić ich własnego człowieka na Tron Piotrowy.

Teraz zaś cała ta gadanina o „tolerancji” oraz „wielkim parasolu” nagle się skończyła –  rozpoczęła się natomiast czystka wśród wiernych, ortodoksyjnych zakonników, seminarzystów, księży oraz wykładowców. I było to nieuniknione. Przyznać przynajmniej należy, że [ludzie sprawujący obecnie władzę w Kościele] dobrze rozumieją oraz nie starają się maskować faktu, że Nowy Paradygmat oraz Kościół katolicki nie są tym samym – i często mówią o tym zupełnie otwarcie. Tym, co nam pozostało, jest ich Nowy Kościół.

Przez pięć dekad graliśmy w „grę anglikańską”: problem nie istnieje tak długo, jak długo się o nim nie mówi. Święte Oficjum kard. Ottavianiego oraz przygotowane przez nie schematy stanowiły ostatni oddech starego Kościoła i jak powiedział cytowany już de Lubac – zostały one zniszczone przez Józefa Ratzingera. Mieliśmy długi okres przejściowy, w którym papieże udawali że nic zasadniczego się nie zmieniło, podczas gdy cała struktura wokół nich dostosowywała się do Nowego Paradygmatu, aż ostatecznie do zdobycia pozostała jedynie władza papieska.

Uważam, że pozytywny choć niezamierzony skutek obecnego pontyfikatu polega na tym, że uwolnił nas on od wielkiego ciężaru, że możemy ostatecznie pozostawić za sobą absurdalną sytuację z epoki Wojtyły/Ratzingera. Przez te wszystkie lata żądano od nas byśmy udawali, że jesteśmy świadkami „nowej wiosny Vaticanum II”, podczas na naszych własnych oczach drapieżne wilki przebrane w szaty pasterzy pożerały owce.

Obecnie w końcu możemy przestać udawać, że we wspaniałym posoborowym Kościele Nowego Paradygmatu i Miłosierdzia wszystko jest w jak najlepszym porządku. Tym, którzy wciąż jeszcze są zagubieni odpowiadamy – pontyfikat Bergoglio nie jest żadnym wstrząsem ani nawet niespodzianką, jest po prostu jedynym możliwym skutkiem. Pontyfikat ten nie jest anomalią, ale jedyną logiczną konsekwencją – i jest to w równej mierze „zasługa” Józefa Ratzingera co Waltera Kaspera.

tłum. Scriptor

Reklamy

Św. Tomasz z Akwinu – „I nie wódź nas na pokuszenie”

Prośba VI
I NIE WÓDŹ NAS NA POKUSZENIE


74. Są ludzie, którzy chociaż zgrzeszyli, jednak pragną otrzymać przebaczenie swoich grzechów i dlatego wyznają je i czynią pokutę. A jednak nie przykładają się należycie do tego, by znowu nie wpaść w grzechy. Takie postępowanie nie jest konsekwentne, bo z jednej strony opłakują swoje grzechy, pokutując za nie, z drugiej strony, grzesząc, gromadzą to, co opłakują. I dlatego mówi Izajasz (1,16): „Obmyjcie się, czystymi bądźcie, usuńcie złość myśli waszych sprzed oczu moich, przestańcie źle czynić”. I dlatego, jak już powiedzieliśmy wyżej, Chrystus w poprzedniej prośbie uczył nas prosić o przebaczenie za grzechy, w tej natomiast, gdy mówi „I nie wódź nas na pokuszenie”, uczy nas prosić, byśmy mogli unikać grzechów, to jest abyśmy nie byli prowadzeni na pokusę, przez którą wpadamy w grzech.


75. Co się tyczy tej prośby, rozważmy trzy rzeczy: po pierwsze, co to jest pokusa, po .drugie pytamy, jak człowiek jest kuszony i przez kogo, po trzecie, jak zostaje
uwolniony od pokusy.
Co do sprawy pierwszej, trzeba wiedzieć, że kusić to nic innego, jak doświadczać czy próbować. Stąd kusić kogoś znaczy wystawiać na próbę jego cnotę. Cnota jest wystawiana na próbę, czyli próbowana w dwojaki sposób, jako że dwóch rzeczy wymaga cnota ludzka: pierwszy dotyczy dobra, które ma zostać wykonane; drugi dotyczy zła, którego ma unikać: „Odwróć się od złego, a czyń dobrze” (Ps 34[33],15). Cnota jest więc próbowana raz ze względu na to, czy ktoś dobrze czynił, raz ze względu na to, czy przestał czynić zło.
Jeśli chodzi o pierwszy sposób, to człowiek poddany zostaje próbie, czy jest w nim gotowość do dobrego, na przykład do postu czy czegoś w tym rodzaju. Wtedy cnota twoja jest wielka, gdy jesteś chętny do czynienia dobrze. I w ten właśnie sposób Bóg próbuje czasem człowieka, nie dlatego, że jego cnota jest przed Nim ukryta, ale aby wszyscy ją poznali i aby wszystkim został dany przykład. Tak Bóg wystawił na próbę Abrahama (Rdz 22,2) i Hioba (Hi 1,12). I tak Bóg często spuszcza utrapienia na
sprawiedliwych, aby, gdy je znoszą cierpliwie, okazała się ich cnota, i aby w niej wzrastali: „Kusi was Pan Bóg wasz, aby jawne było, czy Go miłujecie, czy nie” (Pwt 13,4). Tak Bóg kusi, prowokując do czynienia dobrze.


76. Jeśli chodzi o drugi sposób, to cnota jest próbowana przez pobudzenie do zła. I jeśli się człowiek dobrze 
opiera i nie przyzwala, wtedy jego cnota jest wielka: jeśli zaś ulegnie pokusie, wtedy cnota jego jest już żadna. W ten sposób jednak Bóg nie kusi nikogo, bo jak mówi św. Jakub (1,13): „Bóg nie podlega pokusie do złego i sam
nikogo nie kusi”. Lecz człowiek jest kuszony przez własne ciało, przez szatana i przez świat.


77. Przez ciało jest kuszony w dwojaki sposób. Najpierw, bo ciało popycha go do zła — szuka bowiem zawsze swoich przyjemności, czyli cielesnych, często połączonych z grzechem. Ten zaś, kto trwa w przyjemnościach cielesnych, zaniedbuje duchowe: „Każdego kusi pociąg i przynęta pożądliwości” (Jk 1,14). Następnie kusi ciało, aby odwrócić się od dobra. Duch bowiem z siebie samego zawsze cieszy się dobrami duchowymi, ale ociężałe ciało przeszkadza duchowi: „Ciało podległe skażeniu, obciąża duszę” (Mdr 9,15), „Raduję się z Prawa Bożego jak przystało na człowieka wewnętrznego, a widzę inne prawo w członkach moich, sprzeczne z prawem umysłu mego, poddające mię w niewolę pod prawo grzechu, które jest w członkach moich”
(Rz 7,22-23).
Lecz ta pokusa, to znaczy spowodowana przez ciało, jest bardzo poważna, gdyż nasz nieprzyjaciel, czyli ciało, jest z nami złączone i — jak mówi Boecjusz — żadna
zaraza nie szkodzi dotkliwiej niż nasz domowy przyjaciel. I dlatego przeciw niemu trzeba czuwać: „Czuwajcie i módlcie się, abyście nie wpadli w pokusę” (Mt 26,41).


