Czy jesteśmy bliżej „porozumienia doktrynalnego”? – ks. Jean-Michel Gleize FSSPX

Ks. Jean-Michel Gleize FSSPX

Czy jesteśmy bliżej „porozumienia doktrynalnego”?

 

Poniższy artykuł opublikowany został w majowym numerze „Courrier de Rome”, a później umieszczony również na stronie Dystryktu Francuskiego FSSXP.

 

W trakcie udzielonego niedawno wywiadu abp Gwidon Pozzo stwierdził, że „pojednanie nastąpi, kiedy bp Fellay formalnie zaakceptuje deklarację doktrynalną zaprezentowaną mu przez Stolicę Apostolską. Jest to też niezbędny warunek ich instytucjonalnej regulacji w postaci prefektury personalnej”. Również podczas konferencji prasowej zorganizowanej na pokładzie samolotu, wracający z pielgrzymki do  Fatimy (12-13 maja) papież Franciszek poczynił aluzję do tego dokumentu, ukończonego przez Kongregację Nauki Wiary podczas jej ostatniego posiedzenia w środę 10 maja. Wydaje się więc, że Rzym przykłada do owego porozumienia doktrynalnego znaczenie zasadnicze. Sformułowanie „porozumienie doktrynalne” jest jednak dwuznaczne i może być rozumiane na dwa sposoby.

Pierwsze z możliwych znaczeń jest takie, że Tradycja odzyskiwałaby w Rzymie wszystkie swe prawa, Stolica Apostolska zaś dokonywałaby sprostowania poważnych błędów doktrynalnych, będących źródłem bezprecedensowego kryzysu  w jakim znajduje się obecnie Kościół. Sprostowanie takie jest zasadniczym celem, jaki przyświecał nam we wszystkich  kontaktach z Rzymem. Celem tym nie jest nic innego, jak tylko dobro wspólne całego Kościoła. W tym sensie „porozumienie doktrynalne” oznacza, że Rzym musi pojednać się nie z Bractwem Św. Piusa X, ale z odwieczną doktryną Kościoła – i odrzucić swe błędy.

W znaczeniu drugim „porozumienie doktrynalne” mogłoby odnosić się do sytuacji, w której Rzym jedna się z Bractwem Św. Piusa X z uwagi na pragnienie uregulowania jego statusu kanonicznego. W kontekście tym celem i „zasadą” wszelkich dalszych kroków byłaby sama regulacja instytucjonalna, a więc oczywiste konkretne dobro wspólnoty, jaką jest Bractwo Św. Piusa X. Sformułowanie wspólnego stanowiska doktrynalnego, które byłoby do zaakceptowania przez obie strony, byłoby środkiem do osiągnięcia tego celu. W kontekście tym wystarczałoby, aby środek ten był proporcjonalny do celu – innymi słowy ze strony Rzymu nie istniałaby konieczność korygowania wszystkich błędów soboru, ograniczyłby się on jedynie do nie narzucania tych błędów [Bractwu]. W powyższym rozumieniu „porozumienie doktrynalne” oznaczałoby, że Bractwo oraz Rzym dochodziliby do porozumienia w odniesieniu do pewnej liczby twierdzeń doktrynalnych [w dokumentach soborowych], które wolne są od błędu.

Należy jednak obawiać się, że – co wydaje się być oczywiste – Rzym rozumie „porozumienie doktrynalne” w tym właśnie drugim sensie i przewiduje – w najlepszym razie – kierowanie się w stosunku do Bractwa zasadą tolerancji, absolutnie nie przewiduje jednak sprostowania błędów soboru. Aż do tej pory następcy abp. Lefebvre’a dopuszczali jedynie pierwszy ze wspomnianych scenariuszy.  Jasne jest więc, że taka „podstawa porozumienia” pozostawać będzie niewystarczająca tak długo, jak długo Rzym nie dokona korekty błędów soborowych.

Do sytuacji tej odnieść możemy maksymę : „bonum ex integra causa, malum ex quocumque defectu[1]. Musi być ona oczywiście rozumiana w sensie moralnym, w odniesieniu do aktów ludzkich. Jeśli potraktowalibyśmy Vaticanum II jako zbiór tekstów, oczywiście zawsze możliwym byłoby wyodrębnienie z nich twierdzeń prawdziwych, fałszywych oraz wieloznacznych – i interpretowanie każdego ustępu w oderwaniu od pozostałych. Przyjęcie takiej zasady sensowne jest w dialogu pomiędzy ekspertami czy też w pracach komisji, której celem byłoby zrewidowanie wspomnianych tekstów. Przyjętą praktyką Kościoła nie jest jednak analizowanie tekstów w ten sposób, ale raczej ich ocena z perspektywy moralnej, tj. czy zobowiązują one Kościół i należących do niego wiernych do bezwarunkowej akceptacji (a więc aktu o wymiarze moralnym) czy też być może stwarzają ryzyko zgorszenia, ze względu na zawarte w nich błędy lub dwuznaczności. Z tego punktu widzenia nie wystarcza podpisać tekst, który wyrażałby jedynie część prawdy; niezbędne jest aby Rzym wyznał całą pełnię prawdy i ipso facto potępił błędy, które całkowicie wypaczają te częściowe prawdy, jakie można znaleźć w soborowym i posoborowym magisterium. (…)