78. Najsilniej jednak kusi szatan. Bowiem po ujarzmieniu ciała powstaje ktoś inny, to jest szatan, przeciwko któremu czeka nas ciężka walka, jak mówi Apostoł
w Liście do Efezjan (6,12): „Albowiem prowadzicie walkę nie z ciałem i krwią, ale przeciwko książętom i władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności”. I dlatego jasno nazwany jest Kusicielem: „Aby snadź Kusiciel nie skusił was” (1 Tes 3,5).
W pokusie zaś postępuje w sposób bardzo chytry. On bowiem, jak dobry wódz wojska, który oblega zamek, rozważa słabości tego, którego ma pokonać, i stara się go uderzyć z tej strony, z której człowiek jest najsłabszy.
Dlatego kusi w tej dziedzinie, do której człowiek po ujarzmieniu ciała jest bardziej skłonny, na przykład do gniewu, pychy i innych grzechów duchowych: „Przeciwnik
wasz, szatan, jak lew ryczący krąży, szukając, kogo by pożreć” (1 P 5,8).


79. Szatan zaś kusząc, czyni dwie rzeczy: najpierw nie skłania kuszonego do jakiegoś oczywistego zła, lecz do czegoś, co ma pozory dobra, by na samym początku choć
troszkę odstąpił od swego postanowienia, bo potem łatwo będzie doprowadzić go do grzechu, gdy już się nieco ugiął: „Sam szatan przybiera postać anioła światłości” (2 Kor 11,14). Następnie zaś, gdy doprowadzi do grzechu, tak go wiąże, by nie pozwolić mu podnieść się z grzechów: „Ścięgna jego są powikłane” (Hi 40,17). Tak więc dwie rzeczy czyni szatan: zwodzi i zwiedzionych trzyma w grzechu.


80. Świat zaś kusi w dwojaki sposób. Najpierw przez zbytnie i nieumiarkowane pożądanie rzeczy doczesnych: „Korzeniem wszelkiego zła jest chciwość” (1 Tm 6,10).
Następnie przez lęk prześladowców i tyranów: „Jesteśmy ogarnięci ciemnościami” (Hi 37,19); „Wszyscy, którzy chcą żyć pobożnie w Jezusie Chrystusie, prześladowanie będą cierpieć” (2 Tm 3,12); „Nie lękajcie się tych, którzy zabijają ciało” (Mt 10,28).

81. W ten sposób stwierdziliśmy, co to jest pokusa, w jaki sposób człowiek jest kuszony i przez kogo. Teraz zaś trzeba zobaczyć, jak człowiek jest od niej wyzwalany.
Trzeba zwrócić uwagę na to, że Chrystus uczy nas prosić, nie abyśmy nie byli kuszeni, lecz abyśmy nie byli wiedzeni na pokuszenie. Jeśli bowiem człowiek zwycięży pokusę, zasługuje na wieniec zwycięstwa, i dlatego 
powiedziano: „Uważajcie to za wielką radość, bracia, kiedy wpadacie w różne pokusy” (Jk 1,2). „Synu, przystępując do służby Bożej (…) przygotuj duszę na pokusę” (Syr 2,1), „Błogosławiony mąż, który zniesie pokusę, bo utwierdziwszy się otrzyma wieniec żywota” (Jk 1,12).
I dlatego Pan uczy nas prosić, abyśmy nie byli wprowadzeni w pokusę przez zgodę: „Pokusa nie jęła się was inna, jak ludzka” (1 Kor 10,13). Bowiem być kuszonym jest rzeczą ludzką, ale zgadzać się na nią jest rzeczą diabelską.


82. Lecz czy to nie Bóg prowadzi nas do złego, skoro mówimy „I nie wódź nas na pokuszenie”? Twierdzimy, że o Bogu można powiedzieć, że prowadzi do zła, przyzwalając na nie, jeśli z powodu licznych grzechów zabiera człowiekowi swoją łaskę, a po jej zabraniu człowiek popada w grzech. I dlatego śpiewamy w Psalmie: „Gdy ustanie siła moja, nie opuszczaj mnie” (71 [70],9). Bóg prowadzi człowieka przez ogień miłości, aby nie wpadł w pokuszenie, bo nawet najmniejszy stopień miłości może oprzeć się jakiemukolwiek grzechowi: „Wody mnogie nie mogły usunąć miłości” (Pnp 8,7). Prowadzi go także w tym celu przez światło umysłu, którym pouczył nas o tym, co mamy czynić, bo jak mówi Filozof, każdy grzeszy z nieświadomości: „Dam tobie rozum i nauczę cię” (Ps 32[31],8). O to prosił Dawid, gdy mówił: „Oświeć oczy moje, bym kiedy nie zasnął na śmierć, by kiedy nie rzekł nieprzyjaciel: »Przemogłem go«” (Ps 13[12],4-5).


83. To zaś otrzymujemy przez dar rozumu. Gdy więc nie dajemy przyzwolenia pokusie, zachowujemy czyste serce, o czym mówi św. Mateusz (5,8): „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą”. A więc przez to dochodzimy do oglądania Boga. Oby Bóg nas do niego doprowadził.

 

Za św. Tomasz z Akwinu – „Wykład pacierza”.

Nowy panteon świętych papieża Franciszka

Roberto de Mattei

Nowy panteon świętych papieża Franciszka

 

Do licznych „grup roboczych” utworzonych przez papieża Franciszka należy m.in. złożona z katolickich i prawosławnych ekspertów serbsko-chorwacka komisja mieszana dla ponownego zbadania życia postaci abpa Zagrzebia kard. Alojzego Stepinaca,  która spotkała się na swym ostatnim posiedzeniu w Domu Św. Mary 12 i 13 lipca br. pod przewodnictwem ks. Bernarda Ardura, stojącego na czele Papieskiej Komisji Nauk Historycznych. Wspólny komunikat Komisji – opublikowany przez Biuro Prasowe Stolicy Apostolskiej 13 lipca – stwierdza, że „Praca wykonana przez komisję badającą życie chorwackiego purpurata uczy, że w przeszłości wszystkie wspólnoty kościelne cierpiały wiele prześladowań i mają swoich męczenników oraz wyznawców. W tej perspektywie członkowie komisji wyrazili gotowość ewentualnej dalszej współpracy, aby dzielić się pamięcią o męczennikach i wyznawcach obu Kościołów”.

Oświadczenie to, stanowiące podsumowanie sześciu spotkań roboczych wspomnianego zespołu, zmienia całkowicie katolicką koncepcję męczeństwa. Zgodnie z nauczaniem Kościoła katolickiego męczeństwo oznacza śmierć poniesioną dla świadectwa Prawdzie. Nie jakiejkolwiek prawdzie, ale Prawdzie wiary i moralności katolickiej. Przykładowo Kościół wspomina męczeństwo św. Jana Chrzciciela, gdyż poniósł on śmierć w następstwie publicznego potępienia cudzołóstwa Heroda. Stosuje się tu maksyma św. Augustyna: non facit  poena, sed causa (Enarrationes in Psalmos, 34, 13, col. 331).  To nie sama śmierć czyni danego człowieka męczennikiem, ale przyczyna śmierci – zadanej z nienawiści do wiary lub moralności katolickiej.

Jednakże komisja pracująca pod przewodnictwem ks. Ardura wydaje się kierować zasadą odwrotną: martyres non facit causa, sed poena – co oznacza ni mniej ni więcej jak tylko postawienie na jednej płaszczyźnie „męczenników i wyznawców obu Kościołów”, katolickiego i prawosławnego. Zasada ta, wedle komunikatu, może być rozszerzona na „wszystkie Kościoły” które mają swoich własnych „męczenników” i „wyznawców”. Jeśli jednak za męczennika uznać należy każdego, kto poniósł śmierć w obronie swej własnej prawdy, dlaczego nie miałoby się to odnosić również do chrześcijanina sui generis, jakim był Giordano Bruno, ekskomunikowany przez Kościół katolicki i spalony na stosie na Campo de Fiori 17 lutego 1600 roku?

W głębi serca masoneria zawsze uważała go za „męczennika” religii wolności, z którego to powodu pamięć dominikanina-apostaty uczczona została uroczyście 17 lutego br. w siedzibie głównej Wielkiego Wschodu Włoch. Przemawiający z tej okazji niejaki ks. Francesco Pontoriero z diecezji Mileto zauważył, że „,tym co skłoniło [Bruno] do powrotu do Wenecji, gdzie wydany został na niego uprzednio wyrok śmierci, a więc do przyjęcia męczeństwa, była świadomość, iż jedynie w ten sposób przesłanie jego przekazane być mogło kolejnym wiekom”.

11 lipca, na dwa dni przed końcowym spotkaniem komisji w Domu św. Marty, papież Franciszek podpisał swe motu proprio Maiorem hac dilectionem, którego ogłoszenie przeszło niemal niezauważone, a które wprowadza „ofiarowanie życia” jako nowy paradygmat dla procedury beatyfikacyjnej oraz kanonizacyjnej, obok tradycyjnego modelu męczeństwa i praktykowania cnót w stopniu heroicznym. Jak wyjaśniał w artykule opublikowanym 11 lipca na łamach „L’Ossevatore Romano” sekretarz Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych abp Marcello Bartolucci, do tej pory trzema „drogami” do beatyfikacji były męczeństwo, praktykowanie cnót w stopniu heroicznym oraz tzw. beatyfikacja równoważna.

Obecnie dodane zostało do nich również „ofiarowanie życia”, aby „podkreślić wartość heroicznego świadectwa chrześcijańskiego, odnośnie którego nie było aż do tej pory konkretnych rozporządzeń, jako że nie mieści się ono całkowicie w paradygmatach męczeństwa ani praktykowania cnót w stopniu heroicznym”.

Motu proprio precyzuje, że aby ofiarowanie życia mogło stać się ważnym i skutecznym powodem beatyfikacji Sługi Bożego, musi spełniać następujące kryteria: a) dobrowolne i szczere ofiarowanie życia oraz heroiczna zgoda propter caritatem na pewną i mającą niebawem nastąpić śmierć, b) powiązanie pomiędzy ofiarowaniem życia i nagłą śmiercią, c) praktykowanie, przynajmniej w stopniu zwyczajnym, cnót chrześcijańskich przed ofiarowaniem życia i później aż do śmierci, d) istnienie fama sancitatis et signorum [opinii świętości i znaków – przyp. tłum.], przynajmniej po śmierci, e) konieczność cudu do beatyfikacji, który nastąpił po śmierci sługi Bożego i za jego wstawiennictwem.

Co jednak oznacza propter caritatem? Miłość, zdefiniowana przez św. Tomasza jako przyjaźń człowieka z Bogiem i Boga z człowiekiem (ST II-II ae, Q. 23, A.1) jest najdoskonalszą ze wszystkich cnót. Polega ona na kochaniu Boga oraz kochaniu bliźniego ze względu na Boga. Miłość nie jest więc cnotą dzięki której kochamy bliźnich z tego jedynie powodu, że są oni ludźmi, ale aktem nadprzyrodzonym, którego zasadą i ostatecznym celem jest sam Bóg. Ponadto miłość ma swój porządek. Po pierwsze: dobro duchowe naszych bliźnich musi mieć pierwszeństwo przed ich dobrem doczesnym. Po drugie: musimy kochać przede wszystkim naszych bliskich, w drugiej zaś dopiero kolejności pozostałych (ST II-II ae Q. 26, A. 7), a gdyby kiedykolwiek pojawiła się sprzeczność pomiędzy dobrem bliskich a osób do tej grupy nie należących, mamy obowiązek dbać przede wszystkim o tych pierwszych. Czy zasady te znajdują wyraz w nowym motu proprio? Można mieć co do tego poważne wątpliwości.

W niedawnym wywiadzie dla wydawanego przez archidiecezję Gorizia tygodnika „Voce Isontina” nowo mianowany przewodniczący Papieskiej Akademii Życia msgr Vincenzo Paglia wyraził swą radość z powodu ogłoszenia przez papieża Franciszka wspomnianego dokumentu, m.in. dlatego, iż – jak zaznaczył – „Ja sam byłem w pewnym stopniu zaangażowany w proces beatyfikacyjny Oscara Arnulfa Romero. (…) Arcybiskup El Salvador nie poniósł w istocie śmierci z rąk ateistycznych prześladowców, żądających od niego aby zaparł się wiary w Trójcę Świętą – został zamordowany przez chrześcijan, ponieważ pragnął aby Ewangelia przeżywana była w jej najgłębszym sensie, jako dar życia”.

W sposób ten „ofiarowanie życia” przez msgr Romero stawiany jest na jednej płaszczyźnie z tradycyjnie pojmowanym męczeństwem. „Czwartą ścieżką”, którą – zgodnie z motu proprio papieża Franciszka – prowadzić będzie do kanonizacji, jest śmierć poniesiona nie z nienawiści do wiary, ale będąca konsekwencją politycznego wyboru służby ubogim, imigrantom i „wykluczonym”. Czy jednak przyjęcie takiego kryterium nie umożliwi również beatyfikacji księży-rewolucjonistów, którzy ponieśli śmierć propter caritatem w trakcie politycznych rewolt minionych dekad? Poza tym, dlaczego nie zaliczyć do tej grupy wszystkich tych chrześcijan, którzy złożyli ofiarę ze swego życia w wojnie sprawiedliwej i nie rozpocząć stosownej procedury beatyfikacyjnej? Umierając za swój kraj wykonali oni bez wątpienia doskonały akt miłości, jako że „dobro narodu jest nadrzędne w stosunku do dobra jednostki” (Arystoteles, Etyka, I, rozdz. 2, 8). Kościół katolicki nigdy nie uważał ich za męczenników, jako że brak było w ich przypadku motywacji natury religijnej, wykluczanie ich z nowego panteonu świętych papieża Franciszka wydaje się jednak niesprawiedliwością.

tłum. Scriptor

Kazanie na uroczystość Niepokalanego Serca Maryi – ks. John Jenkins FSSPX

Kazanie na uroczystość Niepokalanego Serca Maryi

Drodzy wierni,

W dniu dzisiejszym obchodzimy uroczystość Niepokalanego Serca Maryi, uroczystość, która przypada w oktawie Wniebowzięcia i w pewien sposób zwieńcza chwałę Wniebowzięcia poprzez ukazanie nam powodu tej chwały Maryi  – Jej Niepokalane Serca.

Podobnie jak nabożeństwo do Najświętszego Serca Pana Jezusa jest konsekwencją nauki o Wcieleniu Syna Bożego, tak również Niepokalane Serce jest fizyczną konsekwencją Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Podobnie jak konsekwencją unii hipostatycznej Zbawiciela było, że Jego człowieczeństwo zjednoczone było z Jego Bóstwem, tak również w przypadku Matki Bożej konsekwencją Jej Niepokalanego Poczęcia było, że Maryja wolna była od wszelkiej zmazy grzechu, że Jej serce było niepokalane od początku Jej istnienia. Tak więc Jej ludzkie serce, serce jedynej istoty ludzkiej, która otrzymała przywilej Niepokalanego Poczęcia, zasługuje na specjalną cześć.