Jak już wyjaśniliśmy, naszym celem jest odzyskanie dla Tradycji wszystkich przysługujących jej praw. Cel ten jest pierwszy w sferze intencji i będzie (jak zawsze) ostatnim w sferze realizacji[2]. W jakim znaczeniu „ostatnim”? Czy oznacza to, że zakończenie kryzysu w Kościele będzie miało miejsce na samym końcu (a więc już po porozumieniu Bractwa z Rzymem), czy też się ono z nim zbiegnie?

Akceptacja przez nas uregulowania statusu kanonicznego [Bractwa] w obecnych okolicznościach jest aktem moralnie obojętnym, mającym jednak dwojaki skutek – dobry skutek zasadniczy oraz zły skutek uboczny. Skutkiem dobrym jest normalizacja naszej sytuacji kanonicznej (a potencjalnie nawet poszerzenie możliwości działania dla naszego apostolatu, co jednak nie jest pewne). Skutek zły jest dwojaki: ryzyko relatywizacji Tradycji, która od tej pory postrzegana byłaby jedynie jako konkretne dobro oraz osobista preferencja teologiczna Bractwa Św. Piusa X; oraz niebezpieczeństwo zdrady i porzucenia tego konkretnego dobra ze względu na atmosferę favens haeresim, która charakteryzuje Kościół soborowy per se.

Decyzja zależy przede wszystkim od oceny proporcji pomiędzy skutkiem dobrym oraz złym. Jasnym jest, że w intencji naszego Założyciela (abp. Lefebvre’a), ważniejsze było uniknięcie dwojakiego złego skutku, niż osiągnięcie dobrego. Skutek pozytywny (uregulowany status kanoniczny) jest dobrem pośledniejszym w stosunku do dobra większego (publicznego wyznawania wiary), któremu przeciwstawia się dwojaki skutek zły (ryzyko relatywizacji i porzucenia Tradycji). Publiczne wyznawanie wiary jest ważniejsze niż uregulowany status kanoniczny. „Tym, co interesuje nas przede wszystkim, to zachowanie wiary katolickiej. O to właśnie toczymy walkę. Tak więc kwestia kanoniczna, dotycząca sfery publicznej i zewnętrznej, ma charakter drugorzędny. Tym co jest ważne, to aby pozostać w Kościele (…)  w Kościele – czyli w wyznawaniu wiary katolickiej wszechczasów, z prawdziwym kapłaństwem, z prawdziwą Mszą, w prawdziwymi sakramentami, w wierności Katechizmowi wszechczasów, Pismu św. wszechczasów. To właśnie nas interesuje. To właśnie tym jest Kościół. Publiczne uznanie kanoniczne ma znaczenie drugorzędne. Tak więc nie wolno nam starać się o rzeczy o znaczeniu drugorzędnym, jeśli oznaczałoby to utratę tego, co ma znaczenie zasadnicze, co jest głównym celem naszej walki”[3].

Dalej, decyzja zależy też od oceny okoliczności. Czy są one tego rodzaju, iż można mieć uzasadnioną nadzieję na uniknięcie dwojakiego złego skutku, innymi słowy podwójnego ryzyka? Ponieważ jest to jedynie ryzyko, ni mniej ni więcej. Kwestię tę można zreasumować zadając sobie pytanie: czy rozsądnym jest podporządkowywanie się władzy hierarchii Kościoła, takiej jaką jest ona w obecnej sytuacji, innymi słowy (w większej części) wciąż przesiąkniętej fałszywymi zasadami, które sprzeczne są z wiarą katolicką? Można by bez wątpienia wymienić pewne wyjątki, nie zmieniają one jednak w niczym powszechnego nastawienia [hierarchii], które jest jednoznaczne. Mamy tu obowiązek stosować się do reguły, zgodnie z którą rzeczy są określane na podstawie dominującego elementu, co musi doprowadzić nas do konkluzji, że obecni członkowie hierarchii Kościoła są modernistami. Biorąc to pod uwagę, w odpowiedzi na postawione wyżej pytanie pomóc mogą nam dwie rzeczy: po pierwsze, nasze własne doświadczenie, jako że byliśmy w stanie zaobserwować, iż (do tej pory) nikt spośród tych, którzy zaakceptowali uregulowanie swej sytuacji kanonicznej przez Rzym nie był w stanie uniknąć wspomnianego wyżej dwojakiego złego skutku; po drugie, doświadczenie naszego Założyciela: „Absurdem byłoby wchodzić do jakiejś struktury i oddawać się pod władzę [jej] przełożonych wierząc, że będzie się w stanie wstrząsnąć wszystkim skoro tylko znajdzie się wewnątrz niej, podczas gdy oni mają do dyspozycji wszelkie środki aby nas unieszkodliwić! Mają oni pełnię władzy”[4].