Jednak pewnych ludzi, zagubionych w zwodniczej logice błędu, gorszy ta cześć, którą oddajemy Najświętszej Dziewicy. Utrzymują oni, jak wielu sofistów w minionych wiekach, że gdyby Maryja była Niepokalana, czyli bez grzechu, nie potrzebowałaby Ona Odkupiciela. Chrystus Pan przyszedł – jak wiemy z całą pewnością – by zadośćuczynić za nasze grzechy. Celem Jego przyjścia na ten świat było odkupienie rodzaju ludzkiego, który popadł w grzech. Tak więc jeśli Maryja była wolna od tego powszechnego stanu, w jakim znajdował się rodzaj ludzki, wydawać by się mogło, że nie potrzebowała Zbawiciela, a więc Chrystus nie przyszedł, by zbawić cały rodzaj ludzki, ale jedynie jego przeważającą część. Stąd też, jak argumentowali owi ludzie, Najświętsza Maryja Panna byłaby w jakiś sposób wyłączona z owoców ofiary Krzyża.

Zwodniczość tej obiekcji widzimy jeszcze wyraźniej, gdy rozważymy, że ów przywilej dany Matce Bożej, Niepokalane Poczęcie, był nie miał jedynie aspektu negatywnego – zachowania od grzechu, oznaczał również wolność od grzechu i nieskazitelną czystość, jak nas tego naucza Kościół w definicji dogmatycznej: omnipotentis Dei gratia et privilegiofuisse ab omni originalis culpae labe praeservatam immunem. Była Ona nie tylko wolna od wszelkiego kontaktu z grzechem, wyłączenie to było formalnie skutkiem łaski. Została poczęta nie tylko w stanie negatywnego zachowania od grzechu, ale też przez pozytywne udzielenie łaski uświęcającej. Czystość jest czymś więcej niż tylko ochroną od nieczystości, ale również – w aspekcie pozytywnym – byciem miłym Bogu. Była Ona więcej, niż tylko chroniona od grzechu – jako, mogłoby to bowiem implikować, że istniejąca nieczystość została w jakiś sposób usunięta. Została poczęta, jak mówimy, Niepokalana, czyli w pozytywny sposób poczęta tak, że Jej dusza od samego początku swego istnienia była czysta i miła Bogu.

Tak więc od samego początku swego istnienia Maryja była pełna łaski. Czy można więc powiedzieć, że w jakimś sensie nie potrzebowała Odkupiciela? Wydawałoby się, że Pan Jezus nie musiał umierać na Krzyżu za tę wyjątkową istotę ludzką, tak ściśle z Nim zjednoczoną. Stąd właśnie fałszywi tak zwani obrońcy czci Zbawiciela wysuwają argument przeciwko przywilejowi, jakim cieszyła się Jego Matka.

Nie powinniśmy zwracać uwagi na tych sofistów, drodzy wierni. Faktem jest, że Najświętsza Maryja Panna potrzebowała Zbawiciela bardziej, niż ktokolwiek inny. Można by powiedzieć, że Jej zbawienie zależało w większym stopniu od Chrystusa, niż zbawienie nas wszystkich razem wziętych. Ona, bardziej niż wszyscy inni razem wzięci, potrzebowała Chrystusa Pana dla swego zbawienia.

Jak we wszystkich innych kwestiach, również tu, jeśli chcemy prawdziwie zrozumieć to głębokie nauczanie dotyczące Matki Bożej, musimy słuchać definicji podanych przez Kościół.

Po pierwsze możemy powiedzieć, że oprócz stwierdzenia przywileju jaki otrzymała Maryja, nie ma w definicjach nic, co wskazywałoby, że nie znajdowała się ona w kondycji różnej, niż powszechna kondycja rodzaju ludzkiego. Cały rodzaj ludzki, z powodu upadku Adama, znalazł się we władzy diabła. Podobnie jak w przypadku kraju, który dostaje się pod okupację obcego mocarstwa ze względu na winy swych przywódców, nie wszyscy jego mieszkańcy winni są zbrodni – są jednak kolektywnie ofiarami tej samej okupacji. Tak więc, jak pisało wielu Doktorów Kościoła, choć Najświętsza Maryja Panna wolna była od długu za grzech pierworodny (normalnej sytuacji dla całego rodzaju ludzkiego zrodzonego w niewoli diabła), była Ona niemniej istotą ludzką, potomkiem Adama, a wiec również obiektem powszechnego dzieła Odkupienia dokonanego przez Chrystusa, odkupienia, które uwolniło nas z niewoli diabła. Odpowiedź ta nie wyjaśnia jednak innej prawdy, tj. faktu, że była Ona nie tylko uwolniona, ale też poczęta w sposób niepokalany. Nie odpowiada również na pytanie, w jaki sposób Ona sama została zbawiona. Z pewnością należąc do rodzaju ludzkiego miała udział w powszechnej kondycji ludzkości – i choć sama nigdy nie splamiła się żadnym grzechem, również Ona musiała żyć na świecie opanowanym przez mrok grzechu i błędu. Wszystko to jednak jest względem Niej całkowicie obce, nie przynależy do Jej istoty, jest względem Niej czymś zewnętrznym. Możemy również powiedzieć, że zbawienie dokonane w Niej przez Chrystusa było tym samym, co zbawienie dokonane względem naszych dusz, a jedynie w inny sposób, przez to, że została Ona zbawiona raczej zostając zachowana od pewnego zła. Mówimy, że ktoś jest uratowany, czy zbawiony również wówczas, gdy został on uchroniony od potencjalnej krzywdy. Jednak działanie łaski w Maryi nie polegało jedynie na chronieniu Jej, miało też aspekt pozytywny: została Ona nie tylko poczęta wolna od szkody powodowanej przez grzech, została niepokalanie poczęta. Również sam fakt zaciągnięcia grzechu pierworodnego niekoniecznie pociągać musi za sobą zła wyrządzanego przez grzech uczynkowy, jak to widzimy na przykładzie wielu innych świętych, którzy zachowali niewinność otrzymaną na chrzcie. Jednak łaska i przywilej otrzymane przez Maryję są czymś wyjątkowym i właściwym tylko Jej, niezwykłym przywilejem, jak naucza Kościół. Jak więc mamy rozumieć działanie łaski w osobie Matki Bożej?

Definicja Kościoła daje nam światło wystarczające do przeniknięcia tych głębokich tajemnic wiary. Definicja kontynuuje: intuitu meritorum Christi Jesu Salvatoris humani generis – mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego. Słowo „intuitus” oznacza „wzgląd” czy bardziej nawet „zamierzenie”, podobnie jak słowo „intuicje”, które w języku polskim wywodzi się z tego samego rdzenia. Ta łaska, którą otrzymała Najświętsza Maryja Panna, otrzymała Ona w przwidywaniu zasług naszego Pana i Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Zwróćmy uwagę, że definicja nie mówi: „z powodu” czy nawet „ze względu na” ale raczej „mocą przewidzianych zasług”. Jest to, nie proste przewidywanie Boga, ale raczej sam plan, jak Bóg miał względem Maryi, wedle którego miała się Ona stać Matką Zbawiciela.

Możemy to lepiej zrozumieć słuchając Lekcji, którą Kościół poleca czytać w uroczystość Niepokalanego Poczęcia: Pan mię posiadł na początku dróg swoich, pierwej niźli co uczynił od początku. Od wieków jestem ustanowiona i od dawna, pierwej niźli się ziemia stała. Jeszcze nie było głębiny, a ja już poczęta byłam (…) Owo poczęcie, poczęcie na samym początku, oznacza właśnie ten plan, dzięki któremu niewiasta skruszyła głowę węża, zwycięstwo nad szatanem i śmiercią zapowiedziane w tej niewieście, która przynieść miała światu Obiecanego. Planem Bożym, ideą czy przewidzeniem jest więc w bardzo prawdziwym sensie Najświętsza Maryja Panna. Została Ona wybrana, od początku czasów, w odwiecznej mądrości i przewidywaniu Boga, na Jego Matkę.

Łaska, jak nas uczy św. Tomasz, zawsze działa w taki sposób, że czyni swój przedmiot odpowiednim do celowi, ku któremu zmierza. Jest to powodem, dla którego w każdym sakramencie otrzymujemy nie tylko łaskę uświęcającą, ale też łaski właściwe dla konkretnego sakramentu. Na przykład łaską właściwą dla sakramentu chrztu jest nawrócenie duszy do Boga, obmycie z grzechu, zwłaszcza grzechu pierworodnego oraz formowanie duszy na dziecko Boże. Mszą, będąca przedłużeniem ofiary Kalwarii, jest przede wszystkim ofiarą przebłagalną, a owoc Mszy, Najświętsza Eucharystia, jest z tym celem związana: jako pokarm duchowy umacnia duszę, lecząc słabości będące skutkiem grzechu. Łaska, której Zbawiciel jest źródłem i krynicą popycha Go w sposób wewnętrzny do ofiary, do której jest On przeznaczony, jak to sam mówi w Ewangelii: „Muszę też być chrztem ochrzczony i jakże jestem ściśniony, dopóki się to nie spełni” (Łk 12,50). Widzimy więc jak w Najświętszym Sercu Pana Jezua ową pełnia łaski dokonuje w NIm przebłagania za nasze grzechy.

Podobnie łaska, którą otrzymała Najświętsza Maryja Panna, udzielona Jej została właśnie z tego powodu, by stała się Ona Matką Boga, czyli by Słowo mogło przybrać ciało z Jej własnego ciała. Jej Niepokalane Serce jest więc nie tylko pełne łaski, jest ono przeznaczone do tego, by stać się ciałem, z którego ciało przybierze sam Zbawiciel. Stąd właśnie wszystkie konsekwencje łaski obecne u Maryi mają swoje źródło w Jej godności Matki Boga. Była Ona, od samego momentu swego poczęcia, przeznaczona na to, by stac się narzędziem, za pomocą którego Syn Boży przyjmie ciało za sprawą Ducha Świętego. Stąd musiała być Ona Niepokalana, czysta, bez zmazy, miła Bogu od pierwszej chwili swego istnienia.

Łaska nie była więc u Maryi czymś jedynie akcydentalnym, tak jak w naszym przypadku, jest czymś stanowiącym część i element samej Jej istoty. W nas łaska jest czymś innym – przychodzimy na ten świat pozbawieni jej, możemy ją otrzymać oraz utracić. U Matki Bożej jednak, jest ona elementem samej Jej istoty. Jest Ona poczęta, stworzona, dla jednego konkretnego celu, by stać się Matką Boga. Przywilej, jaki otrzymała, polega właśnie na byciu Matką Boga – stąd wszystkie łaski, jakie otrzymała, mają na celu właśnie uczynienie Ją godną tego przywileju i to do tego stopnia, że łaska, którą otrzymała, jest całkowicie nierozerwalna z tym powołaniem – powołaniem na Matkę Odkupiciela. Mówić wprost, gdyby nie miała Ona być Matką Boga, nie zostałaby Niepokalanie Poczęta.

Dlatego więc, drodzy wierni, widzimy, że Najświętsza Maryja Panna jest całkowicie zależna od Chrystusa Pana, i to w stopniu nieskończenie większym niż my sami. Gdyby Syn Boży nie przyszedł na ten świat, z pewnością nie moglibyśmy dostąpić zbawienia i pomarlibyśmy w naszych grzechach. Gdyby jednak Pan Jezus nie przyszedł, Najświętsza Maryja Panna nie byłaby Matką Boga. Podczas gdy my cierpielibyśmy w takim przypadku konsekwencje grzechu, Ona nawet nie istniałaby. Łaska, którą otrzymała, jest tak radykalnie związana z Jej istotą, że jest Ona nie tylko Niepokalana, nie tylko pełna łaski, ale jest, jak to powiedziała w Lourdes, Niepokalanym Poczęciem.

Tak więc nie tylko nie jest Ona wyłączona z dzieła Zbawczego dokonanego przez Chrystusa, jest Ona częścią samego aktu, przez który nas On odkupił. Wieczny plan Boga, idea czy poczęcie Boga, został w Niej urzeczywistniony jako konieczne narzędzie Wcielenia. Nie jest Ona jak my, którzy potrzebujemy Zbawiciela jako osoby, która daje nam łaskę, to raczej łaską, którą otrzymała, uczyniła Ją tym, kim jest, Matką Zbawiciela. Potrzeba Zbawiciela nie jest w Jej przypadku czymś zewnętrznym i zależnym jak u nas, stanowi raczej część samej Jej istoty, tak, że nie byłaby Ona naszą Panią, gdyby nie otrzymała tej łaski, która uczyniła Ją Matką Boga. Jej zależność od Chrystusa jest absolutna. Dlatego też całe dzieło Krzyża, Męki i Zmartwychwstania dotyczą Jej w sposób najściślejszy i to w sposób, który jest nierozłączny z Jej Synem, do takiego stopnia, że bez Niego nie posiadałaby łaski, która czyni Ją tym, kim jest.

Dlatego, drodzy przyjaciele, oddawajmy cześć tej łasce, która została nam udzielona w Niepokalanym Secu Maryi – gdyż zaprawdę, jeśli otrzymała Ona łaskę Niepokalanego Poczęcia, nie stało się tak dla Niej samej, ale dla zbawienia całego rodzaju ludzkiego. Podążajmy więc, jak to mówi dzisiejszy Introit, z ufnością do tronu łaski, do Niepokalanego Serca Maryi, z której sama łaska przybrała ciało i zamieszkała między nami. Również my, uciekając się do Niej, możemy dostąpić łaski teraz i w godzinie naszej śmierci. Amen.

Czy jesteśmy bliżej „porozumienia doktrynalnego”? – ks. Jean-Michel Gleize FSSPX

Ks. Jean-Michel Gleize FSSPX

Czy jesteśmy bliżej „porozumienia doktrynalnego”?

 

Poniższy artykuł opublikowany został w majowym numerze „Courrier de Rome”, a później umieszczony również na stronie Dystryktu Francuskiego FSSXP.

 

W trakcie udzielonego niedawno wywiadu abp Gwidon Pozzo stwierdził, że „pojednanie nastąpi, kiedy bp Fellay formalnie zaakceptuje deklarację doktrynalną zaprezentowaną mu przez Stolicę Apostolską. Jest to też niezbędny warunek ich instytucjonalnej regulacji w postaci prefektury personalnej”. Również podczas konferencji prasowej zorganizowanej na pokładzie samolotu, wracający z pielgrzymki do  Fatimy (12-13 maja) papież Franciszek poczynił aluzję do tego dokumentu, ukończonego przez Kongregację Nauki Wiary podczas jej ostatniego posiedzenia w środę 10 maja. Wydaje się więc, że Rzym przykłada do owego porozumienia doktrynalnego znaczenie zasadnicze. Sformułowanie „porozumienie doktrynalne” jest jednak dwuznaczne i może być rozumiane na dwa sposoby.