Podczas konferencji prasowej zorganizowanej 13 maja na pokładzie samolotu papież powiedział Mikołajowi Seneze z „La Croix”, że pragnie aby sprawy toczyły się swoim rytmem: „A me non piace affrettare le cose. Camminare, camminare, camminare, e poi si vedrà”. Franciszek nie chce przyspieszać faktów, mówi, że póki co musimy podążać dalej tą drogą.. Musimy, jak powiedział: „podążać wspólnie w poszukiwaniu formuły, która pozwoli nam posunąć się naprzód”. Rzuca to interesujące światło na kwestię, którą poruszyliśmy na początku naszych rozważań: dla papieża porozumienie doktrynalne jest jedynie środkiem. Ostatecznym celem całego tego procesu nie jest porozumienie w kwestii doktryny, które gwarantowałoby jedność wiary. Celem tym wydaje się być raczej wspólne podążanie naprzód ku pełnej komunii, w nieustannym dialogu, w dialogu który  powinien być kontynuowany nawet po utworzeniu nowej struktury kanonicznej. A pełna komunia (jak mówił abp Pozzo w udzielonym  niedawno wywiadzie) jest wzajemnym ubogaceniem, niezależnie od różnic doktrynalnych: „Różne punkty widzenia czy opinie, jakie mamy w pewnych kwestiach, nie muszą z konieczności prowadzić do podziału, ale do wzajemnego ubogacenia”. Czy miałoby to oznaczać kohabitację prawdy oraz błędu, czego ceną byłoby podpisanie wspólnej deklaracji?

Niestety, te różne punkty widzenia nie dotyczą jedynie opinii, które byłyby w równej mierze dopuszczalne. Kwestie których dotyczą nie są kwestiami „otwartymi”, odnośnie których każdy może zachowywać wolność osądu. Zostały już one w przeważającej części definitywnie rozstrzygnięte przez magisterium Kościoła w okresie przed II Soborem Watykańskim. Wolność religijna z Dignitatis humanae oraz sekularyzm z Gaudium et spes są potępione przez Quanta cura Piusa IX. Nowa ekumeniczna eklezjologia Lumen gentium potępiona jest przez encykliki Mystici corporis oraz Humani generis Piusa XII, a to ze względu usiłowanie wprowadzenia fałszywego rozróżnienia  pomiędzy Kościołem Chrystusa a Kościołem katolickim. Ekumenizm Unitatis redintegratio potępiony jest w encyklice Mortalium animos Piusa XI. Kolegializm Lumen gentium, kwestionujący jeden podmiot najwyższej władzy w Kościele, potępiony został przez I Sobór Watykański.

W ostatecznym rozrachunku owa „formuła, która pozwoliłaby nam posunąć się naprzód” cofa nas w istocie do tekstu założycielskiego Komisji Ecclesia Dei, motu proprio z 2 lipca 1988 roku, w którym Jan Paweł II stwierdza, że Tradycja jest żywa. W swej mowie z roku 2005 Benedykt XVI nawiązał do tej idei przedstawiając równocześnie jej interpretację: to życie Tradycji jest „odnową w ciągłości”: ewolucyjną i modernistyczną odnową, która oznacza przezwyciężenie sprzeczności dzięki karkołomnej hermeneutyce.

Jaki powinien być nasz wniosek? Moglibyśmy po prostu powiedzieć, że „Bractwo Św. Piusa X nie musi żebrać o uznanie kanoniczne, które ratowałoby je przed rzekomą schizmą. Ma ono wielki zaszczyt, mimo czterdziestu lat wykluczenia, dawać  wobec Rzymu świadectwo wierze katolickiej”[5]… oczekując, aż ostatecznie postanowi on wygnać przewrotne błędy soborowe z dala od wiernych[6].

[1] Zasada scholastyczna, którą The Catholic Encyclopedia tłumaczy jako „Akt jest dobry, kiedy dobry jest pod każdym względem, zły zaś, kiedy wiąże się z nim jakiekolwiek zło”.

[2] Suma teologiczna, Ia IIae, Q. 1, A. 1, Ad primum: „Chociaż cel jest czymś ostatnim w dziedzinie wykonania, niemniej jest czymś pierwszym w dziedzinie zamierzenia u istoty działającej”.

[3] Abp Lefebvre, konferencja duchowa dla seminarzystów, Econe, 21 grudnia 1984.

[4] Ibidem.

[5] Ks. Gleize cytuje tu Rene Berthoda, szwajcarskiego katolika, który zmarł w kwietniu 2017 roku.

[6] Ks. Gleize parafrazuje tu 6 strofę hymnu Placare Christe servulis, śpiewanego podczas nieszporów w Uroczystość Wszystkich Świętych „(…) Usuńcie wszystkich niewiernych spomiędzy grona wierzących” (Auferte gentem perfidam credentium de finibus).

tłum. Sciptor

Reklamy