Pierwsze z możliwych znaczeń jest takie, że Tradycja odzyskiwałaby w Rzymie wszystkie swe prawa, Stolica Apostolska zaś dokonywałaby sprostowania poważnych błędów doktrynalnych, będących źródłem bezprecedensowego kryzysu  w jakim znajduje się obecnie Kościół. Sprostowanie takie jest zasadniczym celem, jaki przyświecał nam we wszystkich  kontaktach z Rzymem. Celem tym nie jest nic innego, jak tylko dobro wspólne całego Kościoła. W tym sensie „porozumienie doktrynalne” oznacza, że Rzym musi pojednać się nie z Bractwem Św. Piusa X, ale z odwieczną doktryną Kościoła – i odrzucić swe błędy.

W znaczeniu drugim „porozumienie doktrynalne” mogłoby odnosić się do sytuacji, w której Rzym jedna się z Bractwem Św. Piusa X z uwagi na pragnienie uregulowania jego statusu kanonicznego. W kontekście tym celem i „zasadą” wszelkich dalszych kroków byłaby sama regulacja instytucjonalna, a więc oczywiste konkretne dobro wspólnoty, jaką jest Bractwo Św. Piusa X. Sformułowanie wspólnego stanowiska doktrynalnego, które byłoby do zaakceptowania przez obie strony, byłoby środkiem do osiągnięcia tego celu. W kontekście tym wystarczałoby, aby środek ten był proporcjonalny do celu – innymi słowy ze strony Rzymu nie istniałaby konieczność korygowania wszystkich błędów soboru, ograniczyłby się on jedynie do nie narzucania tych błędów [Bractwu]. W powyższym rozumieniu „porozumienie doktrynalne” oznaczałoby, że Bractwo oraz Rzym dochodziliby do porozumienia w odniesieniu do pewnej liczby twierdzeń doktrynalnych [w dokumentach soborowych], które wolne są od błędu.

Należy jednak obawiać się, że – co wydaje się być oczywiste – Rzym rozumie „porozumienie doktrynalne” w tym właśnie drugim sensie i przewiduje – w najlepszym razie – kierowanie się w stosunku do Bractwa zasadą tolerancji, absolutnie nie przewiduje jednak sprostowania błędów soboru. Aż do tej pory następcy abp. Lefebvre’a dopuszczali jedynie pierwszy ze wspomnianych scenariuszy.  Jasne jest więc, że taka „podstawa porozumienia” pozostawać będzie niewystarczająca tak długo, jak długo Rzym nie dokona korekty błędów soborowych.

Do sytuacji tej odnieść możemy maksymę : „bonum ex integra causa, malum ex quocumque defectu[1]. Musi być ona oczywiście rozumiana w sensie moralnym, w odniesieniu do aktów ludzkich. Jeśli potraktowalibyśmy Vaticanum II jako zbiór tekstów, oczywiście zawsze możliwym byłoby wyodrębnienie z nich twierdzeń prawdziwych, fałszywych oraz wieloznacznych – i interpretowanie każdego ustępu w oderwaniu od pozostałych. Przyjęcie takiej zasady sensowne jest w dialogu pomiędzy ekspertami czy też w pracach komisji, której celem byłoby zrewidowanie wspomnianych tekstów. Przyjętą praktyką Kościoła nie jest jednak analizowanie tekstów w ten sposób, ale raczej ich ocena z perspektywy moralnej, tj. czy zobowiązują one Kościół i należących do niego wiernych do bezwarunkowej akceptacji (a więc aktu o wymiarze moralnym) czy też być może stwarzają ryzyko zgorszenia, ze względu na zawarte w nich błędy lub dwuznaczności. Z tego punktu widzenia nie wystarcza podpisać tekst, który wyrażałby jedynie część prawdy; niezbędne jest aby Rzym wyznał całą pełnię prawdy i ipso facto potępił błędy, które całkowicie wypaczają te częściowe prawdy, jakie można znaleźć w soborowym i posoborowym magisterium. (…)

Jak już wyjaśniliśmy, naszym celem jest odzyskanie dla Tradycji wszystkich przysługujących jej praw. Cel ten jest pierwszy w sferze intencji i będzie (jak zawsze) ostatnim w sferze realizacji[2]. W jakim znaczeniu „ostatnim”? Czy oznacza to, że zakończenie kryzysu w Kościele będzie miało miejsce na samym końcu (a więc już po porozumieniu Bractwa z Rzymem), czy też się ono z nim zbiegnie?

Akceptacja przez nas uregulowania statusu kanonicznego [Bractwa] w obecnych okolicznościach jest aktem moralnie obojętnym, mającym jednak dwojaki skutek – dobry skutek zasadniczy oraz zły skutek uboczny. Skutkiem dobrym jest normalizacja naszej sytuacji kanonicznej (a potencjalnie nawet poszerzenie możliwości działania dla naszego apostolatu, co jednak nie jest pewne). Skutek zły jest dwojaki: ryzyko relatywizacji Tradycji, która od tej pory postrzegana byłaby jedynie jako konkretne dobro oraz osobista preferencja teologiczna Bractwa Św. Piusa X; oraz niebezpieczeństwo zdrady i porzucenia tego konkretnego dobra ze względu na atmosferę favens haeresim, która charakteryzuje Kościół soborowy per se.

Decyzja zależy przede wszystkim od oceny proporcji pomiędzy skutkiem dobrym oraz złym. Jasnym jest, że w intencji naszego Założyciela (abp. Lefebvre’a), ważniejsze było uniknięcie dwojakiego złego skutku, niż osiągnięcie dobrego. Skutek pozytywny (uregulowany status kanoniczny) jest dobrem pośledniejszym w stosunku do dobra większego (publicznego wyznawania wiary), któremu przeciwstawia się dwojaki skutek zły (ryzyko relatywizacji i porzucenia Tradycji). Publiczne wyznawanie wiary jest ważniejsze niż uregulowany status kanoniczny. „Tym, co interesuje nas przede wszystkim, to zachowanie wiary katolickiej. O to właśnie toczymy walkę. Tak więc kwestia kanoniczna, dotycząca sfery publicznej i zewnętrznej, ma charakter drugorzędny. Tym co jest ważne, to aby pozostać w Kościele (…)  w Kościele – czyli w wyznawaniu wiary katolickiej wszechczasów, z prawdziwym kapłaństwem, z prawdziwą Mszą, w prawdziwymi sakramentami, w wierności Katechizmowi wszechczasów, Pismu św. wszechczasów. To właśnie nas interesuje. To właśnie tym jest Kościół. Publiczne uznanie kanoniczne ma znaczenie drugorzędne. Tak więc nie wolno nam starać się o rzeczy o znaczeniu drugorzędnym, jeśli oznaczałoby to utratę tego, co ma znaczenie zasadnicze, co jest głównym celem naszej walki”[3].

Dalej, decyzja zależy też od oceny okoliczności. Czy są one tego rodzaju, iż można mieć uzasadnioną nadzieję na uniknięcie dwojakiego złego skutku, innymi słowy podwójnego ryzyka? Ponieważ jest to jedynie ryzyko, ni mniej ni więcej. Kwestię tę można zreasumować zadając sobie pytanie: czy rozsądnym jest podporządkowywanie się władzy hierarchii Kościoła, takiej jaką jest ona w obecnej sytuacji, innymi słowy (w większej części) wciąż przesiąkniętej fałszywymi zasadami, które sprzeczne są z wiarą katolicką? Można by bez wątpienia wymienić pewne wyjątki, nie zmieniają one jednak w niczym powszechnego nastawienia [hierarchii], które jest jednoznaczne. Mamy tu obowiązek stosować się do reguły, zgodnie z którą rzeczy są określane na podstawie dominującego elementu, co musi doprowadzić nas do konkluzji, że obecni członkowie hierarchii Kościoła są modernistami. Biorąc to pod uwagę, w odpowiedzi na postawione wyżej pytanie pomóc mogą nam dwie rzeczy: po pierwsze, nasze własne doświadczenie, jako że byliśmy w stanie zaobserwować, iż (do tej pory) nikt spośród tych, którzy zaakceptowali uregulowanie swej sytuacji kanonicznej przez Rzym nie był w stanie uniknąć wspomnianego wyżej dwojakiego złego skutku; po drugie, doświadczenie naszego Założyciela: „Absurdem byłoby wchodzić do jakiejś struktury i oddawać się pod władzę [jej] przełożonych wierząc, że będzie się w stanie wstrząsnąć wszystkim skoro tylko znajdzie się wewnątrz niej, podczas gdy oni mają do dyspozycji wszelkie środki aby nas unieszkodliwić! Mają oni pełnię władzy”[4].

Podczas konferencji prasowej zorganizowanej 13 maja na pokładzie samolotu papież powiedział Mikołajowi Seneze z „La Croix”, że pragnie aby sprawy toczyły się swoim rytmem: „A me non piace affrettare le cose. Camminare, camminare, camminare, e poi si vedrà”. Franciszek nie chce przyspieszać faktów, mówi, że póki co musimy podążać dalej tą drogą.. Musimy, jak powiedział: „podążać wspólnie w poszukiwaniu formuły, która pozwoli nam posunąć się naprzód”. Rzuca to interesujące światło na kwestię, którą poruszyliśmy na początku naszych rozważań: dla papieża porozumienie doktrynalne jest jedynie środkiem. Ostatecznym celem całego tego procesu nie jest porozumienie w kwestii doktryny, które gwarantowałoby jedność wiary. Celem tym wydaje się być raczej wspólne podążanie naprzód ku pełnej komunii, w nieustannym dialogu, w dialogu który  powinien być kontynuowany nawet po utworzeniu nowej struktury kanonicznej. A pełna komunia (jak mówił abp Pozzo w udzielonym  niedawno wywiadzie) jest wzajemnym ubogaceniem, niezależnie od różnic doktrynalnych: „Różne punkty widzenia czy opinie, jakie mamy w pewnych kwestiach, nie muszą z konieczności prowadzić do podziału, ale do wzajemnego ubogacenia”. Czy miałoby to oznaczać kohabitację prawdy oraz błędu, czego ceną byłoby podpisanie wspólnej deklaracji?

Niestety, te różne punkty widzenia nie dotyczą jedynie opinii, które byłyby w równej mierze dopuszczalne. Kwestie których dotyczą nie są kwestiami „otwartymi”, odnośnie których każdy może zachowywać wolność osądu. Zostały już one w przeważającej części definitywnie rozstrzygnięte przez magisterium Kościoła w okresie przed II Soborem Watykańskim. Wolność religijna z Dignitatis humanae oraz sekularyzm z Gaudium et spes są potępione przez Quanta cura Piusa IX. Nowa ekumeniczna eklezjologia Lumen gentium potępiona jest przez encykliki Mystici corporis oraz Humani generis Piusa XII, a to ze względu usiłowanie wprowadzenia fałszywego rozróżnienia  pomiędzy Kościołem Chrystusa a Kościołem katolickim. Ekumenizm Unitatis redintegratio potępiony jest w encyklice Mortalium animos Piusa XI. Kolegializm Lumen gentium, kwestionujący jeden podmiot najwyższej władzy w Kościele, potępiony został przez I Sobór Watykański.

W ostatecznym rozrachunku owa „formuła, która pozwoliłaby nam posunąć się naprzód” cofa nas w istocie do tekstu założycielskiego Komisji Ecclesia Dei, motu proprio z 2 lipca 1988 roku, w którym Jan Paweł II stwierdza, że Tradycja jest żywa. W swej mowie z roku 2005 Benedykt XVI nawiązał do tej idei przedstawiając równocześnie jej interpretację: to życie Tradycji jest „odnową w ciągłości”: ewolucyjną i modernistyczną odnową, która oznacza przezwyciężenie sprzeczności dzięki karkołomnej hermeneutyce.

Jaki powinien być nasz wniosek? Moglibyśmy po prostu powiedzieć, że „Bractwo Św. Piusa X nie musi żebrać o uznanie kanoniczne, które ratowałoby je przed rzekomą schizmą. Ma ono wielki zaszczyt, mimo czterdziestu lat wykluczenia, dawać  wobec Rzymu świadectwo wierze katolickiej”[5]… oczekując, aż ostatecznie postanowi on wygnać przewrotne błędy soborowe z dala od wiernych[6].

[1] Zasada scholastyczna, którą The Catholic Encyclopedia tłumaczy jako „Akt jest dobry, kiedy dobry jest pod każdym względem, zły zaś, kiedy wiąże się z nim jakiekolwiek zło”.

[2] Suma teologiczna, Ia IIae, Q. 1, A. 1, Ad primum: „Chociaż cel jest czymś ostatnim w dziedzinie wykonania, niemniej jest czymś pierwszym w dziedzinie zamierzenia u istoty działającej”.

[3] Abp Lefebvre, konferencja duchowa dla seminarzystów, Econe, 21 grudnia 1984.

[4] Ibidem.

[5] Ks. Gleize cytuje tu Rene Berthoda, szwajcarskiego katolika, który zmarł w kwietniu 2017 roku.

[6] Ks. Gleize parafrazuje tu 6 strofę hymnu Placare Christe servulis, śpiewanego podczas nieszporów w Uroczystość Wszystkich Świętych „(…) Usuńcie wszystkich niewiernych spomiędzy grona wierzących” (Auferte gentem perfidam credentium de finibus).

tłum. Sciptor

Kazanie na Uroczystość świętych Piotra i Pawła – ks. John Jenkins FSSPX

Kazanie na Uroczystość świętych Piotra i Pawła

Drodzy Wierni,

Tego roku uroczystość świętych Piotra i Pawła wypada w niedzielę. Obaj ci męczennicy są patronami diecezji rzymskiej, obchodzimy więc ich uroczystość jako święto pierwszej klasy. Ci dwaj Apostołowie reprezentują w pewien sposób dwie wspaniałe cechy Kościoła Rzymskiego, matki i nauczyciela wszystkich Kościołów. Obaj ponieśli śmierć męczeńską tego samego dnia, wielbiąc Chrystusa Pana przez świadectwo dawane aż do śmierci, uświęcając Kościół Rzymski swą własną krwią.

„Na tej skale zbuduję mój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogą”. Słowa te wypowiedział Pan Jezus do Szymona, któremu nadał nowe imię – Piotr, imię oznaczające Skałę, którą miał się on stać – greckie „petros” oznacza bowiem skałę. Podobnie jak Bóg nadał nowe imię Abramowi, ze względu na jego wiarę – nazywając go Abrahamem, ojcem ludu obietnicy, który miał przynieść błogosławieństwo wszystkim narodom, tak Zbawiciel nadaje nowe imię temu, który stanie się kamieniem węgielnym, na którym zbudowany będzie Kościół, w nagrodę za jego wyznanie wiary. Podobnie jak Bóg nadał Jakubowi nowe imię Izrael, aby zatwierdzić przymierze z Abrahamem i utworzyć lud, z którego miał się wywodzić Mesjasz, tak również Szymon otrzymuje imię Piotr, aby stać się fundamentem tego Kościoła, w którym Obiecany przyniesie zbawienie tym, którzy będą z Nim zjednoczeni przez łaskę.

Pan Jezus jest Zbawicielem wszystkich narodów, światłem na oświecenie pogan, jak powiedział o Nim Symeon podczas ofiarowania w świątyni. Dnia, w którym miał wstąpić do nieba, Chrystus Pan powiedział Piotrowi i Apostołom: „Idźcie i nauczajcie wszystkie narody”. Apostołowie rozproszyli się więc po całej ziemi, jednak sprawę pogan powierzył Pan Jezus w sposób szczególny jednemu człowiekowi: Saulowi, który od dnia swego nawrócenia przybrał imię Pawła, a który miał wycierpieć wiele dla imienia Zbawiciela. Podczas swych niezliczonych podróży i cierpień miał nieść zbawczą naukę Chrystusa całemu światu.

Jednak ostatecznie, dzięki Bożej Opatrzności św. Paweł  znalazł się w Rzymie i z tego co wiemy z Tradycji, został tam ścięty przez żołnierzy Nerona. Zaledwie sekunda wystarczyła, by ściąć głowę tego, którego nauki szerzyły się w całym Cesarstwie, nic jednak nie mogło uciszyć jego głosu, który odmienił cały świat.

Odnośnie męczeństwa św. Piotra wiemy z Tradycji, że na pierwsze pogłoski o rozkazie aresztowania zbiegł on z Rzymu, ale nieopodal bram miasta ukazał mu się Chrystus Pan. Ku zdumieniu Piotra Zbawiciel udawał się w przeciwnym kierunku, ku miastu i św. Piotr zapytał Go: „Quo vadis Domine?” „Gdzie idziesz, Panie?”. Na to Pan Jezus odpowiedział: „Do Rzymu, aby zostać ukrzyżowany”. W ten sposób Zbawiciel skarcił św. Piotra za ucieczkę przed cierpieniami, które miały się przyczynić do jego chwały. A św. Piotr, zawracając z drogi, w którą kierowała go ludzka rozwaga, powrócił do Rzymu. Na podobieństwo Pana Jezusa  został ukrzyżowany w cyrku Nerona nieopodal janiculum, na którego ruinach wzniesiono bazylikę ku jego czci i stoi ona tam po dziś dzień, pośród ruin cesarstw, które przychodziły i odchodziły – jako symbol obietnicy Zbawiciela, że bramy piekielne nie zwyciężą Jego Kościoła, zbudowanego na Piotrze.

Tak więc, Drodzy Wierni, mamy dziś szczególny dzień, specjalną okazję, by modlić się do Apostołów Piotra i Pawła. Musimy się modlić zwłaszcza za Następcę św. Piotra, za papieża, by podobnie jak św. Piotr mógł on powrócić do Rzymu, do wiecznego Rzymu, do Tradycji Kościoła. Z pewnością wahania Stolicy Apostolskiej, których świadkami byliśmy przez ostatnie lata wynikają w dużej mierze z ludzkiej słabości władzy, która obawia się świata i cierpienia, podobnie jak sam św. Piotr, który zamierzał uciec przed prześladowaniami ze strony Nerona. Również obecny papież, kierując się ludzką roztropnością, porzucił twardą i bezkompromisową naukę Zbawiciela, by otworzyć ramiona dla głosicieli ekumenizmu i wolności, tych samych, którzy krzyżowali Chrystusa Pana w minionych wiekach. Módlmy się do św. Piotra, by wyprosił papieżowi łaskę oświecenia, by porzucił on fałszywą drogę do pokoju, by Chrystus Pan dał mu odwagę powrócić do wiecznego Rzymu, do bezkompromisowego przepowiadania Jego, który króluje z Krzyża.

Być może słyszeliście, Drodzy Wierni, o ultimatum, jakie postawił wczoraj Watykan Bractwu Św. Piusa X, o ultimatum złożonym z pięciu punktów, w którym domaga się w istocie, by Bractwo przestało krytykować błędy, które zalewają dziś Kościół. W zamian oferuje się nam ponoć „pełną komunię” ze Stolicą Apostolską i „regularyzację kanoniczną” (jak to określa Rzym) naszej sytuacji. Sama propozycja, by zachować milczenie w obliczu błędów zalewających Kościół jest absolutnie nie do przyjęcia, tak więc ultimatum to, jeśli można je tak nazwać, jest całkowicie sprzeczne z prawdziwą misją Kościoła, którą jest nauczanie wiary katolickiej w całej jej pełni, aż do końca czasów. Przez całą historię Kościoła papieże nauczali, że Chrystusowi Panu i Jego nauce musi być oddawana cześć publiczna – jak pisał sam św. Paweł: „Musi On królować”. Negowanie tego poprzez promowanie wolności religijnej oznacza w istocie nauczanie czegoś przeciwnego, niż nauczali św. Piotr i św. Paweł. Twierdzenie, że wszystkie religie są drogami do zbawienia – jak tego naucza współczesny ekumenizm – jest całkowicie sprzeczne ze słowami św. Piotra, że ludziom dane zostało tylko jedno Imię, w którym mogą zostać zbawieni. Ignorowanie tych błędów oznaczało by ich milczącą akceptację, czyli coś, czego żaden katolik nie może uczynić, nie ściągając na siebie wyroku wiecznego potępienia.

Tak więc Bractwo Św. Piusa X jest całkowicie gotowe ponieść wszelkie konsekwencje by zachować depozyt wiary wbrew wszelkim „ultimatum” ze strony tych, którzy zaniedbują swój obowiązek chronienia Owczarni przed błędami ekumenizmu i modernizmu. Za wcześnie jeszcze by mówić, jakie mogą być konsekwencje ultimatum, być może ponowienie dekretów wymierzonych przeciwko nam – sam tylko Bóg zna przyszłość. Wiemy jednak jedno, to, czego sam Bóg pouczył nas za pośrednictwem Apostołów, że to właśnie trzymając się wiary, wyrażonej w sposób szczególny w Ofierze Mszy, okazujemy naszą wierność Stolicy Piotrowej i Apostołom. To właśnie do Apostołów, którzy tak wiele wycierpieli dla Chrystusa Pana powinniśmy zanosić nasze modlitwy,  byśmy również my byli godni cierpieć dla Jego Imienia.

Nasze modlitwy powinniśmy też kierować w sposób szczególny ku Matce Bożej, ku Jej Niepokalanemu Sercu. W dniu ukrzyżowania Zbawiciela opuścili wszyscy za wyjątkiem dwóch osób: Jej i św. Jana. Stała tam, pod Krzyżem, by zobaczyć ukrzyżowanie swego jedynego Syna, ponieważ wiedziała, że ta ofiara była ceną zbawienia. Wówczas Zbawiciel uczynił Ją naszą matką, mówiąc do św. Jana, wyobrażającego cały Kościół – „Oto matka twoja”. Z synowską ufnością wzywajmy więc Jej opieki i pomocy, byśmy okazali się wierni ofierze składanej w osobie Jej Syna, byśmy mogli stać się współuczestnikami Jego chwały na wieki wieków. Amen